Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery z dziećmi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery z dziećmi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 czerwca 2017

Węgry cz.1 dookoła Balatonu

Węgry cz.1 dookoła Balatonu
Skąd na przełomie maja i czerwca znaleźliśmy się na Węgrzech? Ano mój mąż wymyślił sobie triatlon nad Balatonem :) I nie dosyć, że wymyślił, to jeszcze wypatrzył, że tydzień później niedaleko Budapesztu odbywa się bieg, Salomon Ultra Trail Hungary. Najkrótszy dystans w ramach tej imprezy to niecałe 29 km i na ten dystans ochoczo kazałam się Tiborowi zapisać. Z tego co kojarzę zrobiłam to zanim zaczęłam biegać po porodzie... Człowiek to jednak szalony jest :).
Tydzień pomiędzy obiema imprezami postanowiliśmy spędzić objeżdżając powoli na rowerach Balaton (tak naprawdę objechanie jeziora przy małym spięciu pośladów to kwestia dwóch dni).

Do mojego biegu wrócę jeszcze, a na razie przedstawię Wam pokrótce okoliczności dotarcia do Balatonkenese - czyli miejscowości, w której był organizowany Balatonman.

Znacie te wszystkie teorie: człowiek przed zawodami powinien być wypoczęty, zrelaksowany i tak dalej? A my wyruszyliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem. W trakcie dwa razy nadzialiśmy się na spore korki, Matylda częściej niż zakładaliśmy wymagała przerw w podróży, a mąż tylko ponuro stwierdzał: "na odprawę przedstartową już nie zdążę" i "roweru do strefy też już dziś nie włożę".
Na miejsce dotarliśmy coś koło pierwszej w nocy. Wspominałam już, ze nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu? Nie? To nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu :) Postawiliśmy na namiot i camping. A ponieważ Balaton to jedna z ważniejszych atrakcji turystycznych Węgier, ze znalezieniem pola namiotowego nie powinno być żadnego problemu, nie? No więc...nie. Mieliśmy na gps zaznaczony camping - ale pomimo jeżdżenia w te i nazad nie zdołaliśmy zlokalizować go na żywo. Tibor rozpoczął objazd uliczek w poszukiwaniu jakiegoś pensjonatu. Nic nie mogliśmy znaleźć. Mijane ciemne domy, możliwe, że były przeznaczone na wynajem - ale przecież o pierwszej w nocy nie będziemy łomotać do furtek i budzić ludzi z pytaniem czy może wynajmują pokoje.
Wreszcie umęczeni, śpiący jak diabli,  znaleźliśmy pensjonat w którym świeciło się światło a na tablicy przed domem widniał numer telefonu. Krótka rozmowa i już po drugiej w nocy mogliśmy iść spać.
I to był ten dzień, w którym Matylda postanowiła obudzić się o czwartej rano...

Zapamiętajcie opis naszego dojazdu. Bo był on zapowiedzią moich przygód przedstartowych, o których wspomnę w swoim czasie.

Małżonek rower do strefy wprowadził rano i pomimo obaw z powodu niewyspania z wstępów nad Balatonem był zadowolony.


Zawodnicy byli wywożeni promem w jezioro i stamtąd był start




Camping, którego szukaliśmy po nocy znaleźliśmy dwa dni później jadąc już na rowerach. Był zamknięty na cztery spusty, zarośnięty i od dawna nieużywany.

Objazd na rowerach odbywał się w trybie rowerowo- samochodowym opracowanym przez nasz w przeszłości chyba podczas wakacji w Szwecji (relacja tu klik). Znaczy do przyczepki wrzucamy namiot, ja do sakw biorę zapasowe ubrania, pieluszki, jedzenie i picie. Jedziemy kilkanaście kilometrów (nam dziennie wychodziło między 38 a 50). Następnie zostaję z dziecięciem na campingu, zajmuję się rozbijaniem namiotu, a małżonek na rowerze wraca się po samochód. Chłop dzięki temu miał niezły trening rowerowy - ale nie narzekał, bo wielkimi krokami zbliżał się jego impeza sezonu czyli triatlon karkonoski.
Postanowiliśmy najpierw objechać brzegi południowe a potem północne. Czemu tak? Podpytany właściciel pensjonatu powiedział, że północna strona jest ciekawsza, więc postanowiliśmy zostawić ją sobie na deser.
Nie będę opisywać dnia po dniu - bo zanudzę :) Przygód jakiś strasznych nie mieliśmy. Aż Tibor pod koniec marudził, że żadnych wyzwań, żadnych przygód, nudy, panie. Okazało się, że należy ostrożnie wypowiadać swoje życzenia - bo jeszcze mogą się spełnić :) Ale na razie jesteśmy nad błękitnym Balatonem i dzielnie pracujemy nad rowerową opalenizną :)
Trasa: wzdłuż całego jeziora jest wyznaczony szlak dla rowerów, Balatoni körút. Czasem w formie ścieżki rowerowej, czasem prowadził drogami i ulicami mijanych po drodze miasteczek. Powiem szczerze, że chyba nasze wcześniejsze różne wakacje na rowerach, szczególnie w Skandynawii czy Szwajcarii wysoko nam podniosły poprzeczkę. Jak na szlak prowadzący przez jedną z głównych atrakcji turystycznych - to Węgrzy duuużo się jeszcze muszą nauczyć. Po stronie południowej ścieżka rowerowa zdarzała się rzadko, najczęściej człowiek pomykał bocznymi ulicami jadąc wzdłuż domów letniskowych, albo wzdłuż torów kolejowych. Tablice były wspomagane zielonymi strzałkami rysowanymi na asfalcie sprayem - ale zdarzało się, że prowadziły inaczej niż oficjalne tablice, albo mieliśmy problem, żeby je znaleźć. Szczególnie na różnych rozjazdach oznakowanie kulało. Kilkukrotnie zdarzyło nam się, że się gubiliśmy. 
Po stronie północnej jeziora było lepiej - widać, że infrastruktura jest bardziej dopracowana, pewnie ze względu na obecność turystów z Niemiec i Austrii. Ścieżek rowerowych było więcej, ale chwilami ich jakość wołała o pomstę do nieba, niestety. Były fragmenty wyremontowane, głównie w obrębie miast, ale zdarzały się spore fragmenty o nawierzchni poniszczonej przez korzenie drzew, czy nieprzyzwoicie połatanej. 


Oficjalne oznaczenia szlaku dookoła Balatonu

To też są oficjalne strzałki :))

Z boku idzie ścieżka rowerowa. Niestety była tak poprzerastana korzeniami, że nie dało się po niej jechać

A tu ścieżkę zawłaszcza trawa
Żeby nie było, że tylko marudzę. Bywało i tak :)

Węgrzy chyba bardziej są nastawieni na wynajem pokoi czy całych domów niż na pola campingowe. Naprawdę wydaje mi się, że pól namiotowych wokół Balatonu nie jest wcale tak dużo. My korzystaliśmy z sieci Balatontourist. Standard? Trafialiśmy różnie, tragedii nigdzie nie było. Najfajniejszy był Balatontourist Napfény Kemping. Ale mocno na nim zaniżyliśmy średnią wieku :)) Pierwszy raz byłam w miejscu, gdzie najpopularniejszym sprzętem używanym na terenie campingu były balkoniki :) Cały zawalony był niemieckimi i austriackimi emerytami. 
Strona południowa jeziora jest bardziej uboga w infrastrukturę i mijaliśmy sporo opuszczonych pensjonatów, całych ośrodków wczasowych, których lata świetności skończyły się dwadzieścia , trzydzieści lat temu. Trochę to przygnębiająco chwilami wyglądało. 
Strona północna jest ładniejsza i bardziej zadbana, a ukształtowanie terenu bardziej zróżnicowane.

Całe kółko zrobiliśmy w pięć dni i 237 kilometrów. Raczej staraliśmy się trzymać szlaku, choć dwa razy zrobiliśmy skok w bok. Raz podczas próby wjechania na górę Badascony i drugi raz żeby obejrzeć resztki starego wygasłego wulkanu w Monoszló.

Góra Badascony jest charakterystyczna, bo nie ma ostrego szczytu, jest płaska. Tibor wymyślił sobie (w sumie słusznie), że stamtąd będzie fajny widok. No i jakieś mini wyzwanie jest, któremu ewidentnie mu brakowało. Dwóch spytanych lokalsów o to czy da się na nią podjechać rowerem oświadczyło, że nie, ale mój mąż uznał, że tutejsi się nie znają, na pewno nigdy na tej górze nie byli i w ogóle my wiemy lepiej. 
Na początku wszystko zapowiadało się obiecująco. No, może oprócz tego, że pierwszy stromy podjazd przypomniał mi, że nie dałam swojego roweru do serwisu i dalej jeżdżę ze skrzywionym wózkiem i hakiem. A to oznaczało, że jestem pozbawiona części przełożeń w tylnej przerzutce. Tych kluczowych przełożeń dla podjazdów... Było więc trochę podjeżdżania na twardych przełożeniach, trochę pchania i dużo potu. 
I gdy już, już nam się wydawało, że rzeczywiście lokalsi się nie znają, szeroka piaszczysta droga nieoczekiwanie skręciła w las i zamieniła się w stromy kamienisty szlak. I to byłoby na tyle z naszych planów :)

Nasz cel, Badascony


Zdjęcie oczywiście spłaszczyło podjazd, ale było tu sporo, oj sporo pchania

Tu jeszcze się cieszymy, że tak ładnie jest. A za moment musieliśmy zarządzić odwrót


Wycieczka do wulkanu odbyła się bez przygód (no może znów oprócz podjazdów, na których pokatowałam nogi, zastanawiając się w duchu czy na trzy dni przed biegiem górskim takie podjazdy zrobią mi dobrze czy wręcz przeciwnie). Wracając na nasz balatoński ring zafundowałam malutkie urozmaicenie, bo zamiast wracać tą samą drogą - przewidywalną i nudną szosą, zaproponowałam odbicie na szlak rowerowo - widokowy. Nie powiem - było ładnie, nawet bardzo. Ale na dłuższą metę to nie była trasa odpowiednia na jazdę z przyczepką rowerową. Na szczęście to było tylko kilka kilometrów.


Przygoda, przygoda!





W ogólnym rozrachunku wyszła nam z tego Balatonu fajna wycieczka i generalnie polecam. Choć na wodotryski nie należy się nastawiać, szczególnie jeśli się liznęło skandynawskiego podejścia do tematu :)

I na koniec tej części jeszcze kilka obrazków z podróży:



Podobno takie oto stwory żyją w Balatonie







sobota, 9 maja 2015

Weekend

Weekend
Z reguły w weekendy albo jesteśmy w rozjazdach, albo ja mam pracującą sobotę. Ale ten weekend akurat spędzamy w domu. Według prognoz pogody niedziela ma upłynąć pod znakiem deszczu, więc trzeba było upchnąć wszelkie atrakcje outdoorowe dziś: coś z dziećmi plus własne plany treningowe. Dodatkowo nie wiadomo było co do końca z tego wyjdzie, bo dzień wcześniej oboje zaliczyliśmy tajemniczy zgon. Podejrzane są szparagi, albo dzieci, które parę dni wcześniej również tajemniczo zaniemogły na jeden dzień.
Po przespaniu połowy piątku jakoś doszliśmy do siebie i zaczęło się sobotnie planowanie rodzinnych zakładek.
Na pierwszy ogień poszło dziecko nr 1, które razem z tatusiem zrobiło na rowerze 23 km. Odstawienie do domu i zmiana: tym razem jazda z dzieckiem nr 2.
Ja w tym czasie odwalałam kuring domowy - mycie okien, obiad i takie tam. (tak, wiem, wiem, że dla niektórych to dowód na pomiatanie moją osobą, że dlaczego ja te okna i obiad. Spoko: jutro kolej męża w odwalaniu domowych obowiązków)
Maż wrócił z drugim potomakiem i zaczęła się dyskusja co teraz? Moje bieganie, jego bieganie czy jego rowerowy trening. Stanęło wstępnie na moim bieganiu - choć początek zmodyfikowany, bo w kolejce na rower czekał jeszcze najmłodszy.
Przypomniałam sobie, że mój zegarek nie jest naładowany (ach, to uzależnienie od technologii). Szybka zmiana planów: Tibor idzie biegać , a przez ten czas garmin się podładuje.
Wreszcie wychodzimy. Cóż - najmłodsze dziecię jest wierną kopią swojego najstarszego brata jeśli chodzi o gadanie: buzia mu się nie zamyka:) Mamo, a gdzie jedziemy? A teraz w prawo czy w lewo? A w którą  stronę to prawo? Mamo, a słyszałaś to? A gdzie teraz? A będziemy jechać ulicą? Popatrz, mamo jaka kałuża! Czy to już Lasek na Kole? A kiedy będzie? A dlaczego nie jedziemy górą tylko dołem?
Do tego wszystkiego gostka trzeba było od czasu do czasu popychać - bo na naszej trasie było parę podbiegów i krótkie nóżki czterolatka na szesnastocalowym rowerku nie dawały sobie rady.
Po drodze postraszyła nas jeszcze chmura wyglądająca na burzową. Dziecko nr 3 oczywiście musiało się na ten temat wypowiedzieć: Popatrz mamo, spoko- loko, wcale nie padało. Jest jeszcze drugie powiedzenie, spokojna głowa, wiesz mamo?



Po sześciu kilometrach odprowadziłam dziecię do domu, trzy łyki picia, trzy ciasteczka na drogę i poleciałam z powrotem robić pętlę dookoła lotniska.
Biegnę Ci ja już w lesie bemowskim, ślicznie dookoła, zielono, kwiatki rosną. Zatrzymałam się i wyciągnęłam z saszetki komórkę, żeby zdjęcie cyknąć. A ta cała...w piasku?
Pierwsza moja myśl, że ten piasek to został po czwartkowym Power Trainigu (bo team Jaskółka&Tartanus zarządzili czołganie przez piach. I przysięgam, po wszystkim miałam więcej piasku w butach niż moje dzieci razem wzięte:). Ale zaraz się zreflektowałam, że przecież nie miałam wtedy saszetki...
WTEM olśnienie: ciasteczka!

Moi drodzy. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy pakowanie sobie na drogę kruchych rogalików - nie róbcie tego;)

Cóż, zatrzymałam się, wytrzepałam resztki prowiantu, jako tako oczyściłam telefon i pobiegłam dalej.
Powrót do cywilizacji był zapowiedziany ciągnącym się zapachem z grillów.
Jak bardzo Polacy rzucili się na grillowanie, przekonałam się, gdy wbiegłam na Fort Bema, gdzie postanowiłam dorżnąć się podbiegami na zakończenie. Wszędzie czuć było zapach podpałki/zapach dymu z węgla drzewnego/zapach żarcia. Po blisko dwudziestu kilometrach w nogach te wszystkie zapachy potwornie mi przeszkadzały. Ale nie tak bardzo jak fura śmieci...
Jeszcze tydzień temu tego nie było - a dziś Forty tonęły w resztkach po biesiadowaniu na trawce :( Nie macie pojęcia jak leniwi mogą być ludzie, jak bardzo pomysłowi w zostawianiu śmieci i jak bardzo bezmyślni - tu nagrodę główną wygrywa ktoś, kto do kosza na śmieci wsadził jednorazowego grilla z jeszcze palącym się węglem...
Po 21 kilometrach wróciłam do domu. Tibor czekał już w blokach i poszedł na basen.
Jutro też będzie żonglerka, choć tym razem to mąż będzie wciskał swoje bieganie i rowerowanie pomiędzy życie codzienne.


PS. Za niecały miesiąc Rzeźnik, aaaaaaaaaaa!



niedziela, 10 sierpnia 2014

Wakacje z dziećmi Anno Domini 2014 - czyli kawałeczek Danii cz.2

Wakacje z dziećmi Anno Domini 2014 - czyli kawałeczek Danii cz.2
Ponieważ dzieciaki były zmęczone jazdą na rowerze - nic dziwnego, 42 km to naprawdę spory dystans jak dla ośmio i sześciolatka, zarządziliśmy dzień przerwy. Camping był fajny - z dużym placem zabaw, dwoma trampolinami (tego rodzaju trampoliny widzieliśmy po raz pierwszy w Szwecji. To wielkie płachty przez cały czas napełniane powietrzem przez agregat. Jednocześnie może na nich skakać i kilkanaście osób), boiskiem i basenem.






Po południu poleźliśmy na oddaloną o kilometr plażę. Plaża, tradycyjnie - była praktycznie pusta. Z wyjątkiem wejścia na nią...

Pewnych rzeczy nie ogarniam. Na przykład wjeżdżania samochodem na plażę
Było tak ładnie i malowniczo. W oddali majaczyła biała latarnia z oddalonego o około 5km Hirtsans. Nie wiem, kto pierwszy rzucił pomysł pobiegania po plaży, w każdym razie ruszyłam z powrotem do namiotu, żeby przebrać się i przynieść ciuchy mężowi.
Biegło się fajnie. Oczywiście nie mordowałam się z kopnym piaskiem, tylko biegłam na granicy zasięgu fal. W tym miejscu piasek był na tyle twardy, że truchtało się dość komfortowo. Trzeba było tylko od czasu do czasu uciekać przed silniejszą falą i omijać meduzy

Nie ma żadnego punktu odniesienia, żeby ocenić wielkość tej meduzy, ale miała ona około 25 cm średnicy. Była więc spora

Dobiegłam na wysokość latarni, parę fotek. Nie weszłam na nią, postanawiłam ruszyć z powrotem w kierunku czekającego męża. I wtedy okazało się, czemu  tak fantastycznie biegło mi się w tamtą stronę. O ja blondynka mentalna nie zwróciłam uwagi, że biegłam z wiatrem. Powrót - to już była inna para kaloszy i trochę się umordowałam walcząc z podmuchami znad Morza Północnego.
(Mąż po moich opowieściach poszedł po rozum po głowy i po dotarciu do latarni, wrócił ścieżką rowerową)

Radość jest :)

I jak tu nie nabrać ochoty do biegania? Daleko, daleko na horyzoncie widać mały biały punkcik: to latarnia widoczna na zdjęciu poniżej


Wracam, jak widać :)

Następnego dnia ruszyliśmy na drugą i ostatnią naszą wycieczkę rowerową.
Tego dnia dał popalić chłopakom silny wiatr, więc tym bardziej szacun, że pedałowali przez prawie 37 km. Jasiek miał po drodze mały kryzys - ale został opanowany podczas przerwy poświęconej na łażenie po największej ruchomej wydmie w Europie i podziwianie opuszczonej latarni morskiej.
Szlak rowerowy dalej w przeważającej części kluczył bocznymi drogami i ścieżynami, ale dziś, niestety  prowadził również po bardziej uczęszczanej szosie. Stresu się najadłam co niemiara, gdy dojeżdżając do skrzyżowania w miejscowości Lønstrup, Jasiek o mały włos wpakowałby się pod - wolno na szczęście jadący - samochód. Nieszczęśliwie droga tuż przed skrzyżowaniem prowadziła z górki, na skrzyżowaniu nie mieliśmy pierwszeństwa przejazdu, a łapki Jaska zmęczyły się wciskaniem hamulca i ten zamiast się zatrzymać, pojechał dalej...
W celu ochłonięcia zatrzymaliśmy się w centrum miasteczka - i to był koszmar. Było to  bardzo popularne letnisko. Tłum przewalających się w te i nazad ludzi, dookoła samochody, żadnego chodnika ani wydzielonej ścieżki dla rowerów. Czułam jak narasta we mnie agresja. Szybko stamtąd zwialiśmy.
Ruchoma wydma była niesamowita. Rowery musieliśmy zostawić na prowadzącej w jej kierunku ścieżce ze względu na piach. Widok - aż kiczowaty: żółciutki, drobny piasek, biała latarnia i niesamowite morze na tle błękitnego nieba. Tylko wiatr nos stop wiejący i podrywający drobinki piachu powodował, że już po minucie piasek miałam wszędzie: w oczach, ustach, uszach. Ze względu na te podmuchy nie zbawiliśmy tam długo i dopiero w domu oglądając zdjęcia, spostrzegłam, że przegapiliśmy możliwość niesamowitej zabawy perspektywą




tu można było porobić zabawne zdjęcia sugerujące, że jest się większym od latarni. Niestety, spostrzegłam to dopiero w domu;)



W dalszej części zjechaliśmy z głównej szosy, klucząc między innymi po osiedlach domków letniskowych. Wszystkie w podobnym stylu, jednakowe kolorystycznie, wkomponowane w krajobraz. Nie wiem czy ze względu na wiatry wiejące znad morza, czy ze względu na przepisy - a może i jedno i drugie wchodziło w grę, żaden z domów nie górował nad okolicą, żaden nie wyróżniał się w krzykliwy sposób. Wszystko ładnie wtopione w okolicę.
Jasiek po przerwie na latarnię złapał drugi oddech i sam z własnej woli zakomenderował dojazd na dalej położony camping. W końcu do niego nie dotarliśmy, zatrzymaliśmy się na bardzo kameralnym, bez żadnych gwiazdek, urządzonym na miejscu dawnego gospodarstwa rolnego. Miał na pewno jedną zaletę: był tani jak barszcz.
Ja zostałam z chłopakami, T. wrócił się po samochód.
Rozłożenie namiotu w pojedynkę to była niezła sztuka. Dalej wiał dość silny wiatr znad morza i przez moment myślałam, że odlecę razem z namiotem. Po dłuższej walce udało się jednak. Bojąc się tych podmuchów, namiot napięłam bardzo dokładnie, nie omijając ani jednej szpilki. to była bardzo dobra decyzja, jak się potem okazało.
Wieczorem poszłam jeszcze z chłopakami obejrzeć zachód słońca. Trochę smutno mi było, że właściwie nasza przygoda z morzem i rowerami już się zakończyła. Następnego dnia czekał nas przelot samochodem 300 kilometrów do stolicy klockowej rozpusty :)

Nieźle się umordowałam przy rozbijaniu naszego przybytku



Rano, o 6.30 obudziły mnie uderzenia kropel deszczu o namiot. I bynajmniej nie była to mżawka. Deszcz mocno zacinał, waląc w tropik namiotu, a do tego raz po raz podmuchy wiatru szarpały nim na wszystkie strony. Jak dobrze, że tak dokładnie przymocowałam nasze przenośne mieszkanko do podłoża. Szczęśliwie po dwóch godzinach czarne chmurzysko zebrało swoje manele i popędziło w głąb lądu straszyć deszczem, a my mogliśmy na spokojnie zapakować samochód.
Wieczorem wjechaliśmy do Billund. Miasteczko, cóż - mam wrażenie, że wyrosło dookoła siedziby Lego. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby większość mieszkańców pracowało albo w siedzibie firmy, albo na campingu, albo w Legolandzie. A ci co zostali-  na pobliskim lotnisku. A, nie przerpaszam. Obok Legolandu jest jeszcze jeden kompleks, Lalandia. A w nim aquapark, stok narciarski, ścianka wspinaczkowa, kręgle, sklepy, restuaracje...
Wszystkie dotychczasowe atrakcje: morze, latarnie, rowery odeszły w niepamięć. Chłopaki nie mogli się doczekać ranka i rozpoczęcia głównej atrakcji tego wyjazdu:)

Co tu dużo mówić: szał- ciał:) Tradycyjna część - czyli miniaturowe miasteczko zbudowane z lego budzi podziw. Jest w nim wszystko: domy, ulice, lotnisko, wiatraki.samochody, ludzie. Część z eksponatów rusza się. Oprócz tego jest część bardziej wesołomiasteczkowa, mająca na celu głownie przestraszyć/zmoczyć/rozpędzić. Czasem wszystko na raz ;) Nie skorzystaliśmy ze wszystkich atrakcji: do niektórych była bardzo długa kolejka, na niektóre nie wystarczyło nam sił i czasu (dokładnie w takiej kolejności :). Niezapomniane wrażenia dostarczyły nam kolejki, choć nie wszyscy takich oczekiwali...;)
Kolejki góskie w Legolandzie są trzy. Pierwsza, najbardziej ekstremalna to Polar X- proler. Strasznie się na nią napalił najstarszy Wiktor. Postanowiliśmy zacząć od mniej ekstremalnej, X- treme Racers. Przynajmniej tak nam się wydawało... Na pierwszy ogień poszłam ja ze średniakiem. Średniak od razu zamknął oczy i oświadczył, że ma lęk wysokości. Okazało się, że powinnam bardziej przyjrzeć się nazwie tej atrakcji;) Zeszłam z żołądkiem przenicowanym na lewo i z przeświadczeniem, że ja do Polar X-treme na pewno nie wsiądę. Jasiek miał podobne odczucia :) Na drugi ogień poleźli małżonek z Wiktorem, a ja z młodszymi poszliśmy strzelać do piramid. Wszystko było w porządku, do momentu, gdy wagoniki, które spokojnie i statecznie jechały, zaczęły kręcić się dookoła własnej osi. O moja biedna głowo! O mój biedny żołądku!
Wrażenia męża z X-treme Racers były podobne do mojego. Natomiast starszak w był w swoim żywiole:)

Następna kolejka, na którą się wpakowaliśmy to Dragen. Zmyliło nas to, że wpuszczono na nią dziecko nr 3 (na część atrakcji wpuszczali dzieci powyżej określownego wzrostu). Skoro niespełna czteroletniego szkraba wpuszczono - to to na pewno nie będzie nic szybkiego i ekstremalnego. Tak to sprzedałam też Jaśkowi, który po poprzednim doświadczeniu z dużą dozą nieufności podchodził do następnej kolejki.
O święta naiwności! Początek był spokojny - wagoniki w żółwim tempie przemierzały zamkowe lochy, w którym - oczywiście z klocków lego- były przedstawione różne scenki rodzajowe. A potem wagoniki wyjechały z zamku. I ruszyły z kopyta. I zaczęły zakręcać. O mamusiu! Mój żołądek zawiązał się na supełek definitywnie, średniak obok krzyczał, że on nie chce. Na szczęście przejazd był króciutki.

Podsumowanie? Ja z T. stwierdziliśmy, że no way - na pewno nie pójdziemy z Wiktorem na Polar X- proler.
Wiktor uważał, że było czadowo i obraził się na nas, że nie pójdziemy na trzecią kolejkę
Najmłodszy stwierdził, że się bał, ale, że było fajnie.
Średniak oświadczył, że nigdy nie wejdzie na kolejkę górską i że jak będzie dorosły to powie swojemu dziecku, że też z nim nie pójdzie. Nie ma to jak zafundować przez przypadek własnemu dziecku traumę...

Na szczęście dał się namówić na jazdę dwoma kolejkami objeżdżającymi część dla najmłodszych, Duploland. To już była powolna, stateczna jazda, bez żadnych "atrakcji", więc spotkała się z uznaniem Jaśka.
Po tych wszystkich przejściach, byliśmy z mężem tak wypluci, że zaordynowaliśmy koniec zwiedzania. Inna sprawa, że siedzieliśmy tu 5 godzin, zrobiła się piętnasta i trzeba było rozpocząć powrót w kierunku Polski.
Jeszcze tylko obowiązkowa wizyta w sklepie ;) i odjazd!





Jasiek (w środku) pomimo przeżyć na kolejkach, całkiem zadowolony z wizyty :)


K - O - N - I - E- C

Wakacje z dziećmi Anno Domini 2014 - czyli kawałeczek Danii cz.1

Wakacje z dziećmi Anno Domini 2014 - czyli kawałeczek Danii cz.1
Kiedy nie ma dzieci, w kwestii urlopu ograniczają nas tylko trzy rzeczy: długość wolnego w pracy, pieniądze i własna fantazja :)
Gdy potomak zawita na świecie - sprawa się z lekka komplikuje, a gdy pojawiają się trzy...

Odkąd z moim mężem stanowimy parę, staramy się wakacje spędzać rowerowo. (Wyłamaliśmy się cztery razy: trzy ciąże i zeszły rok - bo cała kasa poszła na realizację jednego z większych marzeń mojego męża (ale ja też nie narzekałam) - czyli wyprawę motocyklową na Nordkap).
Z każdym pojawiającym się dzieckiem, musieliśmy modyfikować nasze plany. To co sprawdzało się przy dwójce dorosłych - nie sprawdzało się przy maluchu. To co działało przy jednym dziecku - można było o kant dupy potłuc przy dwójce. Przy trójce podobnie. To co hulało, gdy cała trójka była uziemiona w przyczepce/foteliku, traciło na znaczeniu, gdy najstarszy po raz pierwszy jechał obok nas na swoim własnym jednośladzie.
Generalnie, gdy dzieci były małe i woziliśmy je w przyczepce/foteliku, pchaliśmy się jeszcze na rowerach w góry. Były wakacje w Pirenejach i Alpach. Gdy najstarsze dziecko w naszym odczuciu było gotowe na pedałowanie obok nas, przerzuciliśmy się na kraje bardziej płaskie i co najważniejsze - szukaliśmy takich, gdzie kultura jeżdżenia na rowerze jest wysoka. Dwa lata temu padło na Szwecję, w tym ostatecznie udaliśmy się do Danii.

Czemu ostatecznie? Cóż, w tym roku urlop z mojej winy mieliśmy wyjątkowo krótki. Za późno w pracy o niego poprosiłam i niestety w dwie graniczne soboty musiałam pojawić się w robocie. Zostało nam 6 pełnych dni.
Najpierw z Danii, którą sobie wydumaliśmy, zrezygnowaliśmy. Zamiast tego zaczęliśmy rozważać Austrię i wycieczkę wzdłuż Dunaju. Niestety prognozy pogody nie były korzystne dla tego rejonu, dlatego Dania wróciła na tapetę.
Ostatecznie plan był taki, żeby ruszyć w sobotę, 26 lipca, zaraz po mojej pracy, dojechać na samą północ, do miasteczka Skagen. Stamtąd ruszyć rowerami w dół (tu jeszcze koncepcja nam się zmieniała - czy trzymać się wybrzeża, czy jakiś inny wariant. 1 sierpnia - nieważne czy na rowerach, czy autem, musieliśmy dojechać do Billund, na główną atrakcję tego wyjazdu czyli wizytę w Legolandzie. 2 sierpnia musiałam zameldować się w pracy.
Jak widać plan był napięty, wielką niewiadomą było dziecko nr 2, które po raz pierwszy miało z nami jechać na swoim rowerze.

Tu jeszcze dodam, że na wyjeździe w Szwecji dwa lata temu wypracowaliśmy taką metodę jazdy: do przyczepki pakujemy namiot, jedzeniem picie, jakieś ciuch na zmianę pogody. Samochód zostaje na parkingu, a całą nasza brygada jedzie w kierunku następnego upatrzonego campingu. o ile się da wyznaczonymi szlakami rowerowymi. Tam zostaję ja z dzieciakami, a małżonek najkrótszą trasą wraca po samochód na rowerze. Ja w tym czasie rozbijam namiot, zapycham na szybko jedzeniem dzioby dzieciakom, zanim przyjedzie samochód z grubszym prowiantem.
Taki był plan i teraz. Plus jeszcze oczywiście gdzieś chcieliśmy wcisnąć bieganie.
I co z tego wyszło?

27 sierpnia po południu, umęczeni całonocną jazdą (oczywiście nic nie wyszło z wyruszenia zaraz po mojej pracy :) zameldowaliśmy się w Skagen. T. pierwotnie chciał od razu wyładowywać rowery, przyczepkę i ruszać, ale zaprotestowałam. Miasteczko było malownicze warte obejrzenia. Oprócz tego była latarnia morska, na którą można było wleźć, bunkry z czasów II wojny światowej i największa atrakcja: koniec Danii plus dwa łączące się morza. O co chodzi z tym ostatnim? Dania rzeczywiście kończy się dość spektakularnie: piaszczysty, plażowy cypelek powoli znika w morzu. I jest to chyba najbardziej zatłoczone miejsce na plaży w całej Danii (Polak po prostu poczuje się jak w sezonie nad Bałtykiem :P.) Zatłoczone jest też z innego powodu: można na własne oczy zobaczyć miejsce łączenia się dwóch mórz: Morza Bałtyckiego i Morza Północnego (mój mąż marudził, że tak naprawdę to Skagerrak i Kattegat, ale nie czepiajmy się szczegółów). Wody nie mieszają się, bo mają inną gęstość wynikającą z zasolenia. Linię najlepiej widać z latarni morskiej, na którą jednak ostatecznie nie wleźliśmy z powodu zbliżającej się burzy (jakoś nie miałam ochoty znaleźć się na najwyższej budowli w okolicy, gdy grzmiało). Ale i z wysokości plaży było widać inny kolor wód na styku oraz - co pewnie wynikało z kierunku wiatru i obecności półwyspu - inną wysokość fal. Bałtyk trochę straszył białymi grzywami, a Morze Północne było bardzo spokojne.

Ponieważ burza straszyła (przeszła ostatecznie bokiem, strasząc tylko lekkim deszczykiem), wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy od razu na camping, bez żadnych wycieczek rowerowych.
Małżonek wieczorem poszedł biegać, ja sobie tą przyjemność zostawiłam na rano: praca, nocna jazda samochodem, trójka niewyspanych dzieci, spowodowała, że marzyłam tylko o jednym: spać!


centrum Skagen

latarnia, na którą nie weszliśmy

Ruiny bunkrów. Na innym ktoś dowcipnie umieścił napis:" zimmer frei"

miejsce styku dwóch mórz


tu było dość tłoczno...

...kawałek dalej plaża wyglądała tak :)

a tu jako ciekawostka: tych, którym nie chciało się iść plażą, na koniec cypla dowoziły traktory z doczepionymi wagonikami



Rano założyłam buty biegowe i ruszyłam tą samą trasą co mój T. dzień wcześniej. Właściwie to wyboru dużego nie było: nasz camping było między miejscowościami i oprócz dość ruchliwej szosy miałam do wyboru jeszcze ścieżkę rowerową. Ale jaką! Dwupasmowa i asflatowa! Pusta o tej porze - bo było raniutko. Częściej spotykałam innych biegaczy niż rowerzystów. Ruszyłam w kierunku ronda oddalonego o 5 km. Po drodze mąż zareklamował wysoką wydmę, na którą warto się wdrapać, ale uznałam, że zostawię ją sobie na koniec. I to był błąd. Z powrotem mój organizm stwierdził, że tak właścwie to on potrzebuje toalety. Natychmiast! Tak więc, zamiast wdrapywać się na wydmy i podziwiać widoki, pędziłam z powrotem tak szybko jak tylko się dało, że by dotrzeć do toalety na campingu ;)

A po wszystkich ablucjach, śniadaniu, zwinęliśmy manele, auto odstawiliśmy na parking przed recepcją, a sami ruszyliśmy ścieżką rowerową znaną mi z porannego biegania




Ja z najstarszym Wiktorem jechałam z przodu, mąż z przyczepką z najmłodszym i średniakiem jakoś został z tyłu. Przyczyną był Jaś, który pedałował wolno, coraz wolniej, aż w końcu po ujechaniu 2 kilometrów, zbolałym głosem spytał się:" tatusiu czy jeszcze daleko, bo jestem taaaki zmęczooony..."
Żeby nie było, że męczyliśmy biedne dziecko. To dziecko ze śpiewem na ustach niemalże potrafiło przejechać po Kampinosie 20 km. I założyliśmy, że tyle na pewno ujedzie. A być może i więcej - bo to nie górki, dołki, tylko asfaltowa droga. Została z Jaśkiem przeprowadzona pogadanka motywująca, na późniejszym etapie morale podniosła obietnica lodów.
I tak tego dnia ujechaliśmy 42 km :)
Droga nie wiodła cały czas ścieżką. Na rondzie, do którego dobiegłam rano, odbiliśmy z niej (zresztą przy próbie przejechania przez nie w przeznaczonym do tego miejscu, kierowcy usiłowali nas przejechać. Byłam w dużym szoku. W takiej Norwegii wystarczy pomyśleć tylko o przejściu na drugą stronę ulicy i już wszystkie samochody się zatrzymują - a tu niby kraj z rowerami, ścieżkami, a chcą go przejechać, no). 
Po odbiciu ze ścieżki zrobiło się mniej sympatycznie, bo musieliśmy jechać drogą, która okazała się być bardziej ruchliwa niż zakładaliśmy. Na szczęście spotkaliśmy na swojej drodze rowerzystów, którzy pokazali nam szlak rowerowy oznaczony numerem 1 prowadzący do interesującej nas miejscowości i ogólnie wzdłuż wybrzeża. I tego dnia i podczas naszej następnej wycieczki trzymaliśmy się go. Zaleta była taka, że omijał ruchliwe drogi, wiódł leśnymi duktami, przez łąki, zbliżał się do morza. Bardzo, bardzo malowniczy i dobrze oznaczony.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Hirtshals, miejscowości znanej mi z zeszłego roku. Z tego miejsca ruszał nasz prom do Norwegii. 
Krótki postój i jeszcze parę kilometrów pedałowania na camping. 



Ładowanie akumulatorów - czyli żelki w natarciu :)





ciąg dalszy nastąpi :)
Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger