sobota, 16 lutego 2013

Jak przeszłam na złą stronę mocy :)

Gdy zaczęłam bliżej interesować się tematyką biegania, zaczęłam przeglądać różne blogi biegowe. Zauważyłam, że sporo osób mocno skupia się na obuwiu - nadziewałam się na rozbudowane opisy butów, porównania, doznania wygody bądź niewygody, ważenie butów: jednym słowem taki trochę onanizm sprzętowy ;)

Zaczynając pisać mojego bloga pomyślałam sobie, że postaram się, żeby u mnie takiego rozkładania sprzętu na czynniki pierwsze nie było, że przecież najważniejsze jest bieganie i radość z tego, a nie to co ma się na sobie. Zresztą, co ja mogłam wiedzieć o tym wiedzieć: do tej pory biegałam w butach z Decathlonu - niby dedykowane do tego typu aktywności, ale jednym z głównych wytycznych przy ich kupnie była wtedy cena. 

Gdy dwa tygodnie temu rozpoczęły się moje problemy z mięśniami, wyczytałam, że jedną z przyczyn może być nieprawidłowo dobrane obuwie. Postanowiłam wejść w paszczę lwa, przejść na złą stronę mocy ;) i umówić się na profesjonalny dobór obuwia, włącznie z wideoanalizą kroku biegowego.

Naczytałam się też w necie o różnych sposobach stawiania stopy: o supinatorach, pronatorach i biegaczach neutralnych, o lądowaniu na pięcie i na śródstopiu i o najnowszym nurcie - że to wcześniejsze to jeden wielki pic na wodę fotomontaż, a jedynym właściwym jest bieganie naturalne, bez kosmicznych technologii w butach, a najlepiej na boso ;)

Poszliśmy całą rodziną, przezornie zabierając ze sobą laptopa z bajkami, żeby dzieciaki nie rozniosły sklepu na strzępy:)
Wideoanaliza odbywa się na sztucznej bieżni, za osobą biegającą ustawiona jest kamerka.
Na pierwszy ogień poszłam ja i...początki były zabawne. Otóż nigdy nie miałam do czynienia z taką bieżnią. Nie umiałam na niej chodzić, nie mówiąc o bieganiu. Jeszcze jak się trzymałam z boku pałąków - jakoś szło - po puszczeniu traciłam równowagę, albo mój krok był dziwnie nienaturalny.
Po paru minutach przyzwyczaiłam się do uciekającego podłoża pod nogami i można było analizować co ja wyprawiam ze swoimi kończynami.
Okazało się, że moje wcześniejsze wrażenia z truchtań, że ląduję na śródstopiu, a nie na pięcie, okazało się słuszne. I że mam stopę neutralną.
Miła pani przyniosła mi trzy pary butów różnych producentów. Ok - będziemy przymierzać, choć zastanawiałam się skąd poznam, że jeden but jest lepszy, a drugi nie.
Na pierwszy ogień poszedł jakiś model Asicsa i od razu stwierdziłam, że ich nie chcę. Takie dziwne były, uciskały za mocno śródstopie. Tak bardzo byłam pewna, że to nie buty dla mnie, że nawet nie zarejestrowałam jaki to był model.
Druga para: Brooks Ghost. 
Ok, lepiej. Ale osobę odpowiedzialną za kolorystykę buta powiesiłabym za jaja: kto wymyśla te idiotyczne połączenia oczojebnych zieleni?? Damska wersja i tak wyglądała w porządku, w porównaniu z męskimi modelami.
Przebiegłam się w nich po sklepie. Hm. O co chodzi z tą cała amortyzacją? Nie czułam różnicy pomiędzy moimi decathlonowymi butami, a tymi co miałam aktualnie na nogach. Do momentu, gdy nie zaczęłam hamować przed ladą i zaczęłam ewidentnie lądować na pięcie. Wtedy poczułam jakby moja pieta za każdym razem lądowała na mięciutkiej poduszce - aaaa, więc o to chodzi! Tylko co mi po amortyzacjiw tym miejscu, skoro ewidentnie pięty nie używam przy bieganiu? Pani doszła do tego samego wniosku, bo poszła szukać dla mnie butów, które miały amortyzację głownie w śródstopiu, a ja się zabrałam za testowanie trzeciego modelu: Nike Air Pegasus. 
Kolorystycznie były śliczne: nie walący po oczach fiolecik. Po założeniu miałam wrażenie jakbym miała kapcie na nogach. Miłe, wygodne kapcie. Po paru chwilach doszłam do wniosku, że jednak  są zbyt kapciowate No i znów problem jak poprzednio: po cholerę mi systemy amortyzujące pod piętą?
W międzyczasie pani postawiła przede mną Nike Zoom Elite - czyli te, co niby dla mojego typu biegania lepsze. 
Założyłam. Wygodne, ale nie tak kapciowate jak Pegasusy. Bieganie: przyjemne. Kolor: szkoda, że takie jasne - już widziałam oczami wyobraźni jak będą wyglądać po pierwszym kółku po parku ;).
Tak sobie łaziłam w te i nazad i dla pewności porównywałam buty - a to truchtając przez sklep w jednych, a to w drugich, a to w jednym takim, drugim takim, w tak zwanym międzyczasie patrząc co za obuwie przymierza mój mąż i łapiąc dziecko nr 3.
Szymuś uznał, że od "Wilka i Zająca" ciekawsze jest to co robią rodzice. Zdjął więc swoje butki i również zaczął biegać. Jak wszyscy, to wszyscy, nie? I jak rodzice przymierzają buty - to on też, a co!



Gdy już tak na 99% byłam przekonana, że ze sklepu wyjdę z tymi Zoomami, postawiono przede mną Brooksy Poor Flow. 
Były trochę inne od reszty: czarne, z oczojebną podeszwą, asymetrycznym wiązaniem, śmiesznym językiem, który z jednej strony stanowił całość z butem. Podobno do biegania naturalnego - znaczy, że nie mają rozbudowanej amortyzacji w pięcie, a ich budowa ma wymuszać stawianie stopy na śródstopiu.
Wzięłam do ręki: woooow, jakie lekkie. Moje stare buty ważą tonę w porównaniu z tymi. Przymierzyłam. Poczułam jakbym miała na nodze skarpetę. Nie kapcia - skarpetę. Dobrze dopasowaną, trzymającą stopę, ale mega wygodną. Przeszłam się. Dziwne uczucie: inna podeszwa niż w poprzednich butach dawała odczucie, jakbym piętę miała niżej niż palce. Przebiegłam się i....banan pojawił mi się na twarzy. Przebiegłam po raz drugi. Banan się powiększył. Nie miałam żadnych wątpliwości: to były TE buty. 
Nie mogli od razu od nich zacząć? Półtorej godziny przymierzania i zastanawiania się - a na koniec podjęłam decyzję w ciągu 10 sekund :)))





Co ja pisałam na początku o onaniźmie sprzętowym? ;)))


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger