wtorek, 16 lipca 2013

Obijam się troszeczkę ;)

8 lipca było większe bieganie - ponad 17 km. Maraton Warszawski coraz bliżej i staram się powoli, powoli zwiększać dystans, żeby pi razy drzwi pokazać organizmusowi co go czeka. Biegło mi się dobrze, na tempo nie narzekałam. Nawet wpadłam w pewien samozachwyt, który szybko mi przeszedł, gdy potknęłam się o korzeń. Rozpaczliwie usiłowałam złapać równowagę - ale ostatecznie z wielkim rumorem i hałasem zaliczyłam glebę. Mój upadek był na tyle głośny, że zainteresował się mną bezdomny siedzący na ławeczce dobry kawałek ode mnie. Żyłam, żyłam, moje ego miało się trochę gorzej - ale za to przywróciło mi właściwy punkt widzenia: mniej dumania o niebieskich migdałach, więcej patrzenia gdzie się biegnie, szczególnie gdy się robi to po ciemku. Wielki sinior na łydce dalej mi to przypomina ;)

Nie samym bieganiem żyję- a ten weekend minął pod znakiem wyjazdu motocyklowego na Węgry. Opowiadałam już o wizycie Węgrów - motocyklistów w Rawie Mazowieckiej. Tym razem strona polska została zaproszona na rewizytę - a ja znów robiłam za plecaczek. Do kufrów zapakowaliśmy z mężem buty i strój do biegania. Och, jakie my mieliśmy plany!
Jazda w tamtą stronę odbywała się na dwie raty, z noclegiem w Krynicy Górskiej.
Co robią ludki mając okazję w miarę wyspać się z dala od dzieci? Ustawiają sobie budzik na 5.50, żeby zdążyć potruchtać przed śniadaniem i ruszeniem w dalszą drogę...
W Krynicy bieganie jest głównie pod górę. Taką naprawdę pod górę (przynajmniej dla mnie), bez ściemy. I szybko się okazało, że moją jako - taką formę z biegania po płaskim mogę sobie tutaj w cztery litery wsadzić. Zaczęło odcinać mi prąd. Szybko bieganie zamieniło się w marszobieganie. Truchtałam pod górkę tak długo jak mogłam - a potem szłam czekając aż mój oddech pozwoli na przyspieszenie.
Jestem pełna podziwu dla osób, które bawią się w biegi górskie - rety, ale trzeba mieć do tego formę!
Szczęśliwie widoczki umilały moje konanie ;)




"Aga, zasymuluj bieganie!"


Nareszcie z górki

Następne truchtanie miało być na Węgrzech - ale cóż - integracja i zabawa była przednia - na tyle, że następnego dnia rano byłam w stanie zrobić parę rzeczy - ale bieganie na pewno do nich nie należało ;)
Generalnie od tego ósmego lipca biegania było niewiele.

Dziś za to dla odmiany, korzystając z tego, że przy dzieciach jest babcia, wyszłam z mężem na rower. Najpierw zostałam przeczołgana przez Lasek Bielański przez wszystkie możliwe podjazdy,zjazdy, zakręty, ścieżki i ścieżynki - a potem sama wykrzesywałam z siebie jakieś ukryte pokłady energii uciekając przed  ogromną chmurą burzową (chmura postraszyła, nawet na koniec trochę pomoczyła deszczykiem i... poszła sobie gdzieś indziej).
Ten rower - to tak trochę pod kątem duathlonu w Rawie Mazowieckiej, na który za na namową mojego męża się zapisałam. Na triathlon się nie piszę, bo umiem pływać jedynie odkrytą żabką. I trochę na plecach.

PS. Z ostatniej chwili: właśnie zapisaliśmy się z mężem na Bemowski Bieg Przyjaźni 15 września.


2 komentarze:

  1. Skądś to znam - móc się wyspać nocując w hotelu i wstać o czwartej by pobiegać przed śniadaniem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie? Człowiek to jednak dziwna istota :))

      Usuń

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger