piątek, 5 lutego 2016

Kobieca strona mocy - recenzja

Gdy zaproponowano mi zrecenzowanie książki Ani Pawłowskiej-Pojawy, chętnie się zgodziłam. Niewątpliwie wpływ na moją decyzję ma fakt, że Ania jest mi znana osobiście i byłam ciekawa jak książka ma się do stylu prowadzonego przez autorkę biegowego bloga.
I tak do moich rąk trafiła pozycja "Bieganie kobieca strona mocy" wydana przez Samo Sedno.





Od razu się zdziwiłam, gdyż nastawiłam się na wspomnienia, perypetie i potyczki biegowe Ani. A tu niespodzianka. To poradnik. Wydaje mi się, że z założenia dedykowany dla początkujących biegaczek.
Rozdziałów jest w sumie trzynaście, każdy pokrótce omawia określony zakres spraw związanych z bieganiem. Lecimy przez historię biegania kobiecego, anatomię i fizjologię kobiecą, porady jak zacząć, propozycje ćwiczeń, omówienie stroju, butów, sprzętu, chudnięcie, starty w zawodach, kontuzje. Wszystko podane jest w sposób bardzo skondensowany, nie nudzący czytelnika. Pojawiają się tabelki, wypunktowania, które pomagają ogarnąć treść. Na końcu każdego rozdziału pojawia się jeszcze krótkie podsumowanie omawianej tematyki.
Książkę naprawdę szybko się czyta. Z zaciekawieniem czytałam o początkach udziału pań w zawodach, w tym i na królewskim dystansie maratonu. Równie interesujące było omówienie różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami - tym bardziej, że totalnie różną reakcję organizmu na ten sam bodziec obserwuję u siebie i u męża. Ogólnie widać, że autorka rzeczywiście poradnik napisała dla kobiet i zwraca uwagę na różne aspekty biegania mężczyznom obce. Chociażby kwestię cyklu menstruacyjnego. Fajne jest to, że udało się ugryźć - choć może raczej powinnam użyć słowa "nadgryźć", bo na 240 stronach nie da się wszystkiego omówić od A do Z - temat biegania od prawie każdej strony.

To teraz troszkę pomarudzę:)

Tak jak pisałam na początku, wydaje mi się, że targetem są panie zaczynające swoją przygodę z bieganiem. To sugeruje rozdział "jak zacząć biegać?" chociażby, czy "jedziemy na zawody" gdzie łopatologiczne tłumaczone są kwestie, które dla osób bardziej zaawansowanych są po prostu oczywiste.
I dlatego nie do końca rozumiem, co w tym wszystkim robią rozdziały dotyczące maratonów i ultramaratonów. Bo jeśli po książkę sięgną panie początkujące - to informacja o treningach do przebiegnięcia 42 km i więcej będzie kosmosem. Dla pań bardziej zaawansowanych - ta pozycja będzie po prostu niewystarczająca.
To niejedyna niekonsekwencja. Już na stronie 34 zostajemy uraczeni dość technicznymi terminami: "trasa nieatestowana" czy informacjami, że WB2 to bieg o intensywności zbliżonej do startu na 10 km. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że osoba początkująca ani nie będzie wiedziała co to znaczy, że jakaś trasa posiada atest lub nie (zresztą autorka nigdzie tego nie wyjaśnia), ani tym bardziej nie będzie miała pojęcia jakie to tempo na 10 km, bo najpewniej takiego dystansu jeszcze nie przebiegła.

Przyczepię się też trochę do fragmentu poświęconego camelbakowi.
Bez problemu każdy z nas poda przynajmniej jeden przykład przedmiotu, którego nazwa weszła do mowy potocznej jako określenie pewnego rodzaju produktów, a który pierwotnie był nazwą firmy czy marki. Z biegowego podwórka takim przykładem są adidasy. Zauważa to Ania pisząc "przez lata w Polsce wszystkie buty sportowe określano nazwą "adidasy", tymczasem to zaledwie jedna z kilkunastu marek produkujących takie obuwie". Skoro zwróciła na to uwagę, to nie rozumiem czemu nie wspomniała, że podobnie jest przy camelbaku. Owszem - to potoczna nazwa na plecaki z bukłakami na wodę - ale przede wszystkim to nazwa firmy produkującej taki sprzęt. Jedna z wielu, podobnie jak przy "adidasach".

W innej części książki czytamy: "Zapisując się na bieg musisz podać dane osobowe, adres, datę urodzenia i nazwę klubu". Nie wiem w jakich zawodach startowała autorka, ale ja jeszcze nie spotkałam się z takimi, gdzie podawanie nazwy klubu jest obowiązkowe :)

Nie do końca wiem jak ugryźć rozdziały poświęcone przygotowaniom do maratonu. Tak jak już pisałam, początkujące biegaczki raczej nie będą się do takiego dystansu przygotowywać, te bardziej "wybiegane" najpewniej poszukają pozycji bardziej zaawansowanych.
Inną kwestią jest to, że ja akurat jestem przykładem, że można nie mieć na koncie chyba żadnego z zaleceń treningowych wymienionych przez autorkę, a jednak te maratony biegać i to chyba z nie najgorszym rezultatem.
Nigdy nawet nie zbliżyłam się do tygodniowego 70 kilometrowego kilometrażu. Nigdy nie trenowałam 4-5 razy w tygodniu (No dobrze. Cztery razy w tygodniu kilka razy mi się zdarzyło). Nie stosuję 32 kilometrowych wybiegań. Domyślam się jednak, że Ania posiłkuje się tutaj myślą trenerską Jerzego Skarżyńskiego, stąd takie a nie inne rady. Wolałabym jednak, skoro już o trenerach mowa, żeby różne zalecenia treningowe były właśnie podparte wprost jakimś autorytetem trenerskim, a nie opatrzone informacją "źródło: opracowanie własne". Ania ma na swoim koncie mnóstwo startów, biega od wielu lat - ale jest tylko amatorem.

Wracając do maratonu. Autorka przestrzegając (i słusznie) przed zbyt pochopnym i przedwczesnym udziałem w pierwszym maratonie, straszy, że osoba nieprzygotowana będzie miała przez kilka dni kłopoty z wchodzeniem po schodach. Kilka stron dalej wspomina jednak, że po maratonie pod wieczór pojawia się zmęczenie i ból uszkodzonych mięśni. Bo prawda jest taka, że maraton boli - i niezależnie od tego czy człowiek będzie bardziej czy mniej przygotowany, nadejdzie ten moment po biegu, gdy schody staną się wyzwaniem :)

Przy rozdziale opisującym różnorakie ćwiczenia (przysiady, planki, pompki) nie ma żadnego najmniejszego rysunku, nie mówiąc już o zdjęciach, o które aż się prosi. Wydaje mi się, że sam pisemny opis to trochę za mało, tym bardziej, że tego typu ćwiczenia bardzo łatwo wykonać nieprawidłowo i niechcący zrobić sobie kuku.

I tym samym doszłam do tego co mi w tej książce przeszkadza najbardziej, albo raczej czego mi brakuje: zdjęć.
Książka jest wydana raczej w ekonomiczny sposób: miękka okładka, klejone kartki i dokładnie 27 czarno- białych fotografii, które wyglądają przez to niezbyt atrakcyjnie.
Ja bym ją widziała w wydaniu albumowym: twarda okładka, kredowy papier, wszystkie informacje poprzedzielane masą kolorowych, atrakcyjnych zdjęć. To przecież nie jest najbardziej ambitna książka o bieganiu, to nie jest trenerski podręcznik dla zaawansowanych. To jest pozycja mająca zachęcić panie do biegania, wyrwać z kanap, wyprowadzić z samotnego truchtania po parku, wprowadzić do świata zawodów, pokazać, że ten świat nie jest straszny, oswoić z technicznym słownictwem. Przynajmniej ja to tak widzę.
Po prostu aż się prosi o bardziej atrakcyjną szatę graficzną. Owszem - tak wydana książka nie kosztowałaby 34,90 zł, ale moim zdaniem bardzo by zyskała. Taki albumo-poradnik wprowadzający w świat biegania byłby wspaniałym prezentem gwiazdkowym czy urodzinowym, do którego można by wracać dla zdjęć, nawet gdy rady i informacje zawarte w książce będą już oczywistością.

Podsumowując. Początkujące dziewczyny znajdą tu multum przydatnych informacji i jest to dobra lektura na początek. Dla osób bardziej zaawansowanych większość rzeczy omawianych w książce będzie odkrywaniem Ameryki na nowo.



6 komentarzy:

  1. Agnieszka, wspinałaś się kiedyś i wydania Sonelskiego pewnie pamiętasz. Zdjęć - do bólu, czarno-białe, nieczytelne, książka ogólnie - hmmm - wydana źle. Ale część narodu w skały ruszyła.
    Jak jest dobrze, to nawet miękka okładka - i brak zdjęć - do biegania nie zniechęci ;)
    Czego oczywiście czytelniczkom życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z całym szacunkiem do autorki "kobiecej strony mocy" - ale porównywanie tej książki do Sonelskiego to nieporozumienie. Porównywanie jakości wydania książki z roku 1990 a 2016 - to drugie nieporozumienie. A już nieumieszczenie zdjęć czy rysunków przy opisach ćwiczeń, jest brakiem szacunku wobec czytelnika (tu zarzuty mam bardziej do wydawnictwa niż do autorki, która jak rozumiem na pewne aspekty książki miała niewielki wpływ). Tak trochę jakby ktoś w wydawnictwie uznał, że jest boom na bieganie i pal diabli dbałość o szczegóły, bo i tak na pewno się sprzeda.

      Usuń
  2. Rozglądam się ostatnio właśnie za książkami o bieganiu. Niby biegam od kilku już miesięcy, ale jakoś mi to nie idzie - nie mogę nijak przekroczyć 6 km, co mnie zaczyna umęczać. Z ciekawością przeczytałam Twoją recenzję, no i fajnie, że zwróciłaś uwagę na negatywne strony. Zwłaszcza te zdjęcia, z czym zgadzam się w zupełności - a już na pewno odnośnie planka. Sama ostatnio z nim walczę i chyba robię źle, bo plecy trochę bolą. Z doświadczenia więc potwierdzam - wyraźne zdjęcia są kluczowe - zwłaszcza dla początkujących. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. A co do planku: lepiej mieć pupę za wysoko niż za nisko.

      Usuń
  3. Autorka pewnie miała nikły wpływ na ilość zdjęć czy rysunków. Jeśli wydawnictwo wzięło na siebie wszystkie koszty związane z wydaniem tytułu to prosili o minimum czarnobiałych zdjęć. Gdyby autorka chciała i nalegała na wydanie z ilustracjami i kolorowymi zdjęciami musiałaby dopłacić z własnej kieszeni do wydania. No tak niestety wygląda rzeczywistość wydawnicza dla nowych autorów na naszym rynku: wydawnictwo nie chce ryzykować, chce zarobić bez ryzyka lub z minimalną wtopą gdyby jednak nie trafili w 10tkę z tytułem. O treści nie wypowiem się, bo nie mam pojęcia o bieganiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przytyk do braku zdjęć był jak najbardziej w stronę wydawnictwa, które poszło po jak najmniejszej linii oporu.

      Usuń

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger