Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 kwietnia 2017

Wyjazdowo

Wyjazdowo
Ostatnie trzy tygodnie obfitowały w wyjazdy.
Był Kraków, była dolina Chochołowska i były Kaszuby.

Jedną z rzeczy, które bardzo chciałam zobaczyć to kwitnące na wiosnę w tatrzańskich dolinach krokusy. Pierwszy weekend kwietnia był idealny. Była piękna pogoda, słońce, ciepło. Nic tylko jechać, przymknąć oczy na pierdyliard turystów i zobaczyć na własne oczy te fioletowe kobierce. I co? I gucio. Najstarszy syn oświadczył, że jego najlepszy kumpel z klasy ma urodziny i on wali krokusy (znaczy - nie powiedział tego tymi słowami. To już moja dowolna interpretacja). Dziecię me jest już na tyle duże, że jednak wypadałoby respektować jego plany, nawet jeśli są tak odmienne od marzeń matki. Krokusy i pierdyliard turystów obejrzałam sobie w necie.

A potem w górach przyszło załamanie pogody i spadł śnieg.

Do Krakowa jechaliśmy na Spartan Race (bieg z przeszkodami organizowany przez Reebok), w którym startowali mąż z dzieckiem nr 1.
Na bieg męża, który startował z pierwszej porannej fali się nie załapałam, ale dziecię nr 1 już dopingowaliśmy wszyscy, drąc się i obserwując jak genialnie rozłożył siły i w końcówce łykał rywali i rywalki jak pelikan, jak rzutem na taśmę, na ostatnich metrach zdobył drugie miejsce w swojej grupie wiekowej :)





Z Krakowa w Tatry to już rzut beretem, Postanowiliśmy pojechać do Doliny Chochołowskiej na te wymarzone krokusy. A nóżwidelec śnieg już stopniał?
Nie do końca, jak widać po zdjęciach :) Ale przy okazji przetestowaliśmy nowy nabytek, Matyldowóz napędzany głównie matką - czyli wózek biegowy. Wózek został zakupiony używany od innego biegacza - ale jestem nim coraz bardziej zachwycona.






Następny weekend to była wielkanoc, którą spędziliśmy u moich rodziców na działce. Oczywiście w planach było aktywne spędzanie, choć pogoda dawała popalić.
 Na pierwszy ogień poszła nasza standardowa pętelka wśród pół - 13 km. Pętelka zawsze, ale to zawsze dostarcza jakiś atrakcji. Gdy jest słońce biega się ciężko - bo otwarte przestrzenie i słońce dalej popalić. Jak nie ma słońca najczęściej wieje - a ponieważ otwarte przestrzenie, to wiatr potrafi dać do wiwatu. Jak nie wiatr i słońce - to może na przykład padać grad. A ponieważ to pola, więc nie ma jak przed nim uciec. Tym razem mieliśmy wariant drugi czyli wiatr. Był tak męczący, że mąż, który teoretycznie miał jeszcze sam dobiec do 15 km, a potem wsiąść na szosę, wrócił ze mną i zakładki nie zrobił. Stwierdził, że przełoży ją na drugi dzień.






A na drugi dzień wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do Płocka, od którego dzieliło nas jakieś 30 km. Dla mnie to była pierwsza jazda na szosówce po porodzie i mąż pogardliwie prychnął, gdy posadziwszy cztery litery na siodełku, z przerażeniem krzyknęłam "nie pamiętam jak się zmienia biegi!"
Manetki udało się opanować i jak strzała pomknęliśmy ku Wiśle. Lekko z górki, pchana z wiatrem ukręciłam średnią powyżej 30 km/h i byłam bardzo z siebie dumna.
Niestety. Z powrotem było i pod górkę i pod zimny wiatr. Plus mój tyłek zorientował się wreszcie na czym go posadziłam i gwałtownie zaczął protestować. Oszczędzę szczegółów. Powrót był długi, bolesny i pełen słów nie nadających się do zacytowania. Tibor po powrocie zawinął się w kołdrę, żeby odtajać i tyle było jego zakładki :)



Powrót do domu, gdzie po raz kolejny zamieniłam się w praczkę, żeby zdążyć przed następnym wyjazdem. Pobiłam nawet rekord, bo udało mi się jednego dnia zrobić cztery prania - a zaznaczę, że pralkę mamy słuszną, z 9 kg wsadem. To jest mój najmniej ulubiony aspekt posiadania dużej rodziny, w dodatku takiej co ja ciągle gdzieś nosi i to w dodatku w takie miejsca, gdzie wszystko albo się brudzi, albo przepaca, albo wszystko razem.
I w ostatni weekend po raz kolejny zapakowawszy nasze autko, ruszyliśmy tym razem na Kaszuby, na kolejne spotkanie z Harpaganem.
Hm... Chyba zrobię to w następnym wpisie, bo będzie co opowiadać :)

środa, 11 listopada 2015

Wyrypa 3.0 od Rzeszowa do Jarosławia

Wyrypa 3.0 od Rzeszowa do Jarosławia
Droga do Leżajska minęła bez żadnych przygód. Licznych przystanków i zastanawiania się nad mapą czy jedziemy dobrze i gdzie w ogóle jedziemy nie liczę :)




Jechaliśmy głównie drogami, staraliśmy trzymać się tych mniej uczęszczanych, czasem zagłębialiśmy się w las, czasem jechaliśmy przez wsie. Drogi raczej o dobrej nawierzchni, choć zdarzały nam się i takie kwiatki:



Zabawa tak naprawdę zaczęła się za Leżajskiem, do którego dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. Po krótkim przystanku na stacji benzynowej, której okolice przypominały klimatem Hitchcocka,



męska część naszego teamu zadecydowała, że jedziemy dalej i noclegu zaczniemy szukać w miejscowości Kuryłówka. Oczywiście zanim tam dotarliśmy zrobiła się czarna noc.
Nasze podpytywanie w wiejskim sklepie usłyszał chłopak mieszkający nieopodal i zaproponował pomoc. Pokazał skrót, dzięki któremu w tych ciemnościach dotarliśmy do sąsiedniej wioski, Ożanny. Tam z racji pobliskiego zalewu, była baza noclegowa.
Niestety odbijaliśmy się od drzwi do drzwi. Pokoje na wynajem działały raczej w sezonie i ludzie odmawiali tłumacząc się nieogrzewanymi pomieszczeniami, brakiem przygotowania lub zupełnie nikogo nie było na miejscu. Możliwe, że część się bała słysząc męski głos - do części osób dzwoniliśmy telefonicznie.
Zaczęło się robić zabawnie. Do wyboru mieliśmy albo powrót w świetle czołówek do Leżajska, od którego dzieliło nas z dobre 10 kilometrów, albo nocleg pod gołym niebem.
Do kolejnej osoby zadzwoniłam ja. Pani już rozmawiała z którymś z chłopaków, ale tym razem słysząc w słuchawce kobiecy głos, zgodziła się przenocować w domku.
Domek był nieogrzewany, a od zimnych ścian ciągnęło ostrym, chłodnym powietrzem. Powiedziałabym nawet, że na zewnątrz było przyjemniej - ale prognozy mówiły o opadach deszczu w nocy. Ubraliśmy się w prawie wszystko co mieliśmy, zakopaliśmy się w śpiwory i noc była całkiem przyjemna. Małżonek orzekł, że było mu nawet za gorąco i w nocy nawet zdjął z siebie czapkę i rękawiczki :)

Następnego dnia w lekko wilgotnym powietrzu, mokrym asfaltem pomknęliśmy ku Biłgorajowi. Tam zrobiliśmy przerwę na drugie śniadanie w hotelowej  Restauracji Sitarskiej i popedałowaliśmy dalej, do Zwierzyńca, dzień kończąc w Suścu.
W Biłgoraju zaserwowano nam pyszną jajecznicę - choć oficjalnie nie było jej w menu. Próbowałam obłędnego cebularza i jadłam najsmaczniejszy chleb na świecie wypiekany na miejscu. Mniam!



Była to swego rodzaju rozpusta kulinarna - ale jak się potem okazało bardzo potrzebna. Drugi dzień naszej wycieczki był długi (zrobiliśmy około 105 km), a trasa była bardzo zróżnicowana.
Tego dnia mieliśmy pełen przegląd pogodowy: od mglistego i straszącego przelotnymi deszczami poranka, przez słoneczną i ciepła resztę dnia, aż po bezchmurny wieczór czarujący niebem usłanym milionem gwiazd. Jechaliśmy i drogami asfaltowymi i leśnymi duktami, nie rzadko pchając rowery przez potężne piachy.

Teraz będzie duża porcja zdjęć:











Jak się okazało prawdziwą przygodę zafundowaliśmy sobie na koniec. Co prawda pomni naszych przygód z noclegiem dnia poprzedniego, odpowiednio wcześniej telefonicznie załatwilismy nocleg w Suścu. Jednak do miejscowości trzeba było najpierw dotrzeć. Oczywiście zanim tak się stało - zaczęło się ściemniać.
Pomimo zachodu słońca postanowiliśmy nie zmieniać naszej koncepcji i ostatnią część trasy pokonać skrótem, szlakiem turystycznym przez las.
Wyglądało to mniej więcej tak:




Proszę nie regulować odbiorników. Tyle widziałam w świetle czołówki: odblaski na kurtce i sakwach męża jadącego przede mną.
Najgorsze nie było to, że nie widziałam nawierzchni, po której jadę i wielokrotnie byłam nagle zaskakiwana przez piach, na którym rower mi tańczył. Najgorsze były gałęzie. Człowiek w mikrym świetle zauważał je w ostatniej chwili i naprawdę trzeba było uważać, żeby sobie oka nie wybić.
Skrót udało się pokonać bez żadnych strat i koło siódmej wieczorem zameldowaliśmy się u przesympatycznej pani, która zaprowadziła nas do - tym razem - ogrzewanego pokoju :)

Następnego dnia musieliśmy zagęścić ruchy. Prognozy były nieubłagane: koło 14 miało nastąpić załamanie pogody. Chcieliśmy o tej godzinie znajdować się w Jarosławiu (nazwa miejscowości jakże na czasie :P), skąd pociągiem chcieliśmy dotrzeć do Rzeszowa.
W porównaniu z dniem poprzednim, ten był chwilami dość nudny. Szczególnie fragmenty obfitujące w długie, aż po horyzont proste. Pewnych atrakcji dostarczał mi wózek od tylnej przerzutki w rowerze. Najprawdopodobniej przez skrzywiony - nie wiem kiedy i nie wiem w jakich okolicznościach - hak. Co to oznaczało w praktyce? W praktyce zostałam pozbawiona części przełożeń. Nie mogłam ani z przodu zrzucać łańcucha na najniższą tarczę, ani z tyłu zrzucać na najniższe biegi. Wózek zaczynał wtedy trzeć o szprychy. Przy obciążonym sakwami rowerze  nawet lekkie uszkodzenie mogło się skończyć po prostu pękaniem szprych.
Wiecie jak się pokonuje 10% podjazd w takich warunkach?
Szybko :)
Brzmi zabawnie - ale to dla mnie była jedyna metoda. Musiałam na tyle się rozpędzić, żeby na tych przełożeniach, które mi zostały być w stanie kręcić pod wzniesienia. Myślę, że moje mocno obolałe nogi to głownie efekt tych paru podjazdów.








Na tyle znudziły nas te długie proste, że pomimo wiszącego nam nad głowami deszczu, postanowiliśmy trasę lekko zmodyfikować i  ku przygranicznym Wielkim Oczom pojechaliśmy bardziej bocznymi drogami.




Jak widać na jednym ze zdjęć pojawiła się prześwitująca między drzewami stara cerkiew. Takich cerkwi minęliśmy na naszej trasie parę, pewnie jeszcze więcej ominęliśmy gdzieś bokiem. Część z nich jest restaurowanych, część została przerobiona na kościoły rzymskokatolickie ( i te są w najlepszym stanie). Ale są też takie rozpadające się, zapomniane. Ostatni świadkowie minionych czasów, życia, które już nie wróci.
Mój stosunek do religii jest jaki jest - jestem ateistką. Ale w tych przycupniętych, niszczejących starowinkach cerkiewnych jest coś wzruszającego, co chwyta za serce.
Na zdjęciach poniżej jest niszczejąca cerkiew w Miękiszu Starym.





Ostatnie kilometry dzielące nas od Jarosławia przejechaliśmy nieciekawą ruchliwą drogą, wśród smrodu spalin mijających nas ciężarówek. Na opłotkach miasta zaczął kropić deszcz, a oczekiwanie na pociąg na dworcu umilał już nam jednostajny szum deszczu.




Podczas trzech dni zrobiliśmy około 280 kilometrów. W porównaniu z zeszłym rokiem było o wiele cieplej. Małżonek pedałował nawet w krótkich spodenkach. Mam wrażenie, że więcej trasy pokonywaliśmy drogami. Trochę mi zabrakło elementu przygody, której rok temu dostarczył nam chociażby Słowiński Park Narodowy.
Czy to znaczy, że nasz wyjazd mi się nie podobał? Absolutnie nie. Jechaliśmy przez naprawdę ładne tereny, mieszkańcy mijanych przez nas wsi z zaciekawieniem i sympatią patrzyli na trójkę spóźnionych turystów. Hitem nr 1 był pan, który na widok trójki rowerzystów powiedział dzień dobry, po to by kilka sekund później powiedzieć do widzenia, gdy go minęliśmy:)
Mam też wrażenie, że Polska B przestaje być B. Jechaliśmy momentami drogami kategorii... a cholera wie czy one w ogóle miały jakąś kategorię, a nawierzchnia była o niebo lepsza od "siódemki" prowadzącej do Gdańska. Wsie były zadbane, na każdym kroku widać było  nowe domy, domy w budowie. Co i rusz natykaliśmy się również na tablice informujące o inwestycjach współfinansowanych przez Unię Europejską. Dzieje się.
Podczas jednego z przystanków, Piotr zagaił sprzedawczynię w wiejskim sklepie. Że ładna okolica i wieś zadbana. Pani spojrzała się na niego jak na wariata. Zadbana? Eeee, nieee. Krawężniki są krzywe.
Jeśli ludziom przeszkadzają takie rzeczy - to naprawdę - jest dobrze :)

A teraz czas na odpoczynek. I planowanie przyszłorocznej wyrypy:)

środa, 28 stycznia 2015

Gran Canaria cz. 2 kółka dwa

Gran Canaria cz. 2 kółka dwa


Na Gran Canarii wylądowaliśmy 20 stycznia późnym wieczorem. Półmaraton miał być 25 stycznia. Co robić przez te dni?

Gdy na fejsiku pochwaliłam się wyjazdem zaczęły się podśmiewajki znajomych. Że my i Gran Canaria? Miejsce, które kojarzy się głównie z leżeniem pod palmami i popijaniem drinków?
Hu, hu – nie tak prędko, moi mili;)
Owszem, gdy ktoś ma ochotę poleżeć plackiem czy to na plaży czy to przy basenie hotelowym – warunki tu są idealne. Ale i dla amatorów mniej statycznego odpoczynku coś się znajdzie.
My w planach mieliśmy kółka dwa. I te napędzane siłami własnych mięśni i te z silnikiem. Konkretnie: dwa pierwsze dni na rowerze, następne dwa na motocyklu.

Tibor przed wylotem zrobił resarch – mieliśmy upatrzoną wypożyczalnię rowerów i motocyklów. Ze sobą przywieźliśmy kaski na rower, pedały spd, i stroje motocyklowe.
I tak następnego dnia po przyjeździe, pojawiliśmy się w wypożyczalni i zażyczyliśmy dwóch szosówek. Wśród panów z wypożyczalni mała konsternacja, albowiem z trzech szosówek znajdujących się aktualnie na stanie, tylko jedna miała wystarczająco małą ramę dla mnie.
I była to szosówka karbonowa.
Panowie tak bardzo mieli opory przed wypożyczeniem jej kobiecie, że usiłowali namówić nas na rower trekkingowy. A potem na wszelki pan pouczył męża ile rower jest wart.
Fakt, na szosówce siedziałam w swoim życiu tyle razy, że spokojnie palców u jednej ręki wystarczy. Fakt – trochę mi się myli wrzucanie biegów ;), no ale trochę zaufania. Skoro kobita umie się wpiąć w spd, to może jednak nie rozwali roweru na pierwszym zakręcie?
Wreszcie formalnościom stało się zadość i mogliśmy ruszyć
Opuściliśmy hotelarskie, turystyczne wybrzeże i naszą Playa del Ingles (swoją drogą nie wiem czemu Ingles, skoro najwięcej tam Niemców) i ruszyliśmy w góry, w kierunku małej wioski Soria.
Pisząc „góry” naprawdę mam na myśli góry. Najwyższy szczyt Gran Canarii ma prawie 2 tysiące metrów - ale nie on był naszym celem. Nie na rowerach.
Droga, którą jechaliśmy cały czas pięła się w górę prawdziwymi serpentynami. Była to dla mnie nowość – bo te moje kilka razy na szosówce były zdecydowanie po płaskim. No, owszem – jeździłam w górach na rowerze MTB – ale to jednak co innego. Inna waga, inne przełożenia, inna pozycja. Bieganie pomogło – bo czasem stękając i sapiąc – ale jednak- wjeżdżałam i pokonywałam kolejne zakręty.





Pod wszystkie te serpentyny podjechałam! 

Po dojechaniu do Sorii musieliśmy zdecydować co dalej. Albo mogliśmy odwrócić rowery i zjechać w dół tą samą trasą – albo podjechać kilka kilometrów i zjechać sąsiednią doliną.
Ponieważ panowie w wypożyczalni odradzali nam te „kilka kilometrów”, twierdząc, że droga jest bardzo stroma i w złym stanie – zgadnijcie, która opcję wybraliśmy :))
Panowie mieli rację: droga była naprawdę stroma i chwilami asfalt składał się głównie z dziur. Plusem było to, że praktycznie wcale nie było ruchu, więc mogliśmy brać te zakręty i omijać dziury jak nam się żywnie podobało (a uwierzcie – nie ma nic gorszego niż na stromym podjeździe, gdzie droga zakręca w prawo, spotkać się ze zjeżdżającym z góry samochodem. Dla tych którzy nie wiedzą, już tłumaczę: najłatwiej pod serpentyny podjeżdża się po zewnętrznej. Gdy z przeciwka widać samochód, trzeba trzymać się swojej strony – a to boli, oj boli).
Dałam radę – choć stękania i sapania było więcej niż poprzednio. A potem zjazd w dół do miejscowości Puerto de Mogan.


Tak - prawdę mówili panowie z wypożyczalni - droga nie miała najlepszej nawierzchni...

Łatwo mówić: zjazd. Ja na początku miałam śmierć w oczach. Bałam się przełożyć ręce na baranka – ale szybko się okazało, że hamowanie, gdy trzyma się ręce wyżej jest bardzo trudne. Po prostu tak są w szosówkach zamontowane hamulce. Gdy tylko odważyłam złożyć się na rowerze – zjeżdżanie stało się o wiele łatwiejsze – ale odkryłam inną rzecz. Przy zjeździe – takim naprawdę stromym-siła ciążenia powoduje, że ciało chce przelecieć przez kierownicę. I w ten sposób dowiedziałam się, że na szosówce warto mieć silne tricepsy – bo to je głównie czułam w rękach. Aż dziwne, że zakwasów nie miałam.
Po zjeździe zrobiliśmy małą przerwę na obiad i ruszyliśmy dalej. Przed sobą mieliśmy jeszcze z dobre 30 kilometrów jazdy, mając już ponad 60 w nogach.
O, ta końcówka była dla mnie straszna. Najpierw pod górkę. Potem zjazd w dół do miejscowości. Przejazd przez nią i znów w górę. I tak w kółko. Nie wiedziałam czy bardziej lubię te zjazdy, bo dawały kilka chwil odpoczynku, czy ich nienawidzę – bo wiedziałam, że to co zjadę, będę musiała podjeżdżać. Dodatkowo mocno, bardzo mocno zaczynałam odczuwać skutki kilkugodzinnego siedzenia na siodełku. Oj, mój nieprzyzwyczajony tyłek mocno protestował.
Ale wreszcie się udało dojechać. 95 kilometrów, ponad 1800 metrów przewyższenia. W ogólnym rozrachunku fajna wycieczka - nad jednym tylko się zastanawiałam: jak ja u licha następnego dnia usiądę znów na siodełku??

Cóż, początek drugiej jazdy wyglądał podobnie jak przy naszej wyrypie po Wybrzeżu: przez dobry kilometr nie byłam w stanie usiąść na siodełku całym ciężarem ciała :) Potem jakoś poszło.
Nasza druga rowerowa trasa również wiodła do góry – tym razem celem była Fataga i Santa Lucia. Potem zjazd w dół i powrót wzdłuż wybrzeża – małżonek obiecywał trasę krótszą, z płaską końcówką z wiatrem w plecy.
Droga była chyba bardziej urokliwa niż dzień wcześniej. Na kolana już rzucało kilka kilometrów za hotelem, w punkcie widokowym Degollada de La Yegua. Rozpościerał się tam widok na dolinę i okoliczne szczyty.




Degollada de La Yegua, widok powala na obie łopatki 


Tam spotkaliśmy pewnego starszego, bardzo sympatycznego Norwega, również na szosówce. Przyjeżdża na Gran Canarię od 10 lat i jeździ na rowerze. Facet pochwalił mnie, że jestem „strong woman”. Co prawda za chwilę, na zjeździe odstawił mnie momentalnie i bez wysiłku – ale za to dogoniłam i przegoniłam go na podjeździe. Żeby oddać sprawiedliwość, Norweg stwierdził, że tego dnia to on ma „low pulse” - więc pewnie gdyby chciał, to by mnie łyknął jak młody pelikan – ale nie powiem to był bardzo miły komplement.
Cóż dalej opowiadać – popatrzcie na zdjęcia:








Tym razem wycieczka zakończyła się małą przygodą, albowiem podczas ostatniego zjazdu, już nad ocean, popsuła się pogoda. Napłynęły chmurzyska, zaczęło mocno wiać (tak bardzo, że na serio obawiałam się czy za którymś razem nie zwieje mnie z drogi).
Jakby tego było mało – zaczęło padać. Na szczęście po dojechaniu na dół, aura trochę się poprawiła. A ja w ramach rekompensaty za końcówkę z dnia poprzedniego, miałam najprzyjemniejszy powrót: szosa z gładkim asfaltem i prawie cały czas w dół. Przez ładnych kilka kilometrów nie przekręciłam ani razu pedałami – a miałam 50 na liczniku.

zjazd bez kręcenia 

Pan z wypożyczalni przy oddawaniu rowerów wykazał się dalej dużą dozą zaufania, zadając mnie i tylko mnie pytanie: „no crash?”




Przez kolejne dwa dni objeżdżaliśmy wyspę dookoła i przez środek na motocyklu, dając przy okazji odpocząć naszym nogom. Również nie obeszło się bez małych przygód – od standardowych pod tytułem gubienie drogi, po szczękanie zębami podczas przejazdu przez góry. Cóż – najwyższe partie spowite chmurami odbiegały temperaturowo od tego co na dole, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze:).





Jeśli wydaje Wam się, że wyglądam na lekko zmarzniętą - to dobrze się Wam wydaje :)

Albowiem Gran Canaria może wyglądać też tak


Ale najśmieszniejsze było to, jak o mały włos nie przegapiliśmy Palca Bożego.
Palec Boży, El Diedo de Dios, to jest taka charakterystyczna skała z iglicą przypominająca pięść w wystawionym jednym palcem. Albo może: była. Bo parę lat temu w wyniku sztormu iglica się ułamała i Palec można już tylko oglądać na zdjęciach. No ale sama skała jest.
Zjechaliśmy do Agaete. Poszliśmy na brzeg. Widać masyw skał po drugiej stronie zatoki i jaskinię, jak nam się wydawało. Na tle skał, wyraźnie widać było nieregularny, ciemniejszy otwór.
Potem przeszliśmy przez miasteczko i w każdym sklepie z pamiątkami rzucał nam się w oczy motyw tego Palca Bożego. Przyjrzeliśmy się uważniej jakiemuś zdjęciu – i wyszło nam, że to tu. Wróciliśmy na brzego zatoki, patrzę się w kierunku jaskini i nagle OLŚNIENIE: to nie jaskinia, to ta skała!
Tak akurat się złożyło,że wystająca skała z wody zlała się z masywem. Ponieważ ciemniejsza, nasz mózg uznał to za twór wklęsły. Czyli jaskinię. Nie powiem – niezły ubaw mieliśmy z siebie :)


Za Tiborem widać nieszczęsną skałę, którą w pierwszym odruchu wzięliśmy za jaskinię :) 






Nie będę tak dokładnie opisywać naszego motocyklowania – bo o jednak blog o bieganiu i innych aktywnościach sportowych. Po dwóch dniach objeżdzania, motocykl zdaliśmy – i zostało clue programu – czyli bieg. Ale o nim będzie w części następnej.

Jeszcze kilka fotek








Roque Nublo. 1813 m n.p.m. Drugi co do wielkości szczyt Gran Canarii. 











I widok spod Roque Nublo w kierunku Teneryfy (to to co widać nad chmurami) 






Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger