Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 35 Maraton Warszawski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 35 Maraton Warszawski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 października 2013

Po maratonie...

Po maratonie...
O - jeszcze w głowie mam ten dzień, ten bieg. Powoli docierają do mnie różne obrazy, sytuacje z trasy. Niektóre same - cyk! - pojawiają się przed oczami, niektóre przypominają mi się pod wpływem przeczytanych relacji innych uczestników.
Dziki ryk z tysięcy gardeł po wbiegnięciu do tunelu pod Wisłostradą. Skutecznie zagłuszający zespół gospel.
Starsza pani dopingująca ile sił w płucach, machająca ręką. Podbiega do niej młody biegacz - i przybija piątkę. Chwila zaskoczenia na twarzy pani - a potem wielki uśmiech rozjaśnia jej twarz i zaczyna doping ze zwiększonym entuzjazmem;
Kibicka - Japonka siedząca na szczycie rozkładanej drabiny;
Znudzony chłopak siedzący przy przejściu dla pieszych na wielkim fotelu;
Lord Vader;
Nie znana mi dziewczyna, która na mój widok zaczyna krzyczeć: " Dajesz, laska! Dajesz!"
Podziemia Narodowego i wolontariusz z uśmiechem na twarzy gratulujący wszystkim dobiegnięcia do mety i serdecznie zapraszający do depozytów.

Pewnie jeszcze nie raz jakaś klapka w głowie się otworzy i przed oczami zobaczę jakąś scenkę.








Dziś postanowiłam wyjść na rower. Pogoda śliczna, mąż narobił smaku swoim wczorajszym wyjściem - i nawet to, że wrócił w charakterze półtrupa, mnie nie zniechęciło. On zrobił prawie 100 km - ja sobie zażyczyłam trasę 30, góra 40 km.  Zostałam wyposażona w mapkę z wyrysowaną trasą - nie powinnam się zgubić :P
 Ustawiłam Garmina w tryb rowerowy i wyłączyłam autopauzę - mój mąż ostatnio biega z wyłączoną tą opcją i jakoś tak argumentował swój wybór, że teraz też wyłączyłam. Oznaczało to, że zegar będzie zliczał wszystkie moje przystanki i przerwy po drodze.
Pojechałam.  W Kampinosie było tak ślicznie jak sobie wyobrażałam. Słońce przeświecające przez liście, jasnozielone plamy mchu, zapach suchego poszycia. Gdzieniegdzie delikatne ślady jesieni - suche liście z brzózek, smagnięty słońcem na złotorudo dąb. Ale generalnie wszędzie jeszcze zielono.

 Po czym poznać, że biker sam wybrał się na wycieczkę? Robi zdjęcia swojego roweru :))




Kampinos to nie tylko rewelacyjne tereny do spacerów czy jazdy na rowerze. To również takie miejsca...

W Sierakowie tradycyjnie się zgubiłam - ale tylko na chwilkę - szybko znalazłam szlak i pojechałam dalej.
Wreszcie Truskaw. Tam byłam świadkiem zdarzenia, które potencjalnie było  niebezpieczne.  Huk, bardzo głośny. Jakieś cztery, pięć metrów ode mnie wybucha petarda osadzona na drewnianym słupie z tablicą informacyjną Kampinoskiego Parku Narodowego. Siła wybuchu zrywa metalową tablicę, która upada niedaleko mnie. Obok rży trójka - nie, nie wyrostków - facetów w okolicach czterdziestki. A wydawałoby się, że w takim wieku to już trochę oleju w głowie powinno być... W tym miejscu w weekendy jest dużo ludzi - to wygodne miejsce na rozpoczęcie wędrówki po lesie. Wystarczyłoby, gdybym ciut szybciej wyjechała z lasu.
Z Truskawia najprostsza droga do domu prowadzi szosa - ale nie chciałam tak jechać. Na mapce miałam zaznaczony skręt w prawo, żeby trasę urozmaicić i trochę skrócić.  Nie sposób było go przegapić - naprzeciwko była pętla autobusowa. I drogowskaz.
Przegapiłam go :))
Zawróciłam szczęśliwie dość szybko i pojechałam zgodnie z planem. W Małym Truskawiu miałam odbić na niebieski szlak.
Jadę, jadę i jadę. Stanisławów. Stanisławów?? Nie przypominam sobie, żebym miała tędy jechać... Zerkam na mapkę - jestem kawał drogi za zaznaczonym na mojej mapce odbiciem. Zawracam - zatrzymuję się przy oznaczeniach szlaku rowerowego. Wychodzi na to, że drogą, którą jadę, dotrę do interesującego mnie Lipkowa i że w tej chwili odległościowo jeden pies czy zacznę wracać do niebieskiego szlaku czy pojadę dalej. No to jadę dalej.
Borzęcin Duży. Yyy? A gdzie mój Lipków?? Zerkam na moją mapkę i ...wyjechałam po za nią. Nie ma na niej Borzęcina. Wyciągam telefon, dzwonię do męża:
- Cześć! Zgubiłam się...
- Wiedziałem, że po to dzwonisz :)) - mój małżonek po drugiej stronie ma niezły ubaw. 
Kolejna samodzielna wycieczka i kolejny raz mylę drogę.
Szybko ustalamy moją pozycję i właściwą drogę. Wracam się kawałek i skręcam w ulicę o jakże malowniczej nazwie Trakt Królewski.  Docieram do Lipkowa. Tam na wszelki wypadek odpalam w telefonie gpsa i mapkę, żeby kontrolować swoją pozycję.
Po ponad 56 km docieram do domu...

Dzień wcześniej pisałam koleżance, że może to i dobrze, że przegapiłam zapisy na dzisiejszy bieg "Biegnij Warszawo", bo lepiej siły oszczędzać. Mam wrażenie, że jednak mniej bym się zmęczyła biegnąć 10 km niż włócząc się na rowerze :)))


Mój mąż gapiąc się w wykres na Endomondo: " a po co wyłączyłaś autopauzę? Ja podczas jazdy na rowerze zawsze mam ją włączoną!"





poniedziałek, 30 września 2013

Mój pierwszy maraton - 35 Maraton Warszawski

Mój pierwszy maraton - 35 Maraton Warszawski
A więc stało się: JESTEM MARATOŃCZYKIEM!! W dodatku z czasem, który wprawia mnie w zdumienie - bo nie przypuszczałam, że jestem w stanie tak pobiec:



3:50:43






Kiedy zapisywałam się wiosną na ten maraton, myślałam o czterech godzinach z groszami . A tak naprawdę chciałam dotrzeć do mety w obojętnie jakim czasie. 
W miarę jak upływały kolejne tygodnie i treningi, zaczęłam dumać, że może uda się te grosze obciąć. 
W okolicach startu coraz śmielej po głowie tłukła mi się myśl, że cztery godziny raczej powinnam złamać. Ostatecznie w taką śmieszną aplikację Timexa, dzięki której można było na FB obserwować moje zmagania na żywo (albo raczej: możnaby, gdyby nie fakt, że przez nieuwagę ustawiłam tą opcję widoczną tylko dla mnie ;) wpisałam czas 3:55:00. 
Nie wiedziałam czy uda mi się w tyle przebiec. Mój trening to totalna wolna amerykanka - biegałam tak jak mi było wygodnie i jak mi fantazja podpowiadała, pilnując jedynie, żeby raz w tygodniu było jakieś dłuższe bieganie. Kalkulatory dostępne w necie prorokowały mi czas między 3:51 a 4:13. Trochę duży rozrzut. Naczytałam się na różnych stronach i blogach miliona relacji, rad, porad, opisów  mrożących krew w żyłach ściany i odcinania prądu. Im bliżej startu tym większy miałam mętlik w głowie i trochę nie wiedziałam czy 3:55 to nadmiar optymizmu z mojej strony, czy wręcz przeciwnie.
A może w ogóle nie powinnam o tym myśleć? To debiut - powinnam się cieszyć z samego faktu ukończenia tego królewskiego dystansu.
No właśnie - w pewnym momencie doszło do mnie, że w ogóle nie rozważam opcji co jeśli nie dobiegnę. A przecież przed startem w Półmaratonie Warszawskim panikowałam, że 21 km wydaje mi się dystansem niewyobrażalnym. A tu przy ponad 42 km tak nie myślę? Co jest grane?
Jakoś w głowie ułożyło mi się, że powinnam od samego początku wierzyć, że jest to dystans do przebiegnięcia, że mi się uda. Nie mogę wątpić, muszę po prostu być pewna, że dobiegnę na metę. Dodatkową motywację stanowił dla mnie fakt, że biegłam również jako członek drużyny Asseco Poland. Od tego czy ukończę bieg zależało czy cała drużyna zostanie sklasyfikowana. Tak więc nie było innej opcji - meta ma być moja. Zaprogramowałam się na przebiegnięcie tych 42 km.

Ustawiłam się parę metrów za zającem na 3:55. Ilość ludzi robiła wrażenie. Tłumy, tłumy. Biegłam ze strefy zielonej, która ruszała jako druga. Małżonka pożegnałam już wcześniej - on został przypisany do strefy żółtej, szybciej ruszającej. Ruszyliśmy 10 minut po wystrzale.


Tuż po starcie. Ja to ta w różowych skarpetach
Fot. www.maratonypolskie.pl

Początek spokojny - nawet gdybym chciała nie mogłabym przyspieszyć - dookoła  multum ludzi. Później też nie gnałam - były momenty, że ciut przyspieszałam - ale biegłam w pobliżu dwóch pacemakerów - na 3:55 i 3:50 (nie wiem czy ten pierwszy biegł za szybko, czy ten drugi za wolno - ale chwilami pomiędzy panami był może z metr różnicy), dookoła nich było większe natężenie ludzi - gdy trasa robiła się węższa,  od razu robiło cię ciasno - nie tylko nie dało się przyspieszyć, ale był moment, gdy z ludźmi  prawie stanęłam w miejscu. Ciasno było w Łazienkach, ciasno było na Wilanowie.  Tłum powodował, że w pierwszej części biegu mało komfortowe było korzystanie z punktów z wodą. Najgorzej było w tunelu na Wisłostradzie, gdzie obsługa nie nadążała z nalewaniem napojów. Pierwsze kilka stolików było puste. To zamieszanie spowodowało, że w kilku miejscach zrezygnowałam z napicia się, uznając, że spróbuję na następnym punkcie. 
Jak mi się biegło? Szczerze mówiąc nie czułam świeżości: dzień wcześniej dałam się namówić i poszłam na Biegam Bo Lubię na Skrę. Niby wydawało mi się, że się oszczędzałam, niby wydawało mi się, że ćwiczenia nie były obciążające - a jednak w dzień startu obudziłam się z lekkimi zakwasami. Ale kilometry mijały - a ja jakoś się trzymałam.
Bałam się biegnięcia ulicą Arbuzową. Media donosiły o planowanym proteście mieszkańców. Jak było? Hmmm. Stał wóz TVN-u (znudzeni panowie przy kamerze na której byłą naklejona kartka "proszę machać" :). I stali mieszkańcy. Starsi, młodsi, wszyscy uśmiechnięci, klaskali, wołali, dopingowali. Ani śladu agresji, niechęci. Wierzę, że mogła być jakaś grupka niezadowolonych osób, która poleciała do prasy - ale generalnie mam wrażenie, że media trochę rozdmuchały temat robiąc z igły widły.
Na Wilanowie znów było zwężenie - tam chciałam już leciutko przyspieszyć, ale nie było takiej możliwości. Chwilami  biegłam po krawężniku.

Tu widać w jakim tłoku biegłam przez Wilanów
fot: Paweł Wegner  www.mmwarszawa.pl


 Dopiero na nawrotce zrobiło się luźniej i zaczęłam powoli przyspieszać. Tak! Dobrze czytacie: udało mi się przyspieszyć w drugiej części biegu! Owszem - czułam coraz mocniej zmęczenie. Mięśnie zaczynały boleć - ale ani razu w mojej głowie nie pojawiła się myśl, żeby zwolnić czy przejść do marszu. Serio - byłam cała zaprogramowana na dobiegnięcie do mety. 
Ursynów - chyba cały wyszedł kibicować. Tłumy ludzi - krzyczeli, motywowali. Całe rodziny z kartkami, transparentami czekali na swoich najbliższych. Niesamowite.
Przez większość biegu w środku motywowałam się pozytywnie na poszczególnych odcinkach:

" No co ty, do 21 km dociągniesz, przecież już parę razy pokonałaś taki dystans!"
"Do 27 km będzie spoko - przecież tyle już przebiegłaś! No owszem - miałaś wtedy kryzys - ale wtedy miałaś szybsze tempo - teraz biegniesz wolniej - więc dasz radę!
" 27 kilometr? To już tylko trzy do trzydziestki! Przecież dasz radę przebiec trzy kilometry!"
"Na 33 km ma kibicować Krasus - trzeba ładnie pobiec! (Krasusa niestety nie zauważyłam - ale biegłam dalej)
"Teraz to już rzut beretem do 35 km - dwa kilometry - co to jest!"
"38 kilometr już za trzy kilometry! 38 kilometr - to już prawie koniec!"
"Patrz, jeszcze tylko cztery kilometry do mety - to przecież pryszcz! Czterech kilometrów nie przebiegniesz?"

I tak gadając w środku z samą sobą biegłam. I biegłam. I ludzie dopingowali. Szczególnie, że jestem babą - więc miałam dodatkowy doping z racji płci.  Biegłam i wyprzedzałam. Wyprzedzałam wszystkich, dosłownie wszystkich! Po 30 km większość ludzi człapała, albo przechodziła do marszu. A ja jeszcze miałam siłę, a fakt, że wyprzedzam dodatkowo dodawał mi skrzydeł. 
Czterdziesty kilometr przekroczyłam mając 3:40 z groszami na liczniku. Szybka kalkulacja czy uda się dobiec w mniej niż 10 minut - ale wiedziałam, że się nie uda. Na ostatnich dwóch kilometrach dałam z siebie już naprawdę wszystko - średnią miałam poniżej 5 min/km.
Wpadam na metę, zatrzymuję stoper i gęba mi się śmieje: swój plan wypełniłam z nawiązką :)
Czy żal mi tych 43 sekund? Gdybym się nastawiała na złamanie 3:50 - pewnie tak. Ale sądziłam, że będę wolniejsza - więc taki wynik jest dla mnie ogromnym, ogromnym sukcesem. Dodatkowo udało mi się nie zaliczyć tej słynnej maratońskiej ściany. I cały dystans przebiegłam, bez przechodzenia do marszu.
Niby to debiut, niby radość powinien przynieść sam fakt ukończenia maratonu, niby każdy wynik byłby życiówką. Ale pierwszy maraton biegnie się raz. Fajnie było to zrobić z przytupem :)

3:50:43 (wybaczcie - muszę się jeszcze poupajać tymi cyferkami :P), 168 kobieta i 62 w mojej kategorii wiekowej.  Nasza drużyna zajęła 24 miejsce.

Obsługa sprawnie przeganiała zawodników do przodu, żeby nie robić zatoru na mecie. Odbiór medalu, człapię w kierunku depozytów. Człapię na raty - bo mięśnie po blisko czterech godzinach wysiłku odmawiają posłuszeństwa. Dwa razy zatrzymuję się, żeby rozciągnąć łydki, bo nie jestem w stanie iść.
W końcu dochodzę do odpowiednich wolontariuszy - zapamiętali mnie, bo razem z moim workiem, podają mi worek z rzeczami męża. 
Wrrrróć!
Rzeczy męża??
On ich jeszcze nie odebrał??
Albo jakimś cudem minęliśmy się na mecie i gdzieś tam na mnie czeka albo...jeszcze nie dobiegł??

Mąż zaczął szybko. Za szybko. Gdzieś na etapie, gdy ja dostałam skrzydeł, jemu właśnie odcięło prąd. W którymś momencie wyprzedziłam go - ale żadne z nas nie wie dokładnie gdzie. Na metę wbiegłam 13 minut przed nim. 
Małżonek odgraża się, że jeszcze pokaże w Amsterdamie - i pewnie pokaże. A jak nie za trzy tygodnie - to na wiosnę.
A teraz trzeba się zregenerować. Bo planów nie zmieniłam: za trzy tygodnie maraton w Amsterdamie. Ale tam nie nastawiam się na bicie rekordów. Tam będzie bieg dla samej radości biegania, obcowania z ludźmi i chłonięcia atmosfery.



A na razie... ;)





Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger