Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maraton Warszawski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maraton Warszawski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 września 2013

Mój pierwszy maraton - 35 Maraton Warszawski

Mój pierwszy maraton - 35 Maraton Warszawski
A więc stało się: JESTEM MARATOŃCZYKIEM!! W dodatku z czasem, który wprawia mnie w zdumienie - bo nie przypuszczałam, że jestem w stanie tak pobiec:



3:50:43






Kiedy zapisywałam się wiosną na ten maraton, myślałam o czterech godzinach z groszami . A tak naprawdę chciałam dotrzeć do mety w obojętnie jakim czasie. 
W miarę jak upływały kolejne tygodnie i treningi, zaczęłam dumać, że może uda się te grosze obciąć. 
W okolicach startu coraz śmielej po głowie tłukła mi się myśl, że cztery godziny raczej powinnam złamać. Ostatecznie w taką śmieszną aplikację Timexa, dzięki której można było na FB obserwować moje zmagania na żywo (albo raczej: możnaby, gdyby nie fakt, że przez nieuwagę ustawiłam tą opcję widoczną tylko dla mnie ;) wpisałam czas 3:55:00. 
Nie wiedziałam czy uda mi się w tyle przebiec. Mój trening to totalna wolna amerykanka - biegałam tak jak mi było wygodnie i jak mi fantazja podpowiadała, pilnując jedynie, żeby raz w tygodniu było jakieś dłuższe bieganie. Kalkulatory dostępne w necie prorokowały mi czas między 3:51 a 4:13. Trochę duży rozrzut. Naczytałam się na różnych stronach i blogach miliona relacji, rad, porad, opisów  mrożących krew w żyłach ściany i odcinania prądu. Im bliżej startu tym większy miałam mętlik w głowie i trochę nie wiedziałam czy 3:55 to nadmiar optymizmu z mojej strony, czy wręcz przeciwnie.
A może w ogóle nie powinnam o tym myśleć? To debiut - powinnam się cieszyć z samego faktu ukończenia tego królewskiego dystansu.
No właśnie - w pewnym momencie doszło do mnie, że w ogóle nie rozważam opcji co jeśli nie dobiegnę. A przecież przed startem w Półmaratonie Warszawskim panikowałam, że 21 km wydaje mi się dystansem niewyobrażalnym. A tu przy ponad 42 km tak nie myślę? Co jest grane?
Jakoś w głowie ułożyło mi się, że powinnam od samego początku wierzyć, że jest to dystans do przebiegnięcia, że mi się uda. Nie mogę wątpić, muszę po prostu być pewna, że dobiegnę na metę. Dodatkową motywację stanowił dla mnie fakt, że biegłam również jako członek drużyny Asseco Poland. Od tego czy ukończę bieg zależało czy cała drużyna zostanie sklasyfikowana. Tak więc nie było innej opcji - meta ma być moja. Zaprogramowałam się na przebiegnięcie tych 42 km.

Ustawiłam się parę metrów za zającem na 3:55. Ilość ludzi robiła wrażenie. Tłumy, tłumy. Biegłam ze strefy zielonej, która ruszała jako druga. Małżonka pożegnałam już wcześniej - on został przypisany do strefy żółtej, szybciej ruszającej. Ruszyliśmy 10 minut po wystrzale.


Tuż po starcie. Ja to ta w różowych skarpetach
Fot. www.maratonypolskie.pl

Początek spokojny - nawet gdybym chciała nie mogłabym przyspieszyć - dookoła  multum ludzi. Później też nie gnałam - były momenty, że ciut przyspieszałam - ale biegłam w pobliżu dwóch pacemakerów - na 3:55 i 3:50 (nie wiem czy ten pierwszy biegł za szybko, czy ten drugi za wolno - ale chwilami pomiędzy panami był może z metr różnicy), dookoła nich było większe natężenie ludzi - gdy trasa robiła się węższa,  od razu robiło cię ciasno - nie tylko nie dało się przyspieszyć, ale był moment, gdy z ludźmi  prawie stanęłam w miejscu. Ciasno było w Łazienkach, ciasno było na Wilanowie.  Tłum powodował, że w pierwszej części biegu mało komfortowe było korzystanie z punktów z wodą. Najgorzej było w tunelu na Wisłostradzie, gdzie obsługa nie nadążała z nalewaniem napojów. Pierwsze kilka stolików było puste. To zamieszanie spowodowało, że w kilku miejscach zrezygnowałam z napicia się, uznając, że spróbuję na następnym punkcie. 
Jak mi się biegło? Szczerze mówiąc nie czułam świeżości: dzień wcześniej dałam się namówić i poszłam na Biegam Bo Lubię na Skrę. Niby wydawało mi się, że się oszczędzałam, niby wydawało mi się, że ćwiczenia nie były obciążające - a jednak w dzień startu obudziłam się z lekkimi zakwasami. Ale kilometry mijały - a ja jakoś się trzymałam.
Bałam się biegnięcia ulicą Arbuzową. Media donosiły o planowanym proteście mieszkańców. Jak było? Hmmm. Stał wóz TVN-u (znudzeni panowie przy kamerze na której byłą naklejona kartka "proszę machać" :). I stali mieszkańcy. Starsi, młodsi, wszyscy uśmiechnięci, klaskali, wołali, dopingowali. Ani śladu agresji, niechęci. Wierzę, że mogła być jakaś grupka niezadowolonych osób, która poleciała do prasy - ale generalnie mam wrażenie, że media trochę rozdmuchały temat robiąc z igły widły.
Na Wilanowie znów było zwężenie - tam chciałam już leciutko przyspieszyć, ale nie było takiej możliwości. Chwilami  biegłam po krawężniku.

Tu widać w jakim tłoku biegłam przez Wilanów
fot: Paweł Wegner  www.mmwarszawa.pl


 Dopiero na nawrotce zrobiło się luźniej i zaczęłam powoli przyspieszać. Tak! Dobrze czytacie: udało mi się przyspieszyć w drugiej części biegu! Owszem - czułam coraz mocniej zmęczenie. Mięśnie zaczynały boleć - ale ani razu w mojej głowie nie pojawiła się myśl, żeby zwolnić czy przejść do marszu. Serio - byłam cała zaprogramowana na dobiegnięcie do mety. 
Ursynów - chyba cały wyszedł kibicować. Tłumy ludzi - krzyczeli, motywowali. Całe rodziny z kartkami, transparentami czekali na swoich najbliższych. Niesamowite.
Przez większość biegu w środku motywowałam się pozytywnie na poszczególnych odcinkach:

" No co ty, do 21 km dociągniesz, przecież już parę razy pokonałaś taki dystans!"
"Do 27 km będzie spoko - przecież tyle już przebiegłaś! No owszem - miałaś wtedy kryzys - ale wtedy miałaś szybsze tempo - teraz biegniesz wolniej - więc dasz radę!
" 27 kilometr? To już tylko trzy do trzydziestki! Przecież dasz radę przebiec trzy kilometry!"
"Na 33 km ma kibicować Krasus - trzeba ładnie pobiec! (Krasusa niestety nie zauważyłam - ale biegłam dalej)
"Teraz to już rzut beretem do 35 km - dwa kilometry - co to jest!"
"38 kilometr już za trzy kilometry! 38 kilometr - to już prawie koniec!"
"Patrz, jeszcze tylko cztery kilometry do mety - to przecież pryszcz! Czterech kilometrów nie przebiegniesz?"

I tak gadając w środku z samą sobą biegłam. I biegłam. I ludzie dopingowali. Szczególnie, że jestem babą - więc miałam dodatkowy doping z racji płci.  Biegłam i wyprzedzałam. Wyprzedzałam wszystkich, dosłownie wszystkich! Po 30 km większość ludzi człapała, albo przechodziła do marszu. A ja jeszcze miałam siłę, a fakt, że wyprzedzam dodatkowo dodawał mi skrzydeł. 
Czterdziesty kilometr przekroczyłam mając 3:40 z groszami na liczniku. Szybka kalkulacja czy uda się dobiec w mniej niż 10 minut - ale wiedziałam, że się nie uda. Na ostatnich dwóch kilometrach dałam z siebie już naprawdę wszystko - średnią miałam poniżej 5 min/km.
Wpadam na metę, zatrzymuję stoper i gęba mi się śmieje: swój plan wypełniłam z nawiązką :)
Czy żal mi tych 43 sekund? Gdybym się nastawiała na złamanie 3:50 - pewnie tak. Ale sądziłam, że będę wolniejsza - więc taki wynik jest dla mnie ogromnym, ogromnym sukcesem. Dodatkowo udało mi się nie zaliczyć tej słynnej maratońskiej ściany. I cały dystans przebiegłam, bez przechodzenia do marszu.
Niby to debiut, niby radość powinien przynieść sam fakt ukończenia maratonu, niby każdy wynik byłby życiówką. Ale pierwszy maraton biegnie się raz. Fajnie było to zrobić z przytupem :)

3:50:43 (wybaczcie - muszę się jeszcze poupajać tymi cyferkami :P), 168 kobieta i 62 w mojej kategorii wiekowej.  Nasza drużyna zajęła 24 miejsce.

Obsługa sprawnie przeganiała zawodników do przodu, żeby nie robić zatoru na mecie. Odbiór medalu, człapię w kierunku depozytów. Człapię na raty - bo mięśnie po blisko czterech godzinach wysiłku odmawiają posłuszeństwa. Dwa razy zatrzymuję się, żeby rozciągnąć łydki, bo nie jestem w stanie iść.
W końcu dochodzę do odpowiednich wolontariuszy - zapamiętali mnie, bo razem z moim workiem, podają mi worek z rzeczami męża. 
Wrrrróć!
Rzeczy męża??
On ich jeszcze nie odebrał??
Albo jakimś cudem minęliśmy się na mecie i gdzieś tam na mnie czeka albo...jeszcze nie dobiegł??

Mąż zaczął szybko. Za szybko. Gdzieś na etapie, gdy ja dostałam skrzydeł, jemu właśnie odcięło prąd. W którymś momencie wyprzedziłam go - ale żadne z nas nie wie dokładnie gdzie. Na metę wbiegłam 13 minut przed nim. 
Małżonek odgraża się, że jeszcze pokaże w Amsterdamie - i pewnie pokaże. A jak nie za trzy tygodnie - to na wiosnę.
A teraz trzeba się zregenerować. Bo planów nie zmieniłam: za trzy tygodnie maraton w Amsterdamie. Ale tam nie nastawiam się na bicie rekordów. Tam będzie bieg dla samej radości biegania, obcowania z ludźmi i chłonięcia atmosfery.



A na razie... ;)





niedziela, 22 września 2013

Tydzień...

Tydzień...
Rano wyszłam pobiegać. Z pewnym wahaniem zawadziłam o Lasek na Kole. Skąd wahanie? Ano od wypadku biegaczki w Lesie Kabackim jakoś mniej pewnie czuję się w odosobnionych miejscach.
Do Lasku wbiegłam mając tory kolejowe ze swojej prawej strony. Ta część parku jest rzadziej uczęszczana. Minęłam jedno przejście przez tory, gdy jakieś dwadzieścia, trzydzieści metrów przede mną zza krzaków wytoczył się ewidentnie podpity gość. Słychać było, że nie jest sam, że obok ma kompanów. Decyzję podjęłam w ułamku sekundy - pomimo, że chciałam pobiec prosto, do następnego przejścia, momentalnie w miejscu zmieniłam kierunek biegu, przebiegłam przez tory i oddaliłam się od towarzystwa. Jakoś nie miałam ochoty sprawdzać co się stanie jak pobiegnę dalej prosto. Może nie stałoby się nic, a może nie.

Tydzień został do mojego debiutu maratońskiego. Dla mojego męża będzie to drugi start - co nie znaczy, że jest spokojniejszy. Już od ładnych paru dni nasze rozmowy stały się hm... monotematyczne :) Jak pobiec? W jakim tempie? Skorzystać z porad Krasusa i nie liczyć na przyspieszenie w drugiej połowie? A może Ci, którym to się nie udało po prostu za mocno pobiegli na początku? A może rzeczywiście mając w nogach dwadzieścia czy trzydzieści kilometrów nie da się przyspieszyć?
Chciałabym pobiec poniżej 4 godzin. Jeszcze w kwietniu, gdy rejestrowałam się i opłacałam start nie myślałam o tym. Teraz myślę, że złamanie 4 godzin jest w moim zasięgu - co nie znaczy, że tak się stanie.
A jeśli umrę w połowie?
A jeśli dopadnie mnie ta słynna maratońska ściana?
A jeśli - tfu, tfu - skontuzjuję się? Oj, dużo tych "a jeśli":)
A jeśli nie wystąpi żadne "jeśli" to jak biec?
5:30?
5:20?
Szybciej?
Wolniej?
Dam radę?
Nie dam rady?

Dodatkowo od jakiegoś czasu już o tym wiem, że będę biegła również jako członek drużyny. Jako jedyna kobieta - a zasady klasyfikacji mówią, że musi być uwzględniony przynajmniej jeden wynik kobiecy w drużynie. Więc jakby czuję pewną presję - wypadałoby jednak dobiec.

Pewnie nie ja pierwsza i nie ostatnia z małym przedstartowym panic mode :)
Małżonek wygrzebał fajny filmik na youtubie - polecam wszystkim spanikowanym


poniedziałek, 16 września 2013

Ha!

Ha!
Tak, wiem, wiem - jeszcze poprzedni wpis dobrze nie wystygł - a ja już produkuję następny.
Ale udało się! Pokonałam po raz pierwszy barierę dystansu półmaratońskiego i przebiegłam dziś 27 km.
W ramach testowania wzięłam ze sobą żel energetyczny oraz po raz pierwszy wzułam skarpety niby kompresyjne by Lidl.
I jak było?
Cóż... dostałam małą próbkę tego jak może to wyglądać na maratonie. Oj, będzie walka z własnymi słabościami i własną głową.

Nie wiedziałam czy wyjdzie mi to dzisiejsze wybieganie - a był to właściwie ostatni dzwonek na tak długi dystans. Następny długi bieg - maraton. Pogoda spłatała mi psikusa i po odprowadzeniu chłopaków do szkoły/przedszkola, smętnie wpatrywałam się w deszcz za oknem. Wyjść? Nie wyjść? A jak zmoknę/zmarznę i mój katar z którym walczę od tygodnia zamieni się w zapalenie zatok?
W końcu koło 11 przejaśniło się trochę. Ubrałam się, założyłam żarówiasto różowe skarpety (w połączeniu z żarówiasto żółtym wykończeniem moich butów moje nogi wyglądały...żarówiasto:).



I wyszłam. Na deszcz. Przed chwilą go nie było. Chwila wahania co robić - ale zauważył mnie sąsiad, zaczął pytać, komentować. No dobra - teraz to już głupio wrócić do domu.
Pobiegłam w kierunku Kępy Potockiej. Postanowiłam tam się pokręcić - okrążenia są na tyle długie, że człowiek nie czuje się jakby biegł w kołowrotku. Park ten ma jeszcze jedną zaletę: toaletę:)
No i tak sobie zaczęłam truchtać. Okazało się, że kolejne kilometry przebiegam szybciej niż pierwotnie zakładałam. Próby zwolnienia jakoś mi nie wychodziły.  W końcu uznałam, że jeśli z takim tempem czuję się dobrze - to nie będę walczyć. Zobaczymy ile tak ubiegnę. I tak na pewno zwolnię w miarę upływu kilometrów - zmęczenie zrobi swoje. I tak sobie truchtałam, podziwiając widoczną już jesień dookoła.





Do 22 kilometra biegło mi się wyśmienicie. Potem zaczęło być gorzej, tym bardziej, że zaczęłam odwrót do domu, pod górkę. W pewnym momencie miałam takie pragnienie, żeby się zatrzymać, tu teraz, natychmiast, że aż mnie zatkało. Zacisnęłam zęby i przebierałam nogami dalej. Robiłam wcześniej w parku króciutkie przystanki na zrobienie zdjęcia, łyka wody czy przełknięcie żelu. Ale wtedy nie byłam zmęczona. Teraz, z każdym krokiem coraz bardziej czując mięśnie, chciałam walczyć ze zmęczeniem jak długo się da.
 Światła złośliwie ;)  zmieniały się na zielone jak tylko dobiegałam do jezdni. Tu trochę się poddałam - dałam odetchnąć moim nogom i na pasach przechodziłam do marszu.
Koło 24 km zadzwonił do mnie małżonek- jak usłyszał, że biegnę, chciał kończyć rozmowę, ale przerwałam mu, że zdecydowanie nie mam nic przeciwko porozmawianiu. Trzy minuty wytchnienia:)
Doczłapałam się do domu dokręcając jeszcze po okolicy do 27 kilometra. Jakbym się uparła - domęczyłabym do trzydziestki - ale potwornie chciało mi się pić (w torebce biodrowej zmieściła się malutka 330 ml buteleczka, której zawartość dawno się skończyła) i zaczęło znów padać.
Jeszcze tylko rozciąganie. Cóż - jeśli ktoś słyszał mnie wtedy nie widząc, na pewno myślał, że nie wiadomo jakie "momenty" właśnie się dzieją. Nic z tego ;) To tylko obolała baba rozciągała swoje udręczone mięśnie wydając przy tym dziwne dźwięki :)
Potem prysznic, krótki odpoczynek i walka ze zmęczeniem. Jazda po chłopaków do przedszkola/szkoły. Rozstrzyganie czy dziecko nr 1 miało prawo podrzeć książeczkę dziecku nr 2, bo dziecko nr 2 wołało w kierunku dziecka nr 1 bla bla bla bla i dziecku nr 1 się to nie podobało. Liczenie do dwudziestu, gdy dziecko nr 3 dwie minuty po spytaniu się czy chce siusiu i uzyskaniu odpowiedz negatywnej, zasikało sobie spodnie, skarpetki i buty.
Takie tam normalne życie matki trójki dzieci :P

Wróćmy do biegania. Cieszę się bardzo, że zdecydowałam się dziś wyjść. To zmęczenie na końcu dystansu było mi bardzo potrzebne, bo wiem jak się mogę czuć w trakcie maratonu. Wiem również, że takim tempem jak dziś, 42 kilometrów nie przebiegnę, bo za połową umrę po prostu.
Przetestowałam żel jabłkowy z decathlonu - okazał się być całkiem smaczny jak na żel. Pewnie wezmę go na bieg.
Skarpety lidlowe? Nie sądzę, żeby miały jakikolwiek efekt kompresyjny - ale było mi ciepło w łydki i wyglądałam wery profeszional i oczojebnie :P




Wspomnę jeszcze o wczorajszym biegu - bo zaczęło do mnie dochodzić, że mój czas podany przez organizatorów jest czasem brutto. Czas netto jest nieznany, bo mają jakieś kłopoty techniczne (te brutto tez podobno niekoniecznie mogą być prawidłowe). Mam czas z zegarka - włączyłam i wyłączyłam go na macie. 22:41. Tylko, że Garmin mi dystansu nie doszacował, twierdząc, że przebiegłam 4,94 km. Więc nie wiem na ile wskazanie czasu jest prawidłowe. Czyli wiem na razie tyle, że 5 km przebiegłam w czasie 22:4x.


wtorek, 16 lipca 2013

Obijam się troszeczkę ;)

Obijam się troszeczkę ;)
8 lipca było większe bieganie - ponad 17 km. Maraton Warszawski coraz bliżej i staram się powoli, powoli zwiększać dystans, żeby pi razy drzwi pokazać organizmusowi co go czeka. Biegło mi się dobrze, na tempo nie narzekałam. Nawet wpadłam w pewien samozachwyt, który szybko mi przeszedł, gdy potknęłam się o korzeń. Rozpaczliwie usiłowałam złapać równowagę - ale ostatecznie z wielkim rumorem i hałasem zaliczyłam glebę. Mój upadek był na tyle głośny, że zainteresował się mną bezdomny siedzący na ławeczce dobry kawałek ode mnie. Żyłam, żyłam, moje ego miało się trochę gorzej - ale za to przywróciło mi właściwy punkt widzenia: mniej dumania o niebieskich migdałach, więcej patrzenia gdzie się biegnie, szczególnie gdy się robi to po ciemku. Wielki sinior na łydce dalej mi to przypomina ;)

Nie samym bieganiem żyję- a ten weekend minął pod znakiem wyjazdu motocyklowego na Węgry. Opowiadałam już o wizycie Węgrów - motocyklistów w Rawie Mazowieckiej. Tym razem strona polska została zaproszona na rewizytę - a ja znów robiłam za plecaczek. Do kufrów zapakowaliśmy z mężem buty i strój do biegania. Och, jakie my mieliśmy plany!
Jazda w tamtą stronę odbywała się na dwie raty, z noclegiem w Krynicy Górskiej.
Co robią ludki mając okazję w miarę wyspać się z dala od dzieci? Ustawiają sobie budzik na 5.50, żeby zdążyć potruchtać przed śniadaniem i ruszeniem w dalszą drogę...
W Krynicy bieganie jest głównie pod górę. Taką naprawdę pod górę (przynajmniej dla mnie), bez ściemy. I szybko się okazało, że moją jako - taką formę z biegania po płaskim mogę sobie tutaj w cztery litery wsadzić. Zaczęło odcinać mi prąd. Szybko bieganie zamieniło się w marszobieganie. Truchtałam pod górkę tak długo jak mogłam - a potem szłam czekając aż mój oddech pozwoli na przyspieszenie.
Jestem pełna podziwu dla osób, które bawią się w biegi górskie - rety, ale trzeba mieć do tego formę!
Szczęśliwie widoczki umilały moje konanie ;)




"Aga, zasymuluj bieganie!"


Nareszcie z górki

Następne truchtanie miało być na Węgrzech - ale cóż - integracja i zabawa była przednia - na tyle, że następnego dnia rano byłam w stanie zrobić parę rzeczy - ale bieganie na pewno do nich nie należało ;)
Generalnie od tego ósmego lipca biegania było niewiele.

Dziś za to dla odmiany, korzystając z tego, że przy dzieciach jest babcia, wyszłam z mężem na rower. Najpierw zostałam przeczołgana przez Lasek Bielański przez wszystkie możliwe podjazdy,zjazdy, zakręty, ścieżki i ścieżynki - a potem sama wykrzesywałam z siebie jakieś ukryte pokłady energii uciekając przed  ogromną chmurą burzową (chmura postraszyła, nawet na koniec trochę pomoczyła deszczykiem i... poszła sobie gdzieś indziej).
Ten rower - to tak trochę pod kątem duathlonu w Rawie Mazowieckiej, na który za na namową mojego męża się zapisałam. Na triathlon się nie piszę, bo umiem pływać jedynie odkrytą żabką. I trochę na plecach.

PS. Z ostatniej chwili: właśnie zapisaliśmy się z mężem na Bemowski Bieg Przyjaźni 15 września.


środa, 17 kwietnia 2013

Oszalałam! Oszalałam??

Oszalałam! Oszalałam??
Od wczoraj wpatruję się w dwa maile na moim komputerze i na razie nie mogę uwierzyć, że będąc w pełni władz umysłowych (a może jednak nie...?) wyraziłam zgodę na takie coś, a nawet wykazałam pewien entuzjazm:


"Dziękujemy za zgłoszenie się do 35. Maratonu Warszawskiego."


"Thank you for registering for the 38th TCS Amsterdam Marathon."







Tak, dobrze widzicie. Jestem na liście uczestników Maratonu Warszawskiego 29 września oraz Maratonu w Amsterdamie 20 października. Trzy tygodnie przerwy.

Ile do tej pory przebiegłam maratonów?
Zero.



Skąd ta, chyba jednak szalona koncepcja? Cóż, wszystko dzięki mężowi i dwóm znajomym, którzy dopiero co ukończyli swój pierwszy maraton w Łodzi. Endorfiny nadal buzują i cała trójka stwierdziła, że oni chętnie jeszcze raz dadzą się tak sponiewierać - jak stwierdził Paweł, jeden z nich. A nawet dwa razy: w Warszawie i Amsterdamie.
No i tu mąż zwrócił się do mnie czy nie chciałabym dołączyć. Do obu. Albo jednego z nich.
Jeden z nich: Który? Który? Warszawski, jubileuszowy bo 35-ty, na własnych śmieciach, blisko domu? Czy Amsterdam - bo to...Amsterdam, no.
Oszalałam i kazałam klepnąć oba. 
Kazałam wujkowi Googlowi poszukać co internauci biegacze na to. Różnie: od przestróg, że nie więcej niż dwa maratony w roku (to się zmieszczę he he) i przerwa minimum miesiąc, a optymalnie trzy miesiące, po wpisy ludzi, którzy machają maratony niemalże co miesiąc.

Nie będę walczyć o nie wiadomo jaki czas. Chcę dobiec i nie umrzeć. Chcę przekroczyć metę na Narodowym. Chcę przebiec przez Amsterdam. Mam pół roku, żeby przygotować mój organizm na mega wysiłek.
Dam radę? Nie wiem. Może po drodze zrezygnuję - ale... no risk - no fun, nie? (Mamy z mężem to hasło na ślubnych obrączkach ;))

Jeśli uważacie, że zwariowałam, oszalałam, jestem nieodpowiedzialna, proszę, bądźcie łagodni w komentarzach dla wariatki.



A na razie analizujemy prognozy pogody na weekend - bo jesteśmy oboje zapisani na półmaraton do Budapesztu. Plan był taki, żeby pojechać tam na motocyklu, więc brak opadów po drodze bardzo wskazany.
Jeśli zadecydujemy, że jedziemy (dziś wieczorem ma ostatecznie zapaść decyzja, teściowa do dzieciaków już zaklepana), będziemy biec tędy:


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger