poniedziałek, 28 marca 2016

Będzie, będzie się działo

Będzie, będzie się działo
Tu powinien znajdować się wpis z Lizbony, ale jeszcze nie powstał ;) Postanowiłam więc napisać co się działo od ostatniego mojego startu w Gorcach, a działo się sporo.
Przede wszystkim przez mieszkanie przetaczał się remont przez duże R. Jak duże - niech świadczy ta jedna fotka



Tak, tak przez moment wyglądała część naszego lokum :) Pył, syf, kurz, brak łazienek, latanie po marketach budowlanych, rozwiązywanie bieżących problemów wyskakujących w miarę postępów demol...yyyy... remontu ;)
W tym wszystkim jakoś usiłowałam ogarnąć bieganie - bo rok był zaplanowany dość ambitnie, usiłowałam ogarnąć operację dziecka nr 1 (niestety jego problemy z uchem są tego typu, że wymagają położenia się na stole operacyjnym raz na jakiś czas) i usiłowałam zbagatelizować pewną kwestię, która siedziała mi od jakiegoś czasu z tyłu głowy.
Ignorowanie niestety nie pomogło, a gdy okazało się, że ta kwestia zaczyna nurtować również mojego męża, trzeba było tematowi stawić czoło.
Udałam się do właściwego sklepu po właściwy zakup, a pół godziny później moje, nasze, życie fiknęło koziołka i stanęło na głowie.
W jednej chwili z dziewczyny trenującej do trzech biegów ultra, do dwóch maratonów i półmaratonów, stałam się dziewczyną....nie muszącą już nic.
W jednej chwili okazało się, że nie będzie 85 kilometrów ma Maderze, nie będzie Skyrace w Tromso, nie będzie hasania po Górach Stołowych. Nie będzie próby łamania 1:40 na półmaratonie i 3:30 na maratonie (ha - tak, ja Pani Improwizacja postanowiłam przekornie w tym roku ustalić sobie jakieś założenia czasowe). I paru innych rzeczy też nie będzie.
Jednym słowem w przededniu startu w Icebugu zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski.


Galopada myśli była straszna. Matko! Czwarte dziecko! Ale jak to!? Jak sobie damy radę? Jak to ogarniemy? Moje bieganie! Wszystkie starty opłacone....Bilety lotnicze również kupione... Tydzień wcześniej zapisywaliśmy się na bieg w Tromso... Będę wtedy w 30 tygodniu ciąży.
Znowu pieluchy i wózek? W dodatku na trzecim piętrze bez windy? Panic mode, panic mode totalny.

W Icebugu pobiegłam ale już nie byłam w stanie dać z siebie wszystkiego. Świadomość ciąży, choć dość wczesnej, zrobiła już swoje. Na zbiegach ze strachu przed wywrotką biegłam z zaciągniętym lekko hamulcem.

Po powrocie do Warszawy złapał mnie dół. Ten niekończący się remont, z ekipą kręcącą się przez 12 godzin, ta pogoda za oknem - obrzydliwe zimne przedwiośnie i jeszcze wiadomość o ciąży. Świadomość,że już nic nie muszę podziałała na mnie demotywująco. Po co mam wyjść biegać? Po co męczyć się w tym przenikającym wietrze? Po co wracać spoconą do mieszkania, w którym w jednej chwili wszystko oblepi pył? Jednym słowem obraziłam się na cały świat, na pogodę, na kurz remontowy, na mój brzuch, na wszystko. I trawiłam :)
A potem nadszedł taki dzień, gdy przestałam być panią własnego ciała. I ciało robiło ze mną co chciało. Głównie spało :) I nawet jak mentalnie miałam ochotę iść potruchtać, często fizycznie nie byłam w stanie. A jak już wyszłam, to okazało się, że to już jest zupełnie inne bieganie. Że to tętno rzeczywiście w ciąży rośnie i dostawałam zadyszki przy tempie, które normalnie byłoby dla mnie rozgrzewkowe. Że nie jestem w stanie biec nie wiadomo ilu kilometrów, bo muszę o wiele częściej korzystać z toalety. Wiecie - to niby czwarta ciąża, niby przez to wszystko już parokrotnie przechodziłam. Ale nigdy wcześniej nie biegałam. Wiele rzeczy mnie zaskakuje.

Teraz już wiadomo czemu w Lizbonie czas z którym przybiegnę nie był dla mnie ważny :) To był zresztą ostatni taki długi bieg w jakim wzięłam w tym roku udział. Maratony odpadają, biegi ultra również.
Teoretycznie mogłabym się pojawić na Półmaratonie Warszawskim, ale w tym celu z drugiego końca Polski musiałaby na gwałt jechać teściowa, żeby zaopiekować się chłopakami. Szkoda mi ją fatygować, skracać jej pobyt na zawodach nordic walking, po to, żebym mogła  niemalże przespacerować się przez 21 kilometrów.
Na Maderę lecimy (opłacony wyjazd) - ale chcemy poprosić orgów o zamianę dystansu z 85 na 16 km. Ja z kijkami i mąż w ramach supportu ciężarówki.

Minęły już prawie trzy miesiące dwupaku, już mi lepiej;) Remont się skończył, za oknami słonko i bardziej przyjazne temperatury. Dalej się oswajam z informacją, że zostanę po raz kolejny mamą - ale już wiele rzeczy sobie w głowie poukładałam i jakoś bardziej pozytywnie patrzę w przyszłość.

Poprzedni rok był dla mnie biegowo bardzo udany. Ale nie oszukujmy się - było to okupione wieloma godzinami treningu. Treningu, który zdarzało się - przyznaję - czasami odbywał się kosztem dzieci.
Nie da się ukryć, że stawanie na podium, czy przybieganie tuż za czołówką kobiet na biegach górskich, duatlonach czy imprezach AR jest przyjemne. Jest bardzo przyjemne. I człowiek chciałby ten stan utrzymać. Trenować dłużej, startować więcej. To wciąga.
Pytanie czy na dłuższą metę to by się jednak nie odbiło na rodzinie. Więc może to dobrze, że życie ułożyło się tak jak się ułożyło i zmusiło mnie do zwolnienia, przejścia do marszu i złapania trochę oddechu i dystansu.
Matka będzie dalej biegać, choć na pewno to bieganie będzie inne niż do tej pory.
A na razie życzcie mi spokojnej ciąży. Byle do października :)



środa, 24 lutego 2016

Przedwiośnie

Przedwiośnie
To taki niewdzięczny okres. To czas gdy człowiek rzyga już zimą i krótkimi dniami. To czas, gdy zaczynamy z rozmarzeniem przeglądać zdjęcia z ubiegłorocznych wakacji. To czas, gdy człowiek dusi w sobie brzydkie słowa patrząc na termometr, który znów postanowił w najlepszym razie zatrzymać się na temperaturze niewiele przekraczającej zero. A jak skusi jakimiś wyższymi wartościami, to po wyjściu na zewnątrz okazuje się, że pizga złem.
To czas, gdy zdarza się, że aura pokusi przez jeden, dwa dni jakimś słonkiem i jakby ciepełkiem - a gdy człowiek już, już z nadzieją zaczyna zerkać ku bardziej wiosennym ciuchom - przywali chmurami, deszczem, śniegiem - często wszystkim na raz.
To czas, gdy na myśl o wyjściu na bieganie człowiekowi robi się gorzej i zaczyna myśleć o naprawie kranu cieknącego od pół roku.
Znacie to?
Końcówka lutego - i tradycyjnie mam serdecznie dosyć pogody, wiatru, deszczu, zimna. Dodatkowo stan głębokiej nienawiści do tego co za oknem, pogłębia u mnie toczący się remont w chałupie (pył leżący wszędzie, pokój zawalony po sufit pudłami i dziecko śpiące na materacu pod stołem w jadalni - takie klimaty). I choć wiem, że jeszcze troszeczkę, a będzie pięęęęknie - na razie mam burdel na kółkach, no :)
A jeszcze dodatkowo dołożyły się małe zawirowania w życiu rodzinnym, co będzie skutkować pewną modyfikacją moich różnych planów biegowych. Nie to, żebym była zaskoczona, że coś nie wychodzi. W sumie moje drugie imię to Improwizacja, nie? Więc...byle do wiosny!



dziś przed ekipą remontową śpiewającą disco polo zwiałam na Fort Bema :)

poniedziałek, 15 lutego 2016

Weekend w Gorcach i Pieninach

Weekend w Gorcach i Pieninach
Myśl o spróbowaniu swych sił w jakimś zimowym biegu górskim krążyła po mojej głowie już od jakiegoś czasu. Nawet krążyła dookoła konkretnego biegu - bo pierwotnie dumałam nad Półmaratonem Gór Stołowych. Niestety termin ni hu hu nam nie pasował. Po pierwsze była to sobota - więc małżonek musiałby brać dzień wolnego, żebyśmy zdążyli się przemieścić na miejsce. Po drugie był to weekend poprzedzający rozpoczęcie w naszym domu remontu przez duże R - a musieliśmy jeszcze opróżnić pokoje dla ekipy remontowej. Po trzecie - dzieci nr 1 i 2 wyruszały w tym czasie na zimowiska i rodzice byli niezbędni w celu spakowania, odstawienia do autokaru i pomachania na pożegnanie.
Z podobnego powodu odpadł Zimowy Maraton Bieszczadzki.
Dużo znajomych wybrało ZUK - Zimowy Ultramaraton Karkonoski - ale po pierwsze w tym terminie mieliśmy już zaklepany wyjazd na półmaraton do Lizbony, a po drugie - na debiut w zimowym biegu górskim wolałam coś krótszego i łatwiejszego.

I wtedy gdzieś na FB rzuciło mi się w oczy pytanie mojej rzeźnickiej partnerki, Ewy o Icebug-a.
Szybkie spojrzenie na stronę internetową organizatora. 21 kilometrów? W sam raz! 13 lutego - pasuje!
I tak z małżonkiem i Ewą znaleźliśmy się w Nowym Targu :)

Byłam bardzo ciekawa jaka będzie pogoda. Bo na hasło "zimowy bieg górski" - moja głowa produkowała obrazki pełne bieli, ośnieżonych drzew. A tu impreza w Górach Stołowych odbyła się na przykład przy iście wiosennej aurze.
Gorce jednak dopisały -  na niecała dobę przed biegiem organizator w technicznym mailu straszył nawet złymi warunkami i śniegiem po kolana na części trasy (nawet jeśli gdzieś były takie fragmenty to 144 osoby, które przybiegły przede mną, skutecznie ten śnieg udeptały :)






Równo o 10 wystartowaliśmy. Tłum straszny. Mąż jakoś sprytnie przecisnął się między ludźmi do przodu i tyle go widziałam :) Ewa też mi się gdzieś zawieruszyła wśród ludzi i nawet nie wiedziałam czy jest przede mną czy za mną.

Znajdź fioletowy kubraczek i rzeźnickiego letniego buffa :)

Pierwsze kilometry były dość tłoczne, potem - chyba coś koło 3 kilometra trasa półmaratonu z krótszą, na 11 kilometrów, rozjechała się i zrobiło się luźniej. Człowiek mógł też odetchnąć po pierwszym podejściu i przygotować się mentalnie na wdrapywanie się na Turbacz - bo zrobiło się z górki.
Zastanawiałam się jak będzie mi się biegło: nie miałam na butach żadnych nakładek z kolcami. Nie było strasznie - ale fakt, że na śnieżnobiałym, kłującym w oczy śniegu nie byłam w stanie wyłapać nierówności terenu i parę razy nogi mi zatańczyły, spowodował, że wszystkie zbiegi pokonałam na lekko zaciągniętym hamulcu.
Efekt był taki, że o ile na takim UMB wyprzedzano mnie na podejściach, a ja to odbijałam sobie na zbiegach - tu było na odwrót.  Cztery dziewczyny, które wyprzedziły mnie na zbiegach - dogoniłam pod górkę.
Samo podejście pod Turbacz zdziwiło mnie na plus. Spodziewałam się czegoś w rodzaju Caryńskiej czy Chryszczatej - a było o wiele łagodniej - co oczywiście nie oznacza, że przy schronisku na szczycie pojawiłam się lekka i rześka :)
Na Turbaczu, na 14 kilometrze usytuowany był punkt żywieniowy, spędziłam na nim chwilkę. Złapałam ćwiartkę pomarańczy, niemalże w locie popiłam izotonikiem - i już mnie nie było.
Następne kilometry to był niekończący się zbieg. Tak jak już pisałam - brak doświadczenia w zimowym terenie, strach przed podcięciem i glebą spowodował, że nie puściłam się w dół, na łeb na szyję. Nie dogoniłam żadnej dziewczyny, a sama zostałam wyprzedzona przez jedną zawodniczkę (swoją drogą wciągnęła mnie nosem po prostu :).
Przy samym końcu był mocno techniczny fragment: błoto pośniegowe wymieszane z luźnymi kamieniami.

Tuż przed samą metą, gdy zegarek wybzyczał dwudziesty kilometr, organizator przygotował prawdziwy sprawdzian charakteru. Już człowiek myślami był na mecie, już witał się z gąską -a tu jeszcze jeden podbieg. To właśnie tam za swoimi plecami zobaczyłam dziewczynę. Jęknęłam w duchu, że to niesprawiedliwe, że zostanę wyprzedzona na ostatnim kilometrze.Postanowiłam tanio skóry nie sprzedać i spiąć poślady. Zrobiłam to dość skutecznie, bo ku swojemu zdziwieniu - nie dogoniła mnie :)
Jeszcze tylko ostatnie metry w dół, wzdłuż stoku narciarskiego - i meta.
Tuż za nią czekał na mnie mąż, który bieg ukończył kwadrans przede mną. Poczekaliśmy jeszcze na Ewę, która parę minutek po mnie wbiegła na metę - i mogliśmy już wszyscy razem wymieniać wrażenia.
Trasę pokonałam w dwie godziny i trzydzieści trzy minuty z groszami. Dotarłam jako 145 osoba i 13 kobieta.

Wrażenia? Bardzo ładna trasa. Na tyle ładna, że raz zwolniłam po to, żeby wyciągnąć telefon i zrobić zdjęcie :)

zima w Gorcach

Podejścia męczące - ale nie mordercze. Zbieg z Turbacza - bajka!
Jeśli ktoś chce, podobnie jak ja, zadebiutować w zimowym biegu w górach - Icebug Winter Trail serdecznie polecam. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach na pokonanie półmaratonu, alternatywą jest 11,5 kilometrowa trasa. Dla miłośników biegów na orientację - jest jeszcze wersja z mapą.


Ale to nie był koniec atrakcji biegowych na ten weekend. Wymyśliliśmy sobie, że w niedzielę potruchtamy po okolicy. Wersji, gdzie dokładnie, było kilka. Ostatecznie stanęło na okolicach Niedzicy i Czorsztyna.

Zaczęliśmy przy tamie i zagłębiliśmy się w las. Co prawda na żadnej mapce nie wyhaczyliśmy żadnego szlaku czy wyraźnie zaznaczonej ścieżki, ale uznaliśmy, że coś musi być i na pewno da się pobiec wzdłuż zbiornika.
Nie dało się.


krótki atak głupawki :)

Im bardziej Tibor zaglądał, tym bardziej drogi nie było...


Ale, że co? Że mamy wrócić z powrotem i do Czorsztyna pobiec po prostu szosą? Wybraliśmy wariant ciekawszy, pytając się jeszcze Ewę czy wie jak nazywa się nasz team, gdy startujemy w rajdach przygodowych :)

Było ciekawie i bardzo malowniczo. To chyba po tym fragmencie Ewa ochrzciła nas jako KAT: Kochaniak Adventure Team. Muszę przyznać, że nazwa jest równie dobra jak nasze No Risk- No Fun :)





Udało nam się dotrzeć do szosy powyżej i gdy już się wydawało, że do samego Czorsztyna będziemy uklepywać asfalt, mój mąż odwrócił głowę do tyłu i krzyknął z zachwytu.
Za nami w całej okazałości majaczyły się Tatry.
Ten widok spowodował, że zgodnie zrobiliśmy w tył zwrot i wróciliśmy do wydeptanej ścieżki idącej polem, którą chwilkę przedtem minęliśmy. Ścieżka okazała się być szlakiem turystycznym prowadzącym ku zamkowi z dala od szosy. Dzięki temu wariantowi Tatrzory mieliśmy cały czas z boku i mogliśmy się nimi delektować do woli.




W Czorsztynie zrobiliśmy krótką przerwę. Odmówiłam z Ewą zbiegu do zamku. Nasze nogi były bardzo daleko od świeżości, czekało nas jeszcze ładnych parę kilometrów do auta i wcale, ale to wcale nie uśmiechało nam się podchodzić czy podbiegać drogi z zamku z powrotem. Za to mój mąż nie zrezygnował (chyba ktoś się obijał na Icebug-u, skoro następnego dnia nosiło go w każdą stronę :P)
Powrót był już asfaltem - na szczęście prawie cały czas w dół. Ostatecznie zrobiliśmy osiemnaście kilometrów z groszami.





To był bardzo fajny weekend. Ale o ile po zawodach bolały mnie odrobinę z boku uda, tak po tym drugim dniu, boli mnie już wszystko: czwórki, dwójki, łydy.

Ale wiecie co? Za takie widoki , może mnie boleć!


piątek, 5 lutego 2016

Kobieca strona mocy - recenzja

Kobieca strona mocy - recenzja
Gdy zaproponowano mi zrecenzowanie książki Ani Pawłowskiej-Pojawy, chętnie się zgodziłam. Niewątpliwie wpływ na moją decyzję ma fakt, że Ania jest mi znana osobiście i byłam ciekawa jak książka ma się do stylu prowadzonego przez autorkę biegowego bloga.
I tak do moich rąk trafiła pozycja "Bieganie kobieca strona mocy" wydana przez Samo Sedno.





Od razu się zdziwiłam, gdyż nastawiłam się na wspomnienia, perypetie i potyczki biegowe Ani. A tu niespodzianka. To poradnik. Wydaje mi się, że z założenia dedykowany dla początkujących biegaczek.
Rozdziałów jest w sumie trzynaście, każdy pokrótce omawia określony zakres spraw związanych z bieganiem. Lecimy przez historię biegania kobiecego, anatomię i fizjologię kobiecą, porady jak zacząć, propozycje ćwiczeń, omówienie stroju, butów, sprzętu, chudnięcie, starty w zawodach, kontuzje. Wszystko podane jest w sposób bardzo skondensowany, nie nudzący czytelnika. Pojawiają się tabelki, wypunktowania, które pomagają ogarnąć treść. Na końcu każdego rozdziału pojawia się jeszcze krótkie podsumowanie omawianej tematyki.
Książkę naprawdę szybko się czyta. Z zaciekawieniem czytałam o początkach udziału pań w zawodach, w tym i na królewskim dystansie maratonu. Równie interesujące było omówienie różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami - tym bardziej, że totalnie różną reakcję organizmu na ten sam bodziec obserwuję u siebie i u męża. Ogólnie widać, że autorka rzeczywiście poradnik napisała dla kobiet i zwraca uwagę na różne aspekty biegania mężczyznom obce. Chociażby kwestię cyklu menstruacyjnego. Fajne jest to, że udało się ugryźć - choć może raczej powinnam użyć słowa "nadgryźć", bo na 240 stronach nie da się wszystkiego omówić od A do Z - temat biegania od prawie każdej strony.

To teraz troszkę pomarudzę:)

Tak jak pisałam na początku, wydaje mi się, że targetem są panie zaczynające swoją przygodę z bieganiem. To sugeruje rozdział "jak zacząć biegać?" chociażby, czy "jedziemy na zawody" gdzie łopatologiczne tłumaczone są kwestie, które dla osób bardziej zaawansowanych są po prostu oczywiste.
I dlatego nie do końca rozumiem, co w tym wszystkim robią rozdziały dotyczące maratonów i ultramaratonów. Bo jeśli po książkę sięgną panie początkujące - to informacja o treningach do przebiegnięcia 42 km i więcej będzie kosmosem. Dla pań bardziej zaawansowanych - ta pozycja będzie po prostu niewystarczająca.
To niejedyna niekonsekwencja. Już na stronie 34 zostajemy uraczeni dość technicznymi terminami: "trasa nieatestowana" czy informacjami, że WB2 to bieg o intensywności zbliżonej do startu na 10 km. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że osoba początkująca ani nie będzie wiedziała co to znaczy, że jakaś trasa posiada atest lub nie (zresztą autorka nigdzie tego nie wyjaśnia), ani tym bardziej nie będzie miała pojęcia jakie to tempo na 10 km, bo najpewniej takiego dystansu jeszcze nie przebiegła.

Przyczepię się też trochę do fragmentu poświęconego camelbakowi.
Bez problemu każdy z nas poda przynajmniej jeden przykład przedmiotu, którego nazwa weszła do mowy potocznej jako określenie pewnego rodzaju produktów, a który pierwotnie był nazwą firmy czy marki. Z biegowego podwórka takim przykładem są adidasy. Zauważa to Ania pisząc "przez lata w Polsce wszystkie buty sportowe określano nazwą "adidasy", tymczasem to zaledwie jedna z kilkunastu marek produkujących takie obuwie". Skoro zwróciła na to uwagę, to nie rozumiem czemu nie wspomniała, że podobnie jest przy camelbaku. Owszem - to potoczna nazwa na plecaki z bukłakami na wodę - ale przede wszystkim to nazwa firmy produkującej taki sprzęt. Jedna z wielu, podobnie jak przy "adidasach".

W innej części książki czytamy: "Zapisując się na bieg musisz podać dane osobowe, adres, datę urodzenia i nazwę klubu". Nie wiem w jakich zawodach startowała autorka, ale ja jeszcze nie spotkałam się z takimi, gdzie podawanie nazwy klubu jest obowiązkowe :)

Nie do końca wiem jak ugryźć rozdziały poświęcone przygotowaniom do maratonu. Tak jak już pisałam, początkujące biegaczki raczej nie będą się do takiego dystansu przygotowywać, te bardziej "wybiegane" najpewniej poszukają pozycji bardziej zaawansowanych.
Inną kwestią jest to, że ja akurat jestem przykładem, że można nie mieć na koncie chyba żadnego z zaleceń treningowych wymienionych przez autorkę, a jednak te maratony biegać i to chyba z nie najgorszym rezultatem.
Nigdy nawet nie zbliżyłam się do tygodniowego 70 kilometrowego kilometrażu. Nigdy nie trenowałam 4-5 razy w tygodniu (No dobrze. Cztery razy w tygodniu kilka razy mi się zdarzyło). Nie stosuję 32 kilometrowych wybiegań. Domyślam się jednak, że Ania posiłkuje się tutaj myślą trenerską Jerzego Skarżyńskiego, stąd takie a nie inne rady. Wolałabym jednak, skoro już o trenerach mowa, żeby różne zalecenia treningowe były właśnie podparte wprost jakimś autorytetem trenerskim, a nie opatrzone informacją "źródło: opracowanie własne". Ania ma na swoim koncie mnóstwo startów, biega od wielu lat - ale jest tylko amatorem.

Wracając do maratonu. Autorka przestrzegając (i słusznie) przed zbyt pochopnym i przedwczesnym udziałem w pierwszym maratonie, straszy, że osoba nieprzygotowana będzie miała przez kilka dni kłopoty z wchodzeniem po schodach. Kilka stron dalej wspomina jednak, że po maratonie pod wieczór pojawia się zmęczenie i ból uszkodzonych mięśni. Bo prawda jest taka, że maraton boli - i niezależnie od tego czy człowiek będzie bardziej czy mniej przygotowany, nadejdzie ten moment po biegu, gdy schody staną się wyzwaniem :)

Przy rozdziale opisującym różnorakie ćwiczenia (przysiady, planki, pompki) nie ma żadnego najmniejszego rysunku, nie mówiąc już o zdjęciach, o które aż się prosi. Wydaje mi się, że sam pisemny opis to trochę za mało, tym bardziej, że tego typu ćwiczenia bardzo łatwo wykonać nieprawidłowo i niechcący zrobić sobie kuku.

I tym samym doszłam do tego co mi w tej książce przeszkadza najbardziej, albo raczej czego mi brakuje: zdjęć.
Książka jest wydana raczej w ekonomiczny sposób: miękka okładka, klejone kartki i dokładnie 27 czarno- białych fotografii, które wyglądają przez to niezbyt atrakcyjnie.
Ja bym ją widziała w wydaniu albumowym: twarda okładka, kredowy papier, wszystkie informacje poprzedzielane masą kolorowych, atrakcyjnych zdjęć. To przecież nie jest najbardziej ambitna książka o bieganiu, to nie jest trenerski podręcznik dla zaawansowanych. To jest pozycja mająca zachęcić panie do biegania, wyrwać z kanap, wyprowadzić z samotnego truchtania po parku, wprowadzić do świata zawodów, pokazać, że ten świat nie jest straszny, oswoić z technicznym słownictwem. Przynajmniej ja to tak widzę.
Po prostu aż się prosi o bardziej atrakcyjną szatę graficzną. Owszem - tak wydana książka nie kosztowałaby 34,90 zł, ale moim zdaniem bardzo by zyskała. Taki albumo-poradnik wprowadzający w świat biegania byłby wspaniałym prezentem gwiazdkowym czy urodzinowym, do którego można by wracać dla zdjęć, nawet gdy rady i informacje zawarte w książce będą już oczywistością.

Podsumowując. Początkujące dziewczyny znajdą tu multum przydatnych informacji i jest to dobra lektura na początek. Dla osób bardziej zaawansowanych większość rzeczy omawianych w książce będzie odkrywaniem Ameryki na nowo.



wtorek, 19 stycznia 2016

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle - czyli Rajd Czterech Żywiołów

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle - czyli Rajd Czterech Żywiołów
Powiem szczerze: miałam ostatnio gorsze dni. Zimno, dni krótkie. Do logistycznej układanki mężowo - dzieciowo - treningowej, doszły sprawy remontowe.
Z początkiem lutego wchodzi do nas ekipa robić rozpierduchę w połowie mieszkania, a mnie WTEM oświeciło, że kurka, już nie wystarczy, że mam ogólną koncepcję jak mają wyglądać łazienki czy podłoga, tylko muszę się wykokosić co do jednego kafelka i jednej złotówki niemalże.
Tak więc zamiast radośnie brykać/wylewać pot i łzy, zaczęłam przed komputerem z obłędem w oczach liczyć, planować, rysować, latać po sklepach, kupować rzeczy potrzebne do przeprowadzenia remontu. I przy okazji po cichu desperować, że wszyscy dookoła biegają, trenują, zapisują się na kolejne starty, a tu żywot rodziców z trójką dzieci i z remontem na karku jest pełen kompromisów, "jutro pójdę pobiegać" i takich tam.

I w takim mniej więcej nastroju zaczęłam szykować się do Rajdu Czterech Żywiołów.
Cóż to za impreza? To zawody spod znaku AR czyli rajdów przygodowych, organizowana na Jurze Krakowsko- Częstochowskiej. Kilka tras do wyboru: piesze na dystansie 25 i 50 km, oraz mieszane, okraszone jeszcze dodatkowo zadaniami specjalnymi. W wersji dłuższej, krótszej, dla solistów i zespołów dwuosobowych.
Zawody wypatrzył jakiś miesiąc temu mój małżonek i napalił się okrutnie na wersję dwuosobową. 27 km roweru, 20 km biegu i na koniec 17 km roweru. Po drodze zadania specjalne. Tibor się napalił, jednocześnie dziwiąc się, że od razu nie podskoczyłam z radości pod sufit i nie zaczęłam się szykować do startu.
No nie zaczęłam, bo pomimo, że wyraziłam zainteresowanie imprezą, musiałam się trochę oswoić z myślą, że będę w styczniu ganiać po lasach i polach na rowerze (bo wybraliśmy wersję biegowo - rowerową). Oswajanie szło mi jeszcze ciężej, gdy przez Polskę zaczęły się przewalać kilkunastostopniowe mrozy.

Na szczęście w przededniu imprezy mróz był w zakresie dla mnie akceptowalnym, za to dla odmiany zaczęło sypać potężnie śniegiem.
Szykowanie jak szykowanie: totalny panic mode, w czym ja mam na tym rowerze jechać, żeby ani nie zmarznąć, ani się nie zagotować. Historię poszukiwania okularów przeciwsłonecznych co poniektórzy znają z FB (okulary się nie znalazły, pojechały z nami trzy pary innych, a ostatecznie nie użyliśmy żadnych :)

Na miejsce startu przyjechaliśmy średnio ogarnięci. Jako jedni z ostatnich popędziliśmy na odprawę przed startem, bo jeszcze szykowaliśmy rowery. W trakcie odprawy dopiero się ubierałam we właściwe ciuchy i przynosiłam pudła na przepak.
Ostatecznie wszystko udało się ogarnąć i w porę wyjechaliśmy z bazy na poszukiwanie punktów kontrolnych.

Czerwony kask i turkusowa kurtka, to ja. Pani Grzebalska :)
Fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra


Na początku było sporo wyprzedzania. Wyjechaliśmy z bazy raczej w tyle stawki. Wyprzedziliśmy chyba ze 3 zespoły miksowe, w tym i parę, która latem w Szczawnicy zajęła pierwsze miejsce (pozdrawiamy CoGościeCisna:). Uznałam, że skoro ich wyprzedziliśmy, to nie może być źle:)
Najpierw większość osób jechała drogą, ale potem trzeba było porzucić strefę komfortu. Część skręciła tu, część ówdzie. Towarzystwo zaczęło się rozpraszać. My również zaczęliśmy przeprawiać się przez jakieś pola, ku lasowi. Na punkt nawet najechaliśmy nieźle, ale potem zaczęliśmy przeszukiwać nie tą podstawę skałki w poszukiwaniu lampionu. Parę minut w plecy i za jakiś czas znów wyprzedzaliśmy tych samych ludzi. Cóż, za gapowe się płaci ;)
Kolejne punkty lokalizowaliśmy bez jakiś większych wtop i ile sił w nogach popedałowaliśmy w stronę miejscowości o wdzięcznej nazwie Żelazko, gdzie zlokalizowany był przepak.
No dobra - mąż, który w rowerowaniu jest lepszy ode mnie, pod górki trochę mnie popychał. Jego zdaniem za bardzo się grzebałam :)
Pierwsze moje wrażenie po dotarciu: o rany, jak mało stoi rowerów! A to oznaczało, że NAPRAWDĘ jesteśmy w czubie stawki.
Szybko zamieniliśmy buty rowerowe na biegowe, kaski z głów, rękawice motocyklowe z rąk (Tibor uznał, że skoro rękawice dają radę na motocyklu, to tym bardziej dadzą radę zimą na rowerze). Zdjęłam z siebie jedną warstwę ubrania, w locie wrzuciłam do plecaka bidon i ruszyliśmy na część biegową.
Wybiegając z Żelazka minęliśmy parę, którą kojarzyliśmy ze Szczawnicy: oni właśnie byli na ostatnich metrach trasy rowerowej.

Fragment części biegowej


Nie biegło mi się dobrze. To nie były typowe drewniane nogi po zejściu z roweru, ale jakoś brakowało mi mocy. Podejrzewałam, że małe śniadanie, które zjadłam o szóstej rano miało tu coś do rzeczy, ale próba posilenia się skończyła się fiaskiem: kanapka rosła mi w ustach i skończyło się na jednym gryzie. Trochę pomogły ciasteczka i wmawianie sobie, że to przecież nic nadzwyczajnego. Ot, po prostu miłe weekendowe wybieganie. Przecież tempo nie jest kosmiczne, to przecież dla mnie nic. Starałam się wyrzucić z głowy, że już mam w nogach 30 kilometrów roweru i skupiałam się na wmawianiu sobie, że to tylko taki miły truchcik ;). Trochę szyki psuł mi małżonek, który leciał szybciej ode mnie i prawie cały czas oglądałam jego plecy.

Po dotarciu do punktu D. Fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra


Odnajdywanie punktów szło różnie. Część znaleźliśmy bez problemu; jednego szukaliśmy przez dobre 10 minut z grupą chyba 8 osób. Tu chyba wtopę zaliczył organizator, bo lampion był umieszczony ewidentnie w złym miejscu.

Mieliśmy też małą przygodę. Z powodu przegapienia przez mojego nawigatora właściwej drogi, po odkryciu pomyłki, przedzieraliśmy się ku niej na skróty, przez jakieś krzaki, chaszcze oraz...rzekę. Tak, okazało się, że rzeczka o jakże uroczej nazwie Centuria, jest tak jakby z niewłaściwej strony :) Skończyło się na przeskakiwaniu przez nią z oblodzonego pomostu. Kompan, który towarzyszył nam przez część trasy, grobowym głosem stwierdził, że miał nadzieję, że choć raz zaliczy rajd suchą stopą :)
Nie powiem - miałam pietra czy to nie skończy się kąpielą - bo bez możliwości wzięcia rozpędu (lód!) trzeba było wykonać mniej więcej półtorametrowy skok w miejscu. Na szczęście jakoś się udało.

W miarę upływu czasu i dystansu role zaczęły się odwracać. Mój chłop złapał kryzys, a ja trochę odżyłam. Niestety w dopingowaniu męża nie pomagało ukształtowanie terenu, bo druga część trasy była praktycznie cały czas pod górę.
Pomimo ewidentnego spadku tempa, udało nam się dotrzeć na przepak jako pierwszy zespół mieszany. I znów zdziwiłam się, że rowerów widzę tym razem bardzo dużo. A to oznaczało, że mało osób już ruszyło na część rowerową.
Nasza przewaga nad drugim zespołem okazała się niewielka, bo ledwo wychynęliśmy zza budynku, a tu zobaczyliśmy bezpośrednich rywali. Magda z Maćkiem z teamu Wodzionka mocno się zdziwili gdy nas zobaczyli już w rynsztunku rowerowym. Owszem, to było dla mnie plus dziesięć do samopoczucia - tym bardziej, że już wiedzieliśmy, że jesteśmy pierwsi. Z drugiej strony plus dwieście do paniki. Bo to znaczyło, że mamy przewagi jakieś pięć do siedmiu minut. Tyle  zajmie czasu ogarnięcie się drugim na przepaku. A to oznacza, że wszelkie pomyłki są po prostu zabronione.
I co zrobiłam dziesięć minut później? Lecąc przez jakieś pole, pewnie dlatego, że z górki,
(śnieg tak fajnie trzeszczał pod oponami), zignorowałam zupełnie fakt, że ślady kół na śniegu zniknęły (to było spore ułatwienie: ślady zawodników. Jak mieliśmy wątpliwości jak iść - szukaliśmy gdzie poleźli ludzie przed nami) i pruję w dół po dziewiczym śniegu... W końcu usłyszałam wołanie Tibora. Fuck!
Niby nic, niby tylko dwie minuty w plecy. Ale przy tak lichej przewadze - to były AŻ dwie minuty. To nie był zresztą pierwszy raz, gdy człowiek zadowolony, że jest fajnie, łatwo, tracił czujność i wkopywał się w maliny. Podczas etapu biegowego też lecąc z górki przeoczyłam, że szlak skręcił. Wtedy również straciliśmy parę minut na powrót.

Następny punkt połączony był z niespodziankami - zadaniami specjalnymi. Na pobliskiej skałce, wysokiej na jakieś 8 metrów była zamontowana metalowa drabinka, po której trzeba było się wspiąć. Na górze dyndał lampion z perforatorem. Oczywiście to nie było "na żywca" - trzeba było ubrać się w uprząż i była normalna asekuracja z liny.
Uprząż, którą wzięłam ze stosiku miała poprzekręcane nogawki. Uznałam, że raczej nie spadnę podczas wchodzenia, więc przełknęłam jakoś to lekkie zaplątanie. Z doświadczenia wiem, że dochodzenie do tego w jaki sposób zostały w uprzęży przekręcone nogawki potrafi zająć naprawdę dużo czasu. Uważam jednak, że od czasu do czasu obsługa powinna zerkać na sprzęt i go poprawiać dla uczestników.
Po zejściu, w trakcie, gdy odkręcałam karabinek z liną, doszło do potencjalnie niebezpiecznej sytuacji. Następny zawodnik zaczął wspinać się po drabince bez asekuracji. Na szczęście dość szybko zauważyłam i  spytałam się gościa czy mu czegoś nie brakuje. Jak widać, pod wpływem stresu, adrenaliny, zmęczenia człowiek zaczyna robić głupie rzeczy.
Drabinka to była pierwsza część zadania. Następnie wręczono nam mapkę najbliższej okolicy, wielkości mniej więcej znaczka pocztowego (no dobrze, trochę przesadzam. Ale nie była wiele większa :) Trzeba było na jej podstawie zlokalizować jaskinię. I do niej wejść.

Mapka. Fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra


Dojście było o tyle mało komfortowe, że mieliśmy na nogach nasze rowerowe "laczki". Co prawda specjalnie na ten rajd zakupiliśmy sobie neoprenowe ochraniacze na stopy, ale po pierwszym etapie rowerowym już ich nie zakładaliśmy nie chcąc tracić czasu. Tak więc w śniegu, który dla naszych butków był zdecydowanie za duży, z przylepiającym się śniegiem do bloków od pedałów spd, przez jakieś krzaki, szukaliśmy jaskini.
W końcu stanęliśmy przed zdecydowanie mało wybitnym otworem. Tibor wlazł kawałek - po czym wyszedł i stwierdził, że on tam dalej nie wlezie. Dwóch panów po nim też jakoś szybko wyszło.
Cóż było robić - trzeba było spróbować. Gdzie diabeł nie może...;)
Organizatorzy opisali jaskinię jako "umiarkowanie ciasną". Ha!


Nie, to nie moje buty. Ale pewnie też tak wyglądałam wczołgując się do jaskini :) "Umiarkowanie ciasna"...
fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra


Najpierw trzeba było się wczołgać do środka. Potem owszem, robiło się ciut luźniej - tyle akurat, że można było skręcić i wleźć w następną dziurę. Tam trochę zgłupiałam - bo czołgając się na brzuchu przed oczami miałam dziury, z których żadna nie była wielkości pozwalającej na prześlizgnięcie się człowiekowi. Wtedy na szczęście podniosłam głowę i w świetle czołówki zobaczyłam nad głową spory otwór, a w nim wiszący lampion. Teraz tylko podbić kartę i wykonać cała ekwilibrystykę z powrotem. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju, po którym wiem z całą pewnością, ze nigdy nie zostanę grotołazem :)


Po wyjściu na powierzchnię (nie chcecie wiedzieć jak wyglądałam po tym czołganiu) zobaczyłam stojących przed wejściem do jaskini Magdę i Maćka - czyli zespół, który deptał nam po piętach.
Oczywiście ruszyliśmy z kopyta. Ile może im zająć wejście do jaskini? Pięć minut? Mało, mało...
A potem stał się cud. Nigdzie nie zabłądziliśmy. Jak po sznurku znajdowaliśmy właściwe ścieżki. Następny punkt potencjalnie mogliśmy spieprzyć, bo stojąc od niego jakieś 7- 8 metrów zmierzaliśmy skręcić w przeciwną stronę. I wtedy na szczęście spojrzałam się w bok :)
Ostatni punkt był już prosty nawigacyjnie: pedałowaliśmy ile sił w nogach żółtym szlakiem, który jak po sznurku wyprowadzał ku ostatniej przeszkodzie dzielącej nas od mety. Dobrze, że nic nie trzeba było gadać i tłumaczyć, bo twarze i usta mieliśmy tak zmarznięte, że wszelkie próby powiedzenie czegoś kończyły się bełkotem. Pamiętam, że tam po raz pierwszy od początku zawodów obejrzałam się z siebie, żeby sprawdzić czy ktoś za nami nie jedzie. Nie było nikogo.
Ale dopiero na ostatnich 3 kilometrach asfaltu uwierzyłam na 100%, że nam się udało. Jesteśmy pierwsi! I- ha!
Po sześciu godzinach i pięćdziesięciu pięciu minutach, jako pierwszy zespół mixowy na trasie Open zameldowaliśmy się na mecie!

A potem usiedliśmy w szkolnym korytarzu (start i meta usytuowana była w szkole w Bydlinie), dorwaliśmy się do dzbanka z wodą, cukru i herbaty i czekaliśmy na resztę zespołów.
Powiem wam, że nie wiem ile kubków herbaty wtrąbiłam. Słodkiej herbaty - ja, która na co dzień i kawę i herbatę piję gorzką. Osiem? Dziewięć? Musieliśmy mieć niezły niedobór kalorii i musieliśmy być nieźle odwodnieni - bo żłopaliśmy, żłopaliśmy i żłopaliśmy...
Drugi zespół pojawił się niecałe 20 minut po nas. Na tym ostatnim fragmencie trasy, po zakończeniu zadań specjalnych, odjechaliśmy im trochę :) Trzeci zespół pojawił się po ponad godzinie - i była to para, która w Szczawnicy, na Mountain Challenge zwyciężyła, A teraz zamieniliśmy się miejscami :)

Najlepsze teamy w kategorii Open. Brakuje mixu z drugiego miejsca
Fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra

A wiecie, że Magda, dziewczyna z zespołu, który był za nami, ma czwórkę dzieci?
I niech mi nikt  nie mówi, że coś się nie da :P


Podsumowanie małe i chaotyczne

1. Oczywiście wyszedł nam dłuższy dystans. Zamiast 27 kilometrów roweru - ponad 30 km, zamiast 20 km biegu - prawie 24 km i zamiast 17 km roweru - ponad 18 kilometrów. W sumie około 73 kilometrów trasy, zamiast optymalnych 60 km.

2. Nie zmarzłam. Tak strasznie :P A tego bałam się najbardziej: szczególnie o swoje stopy i ręce. Rękawice motocyklowe na rowerze dały radę, choć chwilami stan moich palców był daleki od komfortu i biegi zmieniałam dość topornie. Stopy też przetrwały bez szwanku, pomimo, że w drugiej części rowerowej nie miałam dodatkowych ochraniaczy

3. W pierwszej części rowerowej miałam na sobie cztery warstwy (bieliznę, dwie cienkie bluzy biegowe i kurtkę). Do biegania zdjęłam kurtkę. Na drugą część rowerową pozbyłam się jednej warstwy i znów założyłam kurtkę.
Na części biegowej chwilami brakowało mi stuptupów. Bieg wyznaczonymi szlakami, pomimo śniegu, był ok - ale przedzieraliśmy się też przez totalny las i wtedy śnieg wpadający do butów nie był przyjemny :)

4. Okulary, których w końcu nie założyłam. Brakowało mi ich podczas jazdy przez las ze względu na gałęzie. Ostatecznie opracowałam taktykę szybkiego zapamiętywania trasy i zamykania oczu podczas przelatywania przez gałęzie:)

5. Za mało piliśmy. Nie chcecie wiedzieć jaki kolor miał nasz mocz jeszcze następnego dnia po starcie ;). Nie wzięliśmy bukłaków (baliśmy się zamrożonych rurek), tylko bidony. Nie wiem jak Tibor - ja ze trzy razy wzięłam po łyku wody na rowerze i potem ze trzy razy próbowałam pić, gdy Tibor odbijał kartę. Gdy jest mróz ciężko się zmusić do przełykania zimnego płynu - ale kurczę jakoś trzeba. Mogliśmy pić więcej.

6. Jedzenie. Za mało jedliśmy. Pół bułki na śniadanie, gryz kanapki w trasie, jeden żel i dwa ciasteczka - to trochę za mało na ponad 70 kilometrów trasy. Do dopracowania.

7. Rower na mrozie działa zupełnie inaczej. Amortyzatory zamarzły i chwilami miałam wrażenie, jakbym miała sztywny widelec. Klamki się zapadały, a wielotryb oblepiony śniegiem i lodem średnio reagował na zmiany biegów.

8. Tibor jest lepszy na rowerze, a mnie lepiej wychodzi bieganie. Pod koniec każdego etapu rowerowego byłam na co trudniejszych fragmentach wspomagana przez męża, a na biegowej trasie ja byłabym tą pchającą, gdyby mi chłop pozwolił ;)

9. Tak, pokłóciliśmy się lekko na trasie :P. Człowiek na zmęczeniu robi różne rzeczy i staje się dziwnie nerwowy :P Zresztą później dyskutowaliśmy sobie na temat aspektów biegania z małżonkiem/obcą osobą (obcą w sensie innym znajomym) o wadach i zaletach jednego i drugiego rozwiązania

10. Nie popełniliśmy tak spektakularnego błędu jak w Szczawnicy, ale z analizy mapy na spokojnie, wyszło nam, że 20 minut dałoby się jeszcze  urwać.

11. Fajna impreza, choć nadal brakuje mi trochę jakiegoś trofeum na pamiątkę. Już nie mówię o jakiś medalu, statuetce, ale chociaż dyplomie. Może się trochę rozbisurmaniłam biegami ulicznymi i górskimi, może w świecie AR panują inne zasady, ale trochę mi tego brakuje.

I to byłoby na tyle. A teraz naprawdę muszę wziąć się do roboty, bo w lutym jedziemy na Icebug Winter Trail - czyli 21 kilometrów w Gorcach.
Nie pytajcie jak to ogarniemy z remontem ;)





środa, 30 grudnia 2015

2015 podsumowanie

2015 podsumowanie
Chciałam ten post napisać wcześniej, zaraz po świętach, ale się nie udało. Tak więc podsumowanie będzie klasycznie, na koniec roku:)


Jaki był dla mnie ten biegowy sezon? A taki:




Co tu dużo pisać: był niezły. Był bardzo niezły. W przeciwieństwie do roku zeszłego, gdy sporo chorowałam, walczyłam ze skutkami wbitego patyka w okolice achillesa - tym razem zdrowie mi dopisywało. W zeszłym roku parę startów musiałam odpuścić, parę razy wzięłam udział w zawodach nie w pełni sił - tym razem wszystko szło jak po sznurku. Na wszystkie zawody, w których wymyśliłam sobie udział - dotarłam i pobiegłam. Ba, mam na swoim koncie i takie, gdzie decyzja o starcie była podejmowana spontanicznie, często w ostatniej chwili.
Patrząc na kilometry, które mam w nogach - wyszło ich więcej niż w latach ubiegłych. Na dzień dzisiejszy licznik pokazuje mi ich prawie 1600. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych to śmiech na sali i tyle co nic - ale dla mnie to jest spore zwiększenie kilometrażu.
Dalej nie biegałam wg jakiegoś magicznego planu - ale starałam sobie parę rzeczy usystematyzować. Trzeba było - bo rok 2015 stał pod znakiem przygotowań pod Bieg Rzeźnika - więc oprócz zwykłych truchtań, pojawiło się sporo biegań i ćwiczeń mających zwiększyć moją siłę  biegową.
Choć nadal moim treningom daleko było do jakiegoś ścisłego planu - wszystko razem zebrane do kupy przyniosło mi progres - posypały się życiówki i miejsca na podium :)

No to po kolej


1. Bieg Chomiczówki - styczniowa impreza na dystansie 15 km. Była dla mnie startem przygotowującym do wiosennego półmaratonu i pierwszym miłym akcentem. Ze zdziwieniem odkryłam, że jestem w stanie przez 15 kilometrów biec w tempie poniżej 5 minut/kilometr. Dla mnie to było duże WOW (01:13:05).

2. Gran Canaria, półmaraton. Ach, po pierwsze miejsce! Niby Europa, a pełna egoztyka.  Po drugie - okazało się, że biec poniżej 5 minut/kilometr potrafię i przez 21 kilometrów - juuhu!! (01:42:40).

3. Półmaraton Warszawski. Biorę w nim udział zachrypnięta, a na mecie usiłuję zwrócić własne płuca ;) Oprócz tego czułam się doskonale - poprawiłam życiówkę z Gran Canarii (01:41:31).

4. Paryż, maraton. Piękne miasto, piękny bieg. I znów życiówka, poprawiłam wynik sprzed dwóch lat na tym dystansie (03:37:52).

5. Wings For Life. Impreza charytatywna, gdzie meta goni zawodników. To była dla mnie prawdziwa walka z upałem, wiatrem, podbiegami i przede wszystkim z głową. Udało mi się nabiegać ponad 26 kilometrów (26,43) co dało mi 21 miejsce wśród kobiet w polskiej edycji.

6. Bieg Rzeźnika. Co tu dużo mówić... Mój największy sukces, mega przygoda. Pierwsze zmierzenie się z tak dużym dystansem. Z moją partnerką biegową, Ewą, dałyśmy z siebie wszystko, co zaowocowało trzecim miejscem wśród kobiet. Udało nam się złamać 12 godzin. I myślę, że głównie dzięki tej imprezie na dobre zaraziłyśmy się bieganiem w górach.

7. Samsung Irena Women's Run, dystans 5 km. Bieg dla kobiet. Bieg, w którym największą radochę miałam dopingując i motywując inne panie. Było mega różowo i zupełnie inaczej niż na standardowych biegach. Nabiegałam też nieoficjalną życiówkę (22:21).

8. No risk no fun - czyli razem z mężem spróbowaliśmy swoich sił w imprezie AR - Mountain Touch Challenge w Szczawnicy. Bieg, rower, kajak. Dwanaście godzin w górach z mapą. Pomimo błędów, głównie w nawigacji, dotarliśmy na metę jako 8 zespół i 3 mikst.

9. Półmaraton Praski. Trochę spontan, bo zbliżający się wielkimi krokami maraton w Berlinie, spowodował u mnie potrzebę jakiegoś dłuższego biegu. Pomimo dużego upału wybierającego potwornie siły, otarłam się o złamanie godziny i czterdziestu minut. Skończyło się na 1:40:39

10. Duathlon w Makowie Mazowieckim. Impreza już mi znana, bo brałam w niej udział rok wcześniej. Poszło nieźle. Naprawdę niewiele brakowało, żebym wywalczyła drugie miejsce. Zabrakło dwóch sekund :)

11. Maraton w Berlinie. To była największa maratońska improwizacja i najbardziej nieoczekiwana życiówka :) 3:32:13. Ciężko będzie ją poprawić, choć wiem, że przy odrobinie zacięcia jest to w moim zasięgu.

12. Ultramaraton Bieszczadzki. Powrót w Bieszczady na trochę krótszym dystansie. Super impreza, miałam dużo radochy, pomimo sporego zmęczenia na koniec. Na metę dotarłam jako 9 kobieta i 4 w kategorii wiekowej. Ponieważ nagrody w kategoriach się nie dublowały, wskoczyłam na najwyższe miejsce podium w kategorii wiekowej :)

13. Bieg Szakala, półmaraton. Piękne okoliczności przyrody łódzkiego Lasu Łagiewnickiego i już odczuwalne zmęczenie sezonem. Pomimo kryzysu pod koniec i gleby, udało mi się dobiec jako 13 kobieta i siódma w kategorii wiekowej.

14. Bieg Niepodległości. Tym razem bez życiówki :) Ale jak na zakwasy w nogach po rowerowaniu przez Roztocze dwa dni wcześniej, nie miałam się czego wstydzić (46:10).

15. Zimowy Bieg Wulkanów. Pełen spontan. Niesamowity klimat. Coś absolutnie nowego: bieg z przeszkodami. Jestem fanką tej imprezy :)) Pomimo, że nigdy wcześniej nie przełaziłam na wyścigi przez ścianki, płonące polana, piachy w żwirowni, opony, fosę - na metę dotarłam jako szósta kobieta.

I tak dotarliśmy do grudnia. Tak wyglądał mój rok na biegowo.
Co przyniesie przyszły? Zobaczymy. Planów trochę jest. Oby nie był gorszy od tego - czego i Wam życzę :)

I pozwolicie, że na koniec umieszczę zdjęcie z mety mojego biegu NAJ mijającego sezonu:



wtorek, 15 grudnia 2015

W Krainie Wygasłych Wulkanów

W Krainie Wygasłych Wulkanów
Jedenastego listopada miałam zakończyć swój sezon startowy Biegiem Niepodległości. Koniec, finito, wystarczy na ten rok. Małżonek kropkę nad i miał stawiać podczas Żoliborskiego Biegu Mikołajkowego.
I co?
I skłamaliśmy :))

Jak wiecie, bardziej lub mniej regularnie chodzimy na treningi prowadzone przez Magdę Jaskółkę i Piotrka Tartanusa, Power Training. Teoretycznie są to zajęcia przygotowujące do dość popularnych ostatnio tzw. biegów ekstremalnych typu Runmagedon. 
Idea sztucznych i często mocno udziwnionych utrudnień, gdzie elementy biegu służą głównie przemieszczeniu się od jednej przeszkody do drugiej, nie przemawia do mnie. Power Training to dla mnie narzędzie treningowe służące wzmocnieniu korpusu, poprawie siły i wytrzymałości. Taka postawa spowodowała, że często na treningach zupełnie nie wiem o czym ci ludzie gadają :)) Przed kolejnymi biegami ekstremalnymi lub tuż po, cała grupa żyje tylko taką imprezą. Oczywiście od czasu do czasu byliśmy przez trenerów namawiani na spróbowanie, ale zawsze odmawialiśmy. Pojemniki z lodem na trasie? Czołganie się pod drutem kolczastym? Nie, dziękuję, postoję. Wtedy pojawiała się propozycja Biegu Szlakiem Wygasłych Wulkanów. Że to trochę inny bieg ekstremalny. Że większy nacisk kładzie się na przeszkody naturalne. Że jest dużo biegu w terenie. 
I gdzieś te Wulkany tliły się z tyłu głowy. 
Gdy grupa zaczęła żyć zimową wersją tego biegu, stwierdziliśmy z mężem: a w sumie czemu nie?



I tak 11 grudnia wieczorem, po odstawieniu dzieciaków do moich rodziców, pędziliśmy w kierunku Wrocławia, Złotoryi i zamku Grodziec, dookoła którego cała impreza miała się odbyć. Reszta Powertrainingowców jechała autokarem. Autem udało nam się dojechać przed nimi.
Dojechaliśmy po północy, ostatnie metry podjeżdżając na bazaltowe, powulkaniczne wzgórze zamkowe górujące nad okolicą.
 Klimat od samego początku był nieziemski. Czarna noc, gołe gałęzie drzew wśród których huczał wiatr. W świetle samochodowych reflektorów majaczyły ciemne mury zamku. Brakowało tylko jakiegoś ducha pobrzękującego łańcuchami :)
Poszliśmy szukać kogoś, kto pokazałby, gdzie mamy spać. Weszliśmy na zamek. Przez nikogo nie zaczepiani otwieraliśmy różne drzwi, przechodziliśmy przez komnaty zamkowe, właziliśmy po jakiś schodach. Miałam poczucie totalnego surrealizmu.
W końcu trafiliśmy na kogoś, kto zaprowadził nas do kolejnej sali. Tam z wielkiego łoża w klimacie zamkowym, wygrzebał się z lekka nieprzytomny facet (w końcu była już pierwsza w nocy), który po krótkich poszukiwaniach znalazł kartkę z informacją o zaklepanych miejscach i wręczył nam klucze do pokoi. 
I tak poznaliśmy Mirka, organizatora całej imprezy :)

Bieg odbywał się następnego dnia o trzynastej. Mieliśmy więc czas na spokojne zjedzenie śniadania i obejście części trasy przy zamku. 
Obchodziłam, oglądałam i oczy robiły mi się coraz większe. Opony? Zjeżdżalnia wylana olejem? Bieg po rusztowaniu? Fosa? W co ja się wpakowałam?? Najbardziej niepokoiła mnie ta zjeżdżalnia. Nie ze względu na trudność, a w obawie o moją obitą kość ogonową (ci, którzy przegapili wzmiankę na FB: dwa tygodnie temu udało mi się zjechać na tyłku po schodach w mieszkaniu, czego skutki dalej odczuwam dość boleśnie). 
Cóż: powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B.

www.e-legnickie.pl fot. Bożena Ślepecka
dużo nas!


O godzinie trzynastej ruszyłam z pierwszą falą wariatów :) 




Najpierw pierwsze spotkanie z częścią przeszkód zlokalizowanych na podzamczu. Opony, zwalone pnie drzew, rury, bele z sianem. 



Potem stawkę rozciągnięto trochę, wyznaczając z fantazją trasę przez wzgórze zamkowe. Z górki i pod górę, przez luźne kamienie, gałęzie, błoto. Tam zaplątała mi się ręka w taśmy ogradzające trasę. Szarpnęłam ręką i... zostałam bez rękawiczki :)
A potem na mury zamkowe. Dosłownie - bo wspinaliśmy się po prowizorycznych drabinach. I przez zamek, też dosłownie. Przez dziurę w wieży, po drabinach, kręconych schodkach, przez krużganki, na drugą stronę zamku. A potem w dół drogą i przez las, już po płaskim. 
Żeby za nudno nie było wykorzystano to co znaleziono w lesie - czyli błoto, drewno po wycince, przez które trzeba było przebiec. Były też przeszkody sztuczne: nagle w poprzek drogi wyrastała przeszkoda z konarów i gałęzi wesoło trzaskająca ogniem. Suuupcio, jak powiedziałoby moje dziecię nr 1 :)
Rozpęd, przeskok i....o w mordę! Kawałek dalej ścianka do pokonania.
Parę razy podczas Power Training trenerzy pokazywali jak pokonywać takie przeszkody, ale ja sprawę olewałam, nie planując startów w tego typu biegach. No i teraz się zemściło :) 
Moją głupią minę spostrzegło dwóch zawodników i panowie pomogli mi pokonać przeszkodę. W drugą stronę na widok mojej przerażonej miny do pomocy rzucili się strażacy :)
Ale zanim doszło do pokonywania ścianki po raz drugi, trasa doprowadziła, chyba mogę powiedzieć, że do clou tej całej imprezy, prawdziwego sprawdzianu wytrzymałości: żwirowni czy też kopalni piasku.
Moim oczom ukazała się wielka dziura, głęboka na 20-30 metrów, z mocno stromymi piaszczystymi ścianami. W górę, w dół, w górę w dół. I tak kilkanaście razy. Jazda w dół byłaby czystą przyjemnością gdyby nie piasek, który momentalnie znalazł się w moich butach. Wdrapywanie się w górę było już mniej przyjemne. Jedyna opcja to zapierdzielać na czworakach, mocno próbując wczepić się rękoma w piach. A i tak często okazywało się, że człowiek namachał się nogami jak głupi i nie dosyć, że nie posunął się się w górę ani o centymetr, to często zjeżdżał jeszcze w dół wraz z osypującym się piachem. 




O, dała mi popalić żwirownia, dała. Gdy wreszcie trasa dalej ruszyła lasem, nie miałam siły od razu ruszyć truchtem. Płuca paliły, łydki piekły. W butach kilogramy piachu. Zastawiałam się czy zatrzymać się i go wysypać, ale uznałam, że zajmie mi to za dużo czasu. Trochę poruszałam palcami, piach jakoś się ułożył.
W zebraniu się do kupy pomógł mi widok dwóch dziewczyn majaczących w oddali. Wracaliśmy z powrotem w kierunku zamku. Leśna droga była dość szeroka, idąca lekko w dół. To była moja szansa na dogonienie. Ruszyłam żwawiej. 
Oczywiście nie było tak prosto: znów musiałam pokonać ściankę, znów było przeskakiwanie ognia i drewno z wycinki. Doszło jeszcze czołganie. Dystans jednak cały czas się zmniejszał. Wreszcie, w ostatniej chwili, na zakręcie, dogoniłam je. 
Za zakrętem i ostatnią przeszkodą, ogniową zaporą, droga zaczęła prowadzić pod górę. Jestem w stanie się założyć, że normalnie  przeszłabym do marszu. Ale mając na ogonie pościg, zacisnęłam zęby i biegłam. Chwilę odpoczynku zrobiłam, gdy trasa zrobiła się bardziej stroma. Gdy tylko trochę się wypłaszczyło, powróciłam do truchtu. "One też są zmęczone", myślałam,  "nie tylko ja". 
Jeszcze ostatnia nietypowa przeszkoda pod postacią samochodu z paką ustawionego w poprzek drogi i można było na nowo wypluwać płuca podchodząc pod wzgórze zamkowe;) 
Jeszcze rundka dookoła zamku, rusztowania, fosa (próbowałam boczkiem, ale brzegi były wyłożone folią. Po pierwszym poślizgu, wzięłam byka za rogi i ruszyłam przez środek), znów konary drzew, rury, bele z sianem i wreszcie wbiegłam przez bramę. 


fot. Ryszard Frankiewicz

www.e-legnickie.pl fot. Bożena Ślepecka





Nie dogoniły mnie! Udało się!
Wulkany ukończyłam jako szósta kobieta, co było o tyle miłe, że dekorację przewidziano dla pierwszych 10 osób wśród kobiet i mężczyzn. Miłe było - ale niestety na dekorację się spóźniłam :))
Gdy na mecie zameldował się Tibor (startował z innej fali), poszliśmy do pokoju wytrzeć się, przebrać i ogrzać. Wg planu imprezy dekoracja miała zacząć się o szesnastej. Niestety - gdy zeszliśmy na dziedziniec na pięć minut przed tą godziną, właśnie kończyło się dekorowanie panów.

A wieczorem w sali rycerskiej i kominkowej zaczęła się zabawa. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że niektórzy chyba głównie na nią przyjechali :)) 
Oprócz tańców, hulanek, napitków i jedzenia, jedną z atrakcji było nocne oprowadzanie po zamku, wraz z opowieściami o historii tego miejsca i niespodziankami pod postacią scenek rekonstrukcyjnych. Szkoda tylko, że nie wszyscy wczuli się w konwencję, psuli atmosferę komentarzami i świeceniem czołówkami na aktorów. Na szczęście prowadzący na głowę włazić sobie nie dał i w cięty, a jednocześnie dowcipny sposób trzymał w ryzach co większych przeszkadzaczy.

Powiem Wam, że obserwując bawiących się ludzi w sali rycerskiej, wymykając się z mężem na mury, żeby popatrzeć na rozgwieżdżone niebo, stwierdziłam, że przez te wszystkie stulecia niewiele się zmieniło. Dziś Bieg Wulkanów - wtedy pojedynki rycerskie. Czy jest jakaś różnica? Tak samo ludzie chcieli się sprawdzać, tak samo tańczyli, jedli, bawili się i podziwiali to samo nocne niebo.

Ot, tak sentymentalnie zrobiło się na koniec :)

A wracając do samego biegu i moich wrażeń. Bardzo mi się podobało i szykujemy się całą rodziną, z dziećmi, na letnią wersję imprezy. Bieg ma swój klimat; świetni są organizatorzy: Agnieszka i Mirek Kopińscy. Ona - rozsądna, zajmująca się formalnościami, załatwiająca pozwolenia, gasząca pożary wzniecane przez Mirka:) On - wariat, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nie przejmujący się żadnymi przeszkodami. Prawie płakałam chwilami ze śmiechu słuchając anegdotek z organizowania Wulkanów - na przykład jak Mirek przez pomyłkę wykosił komuś pół ogrodu wyznaczając trasę biegu :))
Jeśli ktoś chciałby spróbować czegoś nowego, a nie nęcą go przeszkody z elementami biegu, Bieg Wulkanów serdecznie polecam. Na pewno wersję zimową. O letniej wypowiem się w czerwcu :)

PS. Ale teraz to już na serio do końca roku nigdzie nie startuję :P




fot. Magdalena Jaskółka

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger