Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Niepodległości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Niepodległości. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2024

Bieg Niepodległości

Bieg Niepodległości

Tak, wiem. Bieg Niepodległości był jedenastego listopada, a dziś mamy dwudziesty grudnia.

Pozostaje się cieszyć, że wpis zaczynam w tym samym roku ;)

Ostatnio rzadko biorę udział w biegach ulicznych, żeby nie powiedzieć, że wcale. 

Bieg Niepodległości nie jest jednak takim zwykłym biegiem. Wiecie: 11 listopada, odzyskanie niepodległości, gwiazdy i pasy, albo jakoś tak. Ale tak na serio (bo brałam w tym biegu w przeszłości parę razy udział), moment odśpiewania hymnu i widok biegnących ludzi ułożonych w biało-czerwoną flagę, zawsze powoduje u mnie wzruszenie.

Od paru lat nie zapisywałam się na tę imprezę. Po pierwsze nie miałam spręża na udział w zorganizowanych biegach, a po drugie przez ostatnie trzy lata w terminie Biegu Niepodległości byłam w Katowicach na Flyspot Polish Open - czyli zawodach w tunelu aerodynamicznym.

W tym roku Flyspot zmienił termin FPO, a ja zaczęłam dumać czy w związku z tym nie wystartować w BN. I tak dumałam, dumałam aż... do dziesiątego listopada. 

A bo po co. A bez formy. A czy na pewno mam ochotę. A czy ja chcę w pakiecie koszulkę czy nie. A jak chcę, to białą czy czerwoną. Problem koszulki w przeddzień biegu rozwiązał się sam, bo po prostu koszulek już zabrakło, a ja ostatecznie podjęłam decyzję.

Uznałam, że skoro na 24 godziny przed biegiem są jeszcze miejsca, to jest to ZNAK. 

I tym sposobem na dzień przed biegiem zapisałam się, a następnie usiłowałam odebrać pakiet. Z marnym skutkiem pierwotnie, bo nie wpadłam na to, żeby wziąć ze sobą dokument tożsamości. Nie miałam ze sobą nic, bo przyjechałam radośnie po odbiór na rowerze. Miałam przy sobie tylko telefon i kluczyk do zapięcia od roweru

Na szczęście telefon do dziecięcia nr 2, żeby wyciągnęło z torebki mój dowód, zrobiło zdjęcie i  przesłało - załatwiło problem.

A potem zaczęłam dumać nad logistyką - czyli jak dostać się rano na linię startu i jak wrócić.

Samochód z miejsca odrzuciłam, po przeczytaniu, że zapisało się 15 tysięcy ludzi. Już widziałam oczami wyobraźni jak z obłędem w oczach szukam miejsca do zaparkowania w okolicznych uliczkach, albo utykam w korku przy wjeździe na parking podziemny centrum handlowego, na którym zawodnicy mogli zostawić swoje samochody.

Komunikacja miejska? Musiałabym wtedy mieć na sobie coś do ubrania - a potem w tym tłumie oddawać ciuchy do depozytu i czekać po biegu na odbiór... Eeee, chyba jednak nie...

Zostało tylko jedno rozwiązanie: pobiec. Co prawda małżonek słysząc o moim (oczywiście genialnym) planie, spojrzał na mnie dziwnie - bo tym sposobem fundowałam sobie półmaraton, a nie bieg na 10 kilometrów. Ale skoro byłam tak szalona, że zapisałam się na dzień przed biegiem, to pociągnijmy to szaleństwo dalej. A co!

Jak wymyśliłam - tak zrobiłam. Oczywiście dobieg na start potraktowałam jako rozgrzewkę i nie szalałam - no ale pięć kilometrów musiałam jednak przetruchtać.


Gdzieś w tamtą stronę jest start :) Trochę prosto, potem wzdłuż torów, przez tory, wzdłuż cmentarza tatarskiego, wzdłuż cmentarza na Powązkach i w sumie już :)


Powiem Wam, że po dobiegnięciu na miejsce, ten kolorowy tłum, z którym podążałam do swojej strefy zrobił mi bardzo dobrze. Chyba tego potrzebowałam. 

Start odbywał się falami. Moja strefa ruszała jako trzecia, dla osób biegnących pomiędzy 50 a 54:59 minut. Te widełki wydawały mi się rozsądnym wyborem, odzwierciedlającym moje aktualne możliwości. Z samego truchtania po lesie, bez żadnych interwałów, żadnych treningów szybkościowych, daleka od mojej wagi startowej, nie sądziłam, że będę w stanie pobiec w tempie poniżej 5 min/km.


Ruszamy!

Pierwszy kilometr utwierdził mnie w przekonaniu, że dokonałam dobrego wyboru. Zegarek mi wybzyczał 5:14 min/km. I czułam, że jest to kres moich możliwości. Ale gdy na kolejnych kilometrach zaczęłam raz po raz widzieć już wskazania z cyferką 4 na początku, a nogi zrobiły się ciut lżejsze, zaczęłam się trochę jarać. 

Na wszelki wypadek postanowiłam nie fiksować się na tempie, tylko po prostu biec tak, żeby było mi dobrze. I zobaczyć co z tego wyjdzie. I nie gapić się za często na zegarek. 

Bieg Niepodległości ma dobrą trasę na mentalne wspieranie głowy. Bo zazwyczaj to jest pięć kilometrów długą prostą w jedną stronę, nawrotka i drugie tyle do mety. Łatwo prowadzić wewnętrzne rozmowy ze swoją głową i odliczać kilometry do mety. W tym roku było trochę inaczej, bo ze względu na remonty, nawrotka była wcześniej i gdzieś za siódmym kilometrem trasa robiła na chwilę mały skok w bok w ulicę Prostą.


Trzeba przyznać, że w pakowanie do jednej kieszeni getrów telefonu, a do drugiej rękawiczek, nie wpłynęło korzystanie na wygląd moich nóg :))

Biegłam, owszem coraz bardziej zasapana, ale z coraz większą szansą na niezły czas, jak na mój totalny brak przygotowania. Za siódmym kilometrem dogoniłam jedne balony prowadzące na 50 minut, a chwilę później dogoniłam drugiego zająca. I wtedy już byłam pewna, że czas netto będę miała fajny - bo wystartowałam sporą chwilkę za zającami. A skoro właśnie ich przeganiam - to trzeba teraz grzać ile jeszcze sił w nogach zostało, żeby jak najwięcej urwać z tych 50 minut.


Pęęęędzę!



I dobiegłam z czasem 47:59 :)

Przyjęłam medal. Odebrałam wodę, której jednak nie ruszyłam, bo lodowate picie nie było tym o czym marzyłam w tej chwili. Zgarnęłam folię NRC na wszelki wypadek i po wymaszerowaniu z największego ścisku, zmusiłam się do przejścia do truchtu.

Planu nie zmieniłam (choć plan B, jakby co, zakładał powrót tramwajem) i niespiesznie, noga na za nogą dotarłam do domu.




I powiem Wam, że nawet nie miałam jakiś strasznych zakwasów. Będę trzymała się teorii, że to dlatego, że po przekroczeniu mety dalej byłam w ruchu i nie dałam ostygnąć mięśniom.

Co dalej? Cóż, jest spora szansa, że pojawi się tutaj więcej relacji z biegów. Wróciliśmy z mężem pod skrzydła trenerskie - więc snucie się po lesie skończyło się. Teraz jest krew, pot i łzy ;)

Mamy na nadchodzący sezon parę fajnych planów.



środa, 18 listopada 2015

Bieg Niepodległości

Bieg Niepodległości
Sezon startowy w tym roku uważam za zamknięty! Zamknęłam go Biegiem Niepodległości, jak pewnie wiele osób.
W momencie zapisywania się na niego (zrobiłam deal z małżonkiem: ja startuję 11 listopada, on - w Mikołajki) nawet pałętało mi się po głowie, że może siłą rozpędu z całego sezonu wykrzesam siły na jakąś malusieńką życiówkę. Ot, tyle, żeby chociaż ten ogonek sekundowy uciąć z mojego najlepszego wyniku na dychę (46:01). Wybieganego zresztą na tym samym biegu dwa lata temu.
Jakiekolwiek szanse pogrzebałam wyrypą rowerową. No nie da się przejechać w trzy dni 280 kilometrów i po 24 godzinach przerwy świeżutkim jak szczypiorek pomknąć dziesięć kilometrów. Dziwne, nie?
W sumie to i tak dobrze, że nie wyszedł nam pierwotny plan: ponad 500 km w cztery dni :P

Tak więc stając na starcie Biegu Niepodległości większych nadziei sobie nie robiłam. W udach miałam potworne zakwasy. Widać było, że  sprawę będzie też utrudniał wiatr, w tym dniu w porywach dość silnie wiejący.
Żalu jakiegoś czułam. Z tegorocznego sezonu jestem bardzo, bardzo zadowolona. Jazda po Roztoczu było fajną przygodą i na pewno bym z tego nie zrezygnowała.
Poza tym Bieg Niepodległości biegnie się nie tylko dla życiówek. Tylko tutaj ma się okazję być częścią wielkiej, biegowej biało- czerwonej flagi. Tylko tu można usłyszeć z kilku tysięcy gardeł Mazurek Dąbrowskiego.
Na aferę związaną z grafiką na koszulkach litościwie spuszczę zasłonę milczenia. W końcu to 11 listopada.

Ruszyłam w trzeciej fali. Na drewnianych nogach. Szczęśliwie te, pomimo zmęczenia,  po kilometrze w miarę załapały czego od nich wymagam.
W porównaniu z biegiem sprzed dwóch lat dało się odczuć większą liczbę biegaczy- co chwilę musiałam zmieniać rytm kroków, żeby kogoś wyminąć albo na kogoś nie wpaść.
Zezowałam oczywiście na Garmina co mi tam wychodzi z tempa. Niestety rumakowanie skończyło się po trzecim kilometrze. Zegarek oświadczył, że zgubił satelity. Nie odnalazł ich już do końca - tak więc resztę dystansu biegłam na totalnego czuja. Jak się potem okazało znalezienie czujnika tętna w tym dniu też Gacka przerosło. Znaczy w końcu wybzyczał mi, że odnalazł. 10 minut po przekroczeniu linii mety :)






Po zawrotce na piątym kilometrze. zgodnie z przewidywaniami,  zmorą stał się wiatr wiejący teraz w absolutnie złym kierunku. Starałam się za bardzo nie myśleć o flagach na latarniach, które powiewając, bezlitośnie wskazywały, że biegnę po wiatr. Starałam się chować za plecami innych biegaczy, ale nie biegło mi się za dobrze.
Pod koniec wypatrzyłam moich chłopaków stojących na poboczu (w tamtą stronę rodzinkę przegapiłam, teraz gdy stawka się trochę rozciągnęła, udało się w porę ich spostrzec), przybiłam piąteczki i przy dopingu dzieci (maaaama! maaamaaa! maaamaaa!) i męża (dajesz, Aga!) pobiegłam ku mecie. Pamiętam tylko plecy dziewczyny przede mną i myśl w głowie, że pie..dolę, nie gonię. A potem zmieniłam zdanie i tuż przed samą metą ją wyprzedziłam:)
Zegarek szczęśliwie czas mi zmierzył. 46:10. Jak na moje zmęczenie i warunki - mega.
Szybko odebrałam medal i poszłam w kierunku miejsca, w którym umówiłam się z rodziną. Tibor miał moje ubranie i kurtkę. To nie był najzimniejszy dzień jak na listopad, ale wiatr i przelotny deszczyk skutecznie wychładzały - a jak byłam ubrana na bieg, widać na zdjęciu powyżej.
Następne 40 minut spędziłam czekając i marznąc :) Na szczęście obok była knajpa, do której wskakiwałam, żeby się ogrzać. Musiałam wyglądać dość żałośnie, bo mi nawet koc zaproponowano:) Próbowałam z pożyczonego telefonu ściągnąć małżonka, ale nic to nie dało. Pewnie w gwarze i hałasie nie słyszał dzwonka.
Szczęśliwie w końcu doczekałam się chłopaków, a wraz z nimi upragnionych ubrań.







Chwilowo nie biegam. Muszę się trochę zresetować jednak. Co nie znaczy, że nic się nie będzie u mnie działo. Będzie, będzie - już pod koniec tygodnia mamy zamiar zafundować sobie (znaczy mąż ze mną) następną przygodę. I mam nadzieję, że przywiozę zdjęcia powodujące opad szczęki :)



poniedziałek, 11 listopada 2013

Bieg Niepodległości

Bieg Niepodległości
Rok temu byłam kibicem na Biegu Niepodległości. I chyba pierwszy raz z bliska widziałam tak duży bieg uliczny. Zapamiętałam ten tłum - zarówno kibiców jaki biegaczy. Zapamiętałam jakie wrażenie zrobiła na mnie, w ten piękny słoneczny listopadowy dzień, biało- czerwona masa ludzi przewalająca się ulicą. To było takie fajne, bez patosu, bez zadęcia. Różne od oficjalnych imprez z czołowymi politykami. Skrajnie inne od zadym, które niestety towarzyszą temu dniu.
Gdy wciągnęłam się w bieganie i 10 kilometrów przestało być dla mnie dystansem z kosmosu, wiedziałam, że akurat w tych zawodach chcę wziąć udział. Chciałam być jedną z wielu tysięcy osób tworzących flagę, chciałam poczuć tą atmosferę, chciałam pobiec.
No dobra - i chciałam poprawić swój oficjalny wynik na tym dystansie :P

I wszystko było jak trzeba: pogoda znów dopisała - piękne słońce, błękitne niebo i całkiem ciepło jak na połowę listopada. I był tłum- jeszcze większy niż w zeszłym roku. I był hymn odśpiewany z tysięcy gardeł. I była biało - czerwona flaga z biegaczy. Wchodzę z bardzo w patriotyczne tony? Ale jak tu nie wchodzić, gdy biegnę obok starszych państwa - oboje krzyczą "brawo! Brawo!" i nagle pan odwraca się do żony i mówi: "przecież oni wszyscy biegną dla nas!"

Ale tak w ogóle to była po prostu fajna impreza biegowa. Dobrze pomyślany start - biegacze byli wypuszczani falami - dzięki temu na trasie nie było tłoku. Wśród zawodników krążyły służby medyczne na elektrycznych hulajnogach. I ta pogoda! I kibice na trasie! I piękny widok na "city"!

Niebieskie dodatki - to ja:)  Fot. MaratonyPolskie.pl

A jak tam moje niecne plany życiówkowe? No, wyszły, wyszły. Nawet całkiem dobrze - bo swój poprzedni wynik poprawiłam o ponad 7 minut. Ale nie uniknęłam małego jęku zawodu, gdy zobaczyłam swój czas: 46:01.  Niezły ogonek, nie? :)
I ja nawet wiem, w którym momencie to  45 z przodu się oddaliło. I to nie było na końcu - choć pewnie wystarczyłoby, żebym ze dwa razy mocniej machnęła nogami przed metą. To trzeci kilometr o tym przesądził.  Bo, kurczę, ja w życiu w takim tempie nie biegłam. A na pewno nie biegłam w takim tempie na 10 km. Zobaczyłam jakie mi Garmin średnie tempo wybzyczał z poprzedniego kilometra i się przestraszyłam, że nie wytrzymam, że za szybko. I zwolniłam. I los pokarał za brak wiary we własne możliwości i to w dodatku tak perfidnie :)))



Małżonek (który również zrobił życiówkę, przybiegł 3,5 minuty przede mną), teściowa (startująca w nordic walking, była 17 wśród kobiet). No i ja :)






Właśnie do mnie dotarło, że w dalszym ciągu dłużej byliśmy pod zaborami, niż mamy niepodległą Polskę.
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger