poniedziałek, 17 lutego 2014

24. Mitja Marató de Barcelona

24. Mitja Marató de Barcelona

Zanim przejdę do samego biegu, zrobię dygresję. I dygresję dygresji ;)
W okolicach Barcelony nie jestem po raz pierwszy. Poprzednim razem zawitaliśmy tu na początku marca dwa lata temu razem z dzieckiem nr 3, wówczas półtoraroczniakiem.  Wylądowaliśmy, mąż zobaczył palmy i oświadczył, że od razu widać, że tu jest ciepło. Wyszliśmy przed terminal i...od razu zaczęliśmy się ubierać, zapinać, szukać czapek. Było może z 5 stopni powyżej zera, a wiatr dodatkowo obniżał temperaturę. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o ciepło ;)
Nie zabawiliśmy wtedy w Barcelonie - nasz cel był wspinaczkowy. Z lotniska wsiedliśmy w wynajęty samochód i pojechaliśmy jakieś 100 km dalej najpierw w rejon La Mussara, a potem przenieśliśmy się kawałek dalej odkrywać uroki Siurany.
Nie wiedziałam jak ta La Mussara wygląda. Uznałam, że skoro to Hiszpania - to będzie fajnie. I nie wiedzieć czemu w głowie pojawiła się wizja jakiegoś fajnego, małego miasteczka, otoczonego skałami. Wizja była na tyle fajna - że nie pomyślałam, żeby skonfrontować ją przed wyjazdem zaglądając do netu.
I tak jechałam sobie z mężem, pani Marzenka z GPS-a odliczała kilometry, a dookoła był las. I cały czas był las. I zostało już tylko parę kilometrów - a tu nadal żadnego śladu ludzi - tylko droga i las. "Jesteś u celu" - zakomunikowała pani Marzenka. Zaczęłam się z lekka niepokoić - bo otoczenie nic a nic się nie zmieniło. Mąż skręcił wtedy w jakąś boczną drogę i po paru metrach moim oczom ukazał się pusty placyk i kamienny budynek schroniska. To było tu. Nie było żadnego miasteczka. Był las, było schronisko otwierane dopiero koło siódmej wieczorem. Daleko, daleko w dole było widać wybrzeże. I byliśmy my :).



Po paru dniach samotnego penetrowania okolicznych skał, dołączyliśmy do naszych znajomych i przenieśliśmy się w niższe i cieplejsze okolice Siurany



Tam już miałam moje miasteczko :)

Wróćmy do tematu Barcelony. Wtedy, chcieliśmy na sam koniec wyjazdu Barcelonę trochę pozwiedzać. Zostaliśmy jednak uraczeni opowieściami o kradzieżach, obrobieniu komuś samochodu z całego sprzętu wspinaczkowego, przebiciu opon (przez przypadek tuż za rogiem był zakład wulkanizacyjny). Nie chcieliśmy sprawdzać na ile te opowieści są prawdziwe, a na ile przesadzone. Uznaliśmy, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.
I wróciliśmy :)

Tym razem bez żadnego z naszych "ogonów", bez samochodu, sprzętu wspinaczkowego. I tym razem szczęśliwie Barcelona przywitała bardziej przyjazną temperaturą. Celem był start w półmaratonie, a przez resztę pobytu zaplanowanego na tydzień, włóczenie się po mieście.
Okoliczności przedstartowe opisałam w poprzednim wpisie: kiła i mogiła, bakterie, antybiotyki i tak dalej. Przed startem przetruchtałam się raz (to był zresztą pierwszy raz po chorobie). Zrobiłam 4 km w tempie 5:30. To były bardzo męczące 4 km. Było mi źle, ciężko i ogólnie do dupy.
Pod koniec grudnia, gdy dumałam o tym wyjeździe, ambitnie uznałam, że chcę pobiec między 1:42 a 1:45.
Nie mam długiego stażu biegowego, robię to regularnie od listopada 2012. Do tej pory startowałam dwa razy na dystansie półmaratońskim. W Warszawie zadebiutowałam z czasem 1:58, miesiąc później pobiegłam w Budapeszcie 1:55.  Tak więc plany były wyśrubowane - ale z drugiej strony od tamtej pory zrobiłam spore postępy, więc uznałam, że jak trochę zacisnę zęby, popracuję - to dam radę.
Z planów wyszło to co wyszło, głównie chorowanie, więc ambitne plany odłożyłam na kiedy indziej:) Uznałam, że jak pobiegnę w okolicach 1:50 - to będę skakać do góry z radości. Ale równie dobrze mój organizm mógł się zbuntować, pokazać mi środkowy palec. Dlatego nie spinałam się specjalnie, uznałam, że co wyjdzie - to wyjdzie.

W okolice startu musieliśmy udać się dość wcześnie, bo nie mieliśmy odebranych numerów startowych. Sam start był zaplanowany na 8.45
Szliśmy po ciemku jeszcze przez ciche, uśpione jeszcze miasto. Im bliżej byliśmy teoretycznie miejsca odbioru pakietów, tym bardziej małżonek się denerwował. Nie widzieliśmy żadnych biegaczy. Ani jednej osoby. Gdyby nie to, że w hotelu na dole spotkaliśmy szykujące się osoby, na poważnie zaczęlibyśmy się zastanawiać czy nie pomyliliśmy dat. Została jeszcze ewentualność, że zabłądziliśmy - ale szczęśliwie dotarliśmy w dobre miejsce.
Większość osób odebrało numery wcześniej i nie potrzebowało tak wcześnie przychodzić. Na początku było nas może z kilkanaście osób, ale z każdą chwilą ludzi, przybywało, przybywało i przybywało.

na początku było pusto...


a potem ludzi zaczynało przybywać...

...i przybywać...

Oddaliśmy rzeczy do depozytu i poszliśmy w kierunku startu. Ooo - teraz to już dookoła były prawdziwe tłumy! Z każdej strony biegacze - młodzi, starsi, kolorowe ubrania, koszulki klubowe, koszulki z innych biegów, gwar, hałas, zapach maści rozgrzewających. Ta jedyna, niepowtarzalna atmosfera imprez biegowych.
Po imionach na numerach startowych wśród Jesusów, Juanów Carlosów wypatrzyliśmy swojsko brzmiącego Przemysława i Bartosza (na trasie spotkałam jeszcze dwie dziewczyny Polki, w sumie startujących rodaków było 95).
Wchodzimy do naszej strefy startowej. Tibor się śmieje, że husaria idzie. Rzeczywiście - pacemakerzy nie mają baloników, tylko przypięte do pleców chorągiewki.  Wreszcie odliczanie i start. Na razie grup biegnących szybciej od nas. Za każdym razem wystrzeliwane jest w górę konfetti w kolorze startującej strefy. Wreszcie i my. W powietrzu i dookoła nóg wirują różnokolorowe krążki bibuły. Tup, tup, tup, tup - słychać stukot o asfalt tysięcy butów.
Widzę oznaczenie pierwszego kilometra, Garmin bzyczy mi na ręku. Zerkam. Cooo? Jaki stan uśpienia?? Fuck! Powtórzyłam numer z Żoliborskiego Biegu Mikołajkowego. Za długo przytrzymałam guzik  i zegarek zaraz po włączeniu zastopowałam. Naprawiam swój błąd- ale jego wskazania mają już znaczenie drugorzędne. Potem okazało się, że nie było tego złego - najpierw zegarek mi bzyczał kolejny kilometr, a za moment ukazywało się oznaczenie organizatorów, a ja się cieszyłam, że tak naprawdę jestem kilometr dalej :)
Jak mi się biegło? Dobrze mi się biegło. Tempo było dla mnie zaskoczeniem na plus, bo myślałam, że będę przebierać wolniej nogami. Jak widać adrenalina, atmosfera zawodów robią swoje.
Miasto - prześliczne. Bieg puszczono głównie szerokimi, dużymi ulicami. Biegacze nie przeszkadzali sobie. Mogłam rozglądać się do woli, podziwiać kamienice, upajać się widokiem palm, wsłuchiwać się w okrzyki kibiców, szczerzyć  do licznych zespołów bębniarskich zagrzewających biegaczy do walki (Stwierdzam, że takie bębny to najlepszy doping. Ten rytmiczne bum,bum,bum, często wzmacniane przez kamienice, ach nogi same rwą się do biegu!) Niestety mniej więcej od połowy dystansu moje myśli coraz częściej zaprzątała myśl o toalecie. Przytulnej, czyściutkiej. I koniecznie z papierem toaletowym :P. 
Pięć kilometrów przed metą chcę przyspieszyć. Czuję coś dziwnego w prawej łydce. Boli. Tego mi jeszcze brakowało: skurczu. Próbuję jakoś inaczej stawiać nogę - ale średnio pomaga, poza tym, że mocniej czuję, że mięsień mam twardy. Teoretycznie powinnam się zatrzymać i rozciągnąć - ale po kilkunastu kilometrach w nogach nie będę pewnie w stanie powrócić do rytmu. Zwalniam trochę i proszę moją nogę, żeby się nie wygłupiała.
Ostatnie kilometry to majstersztyk organizatorów. Od 18 kilometra trasa zbliża się do morza - pięknie to wygląda. A potem zakręt, z górki.Szeroka aleja, po obu stronach palmy. A daleko przed oczami w całej okazałości Sagrada Familia. Ciary przechodzą po plecach. Jeszcze ostatni zakręt, dookoła drą się kibice. Już widać bramki, metę, pędzę. Pal diabli noga - musi wytrzymać! Jest meta!
Wyłączam zegarek - ale nic mi po nim. Zarejestrował 20,4 km z czasem 1:43. Chyba się zmieściłam w 1:50, ale muszę poczekać na oficjalne wyniki. Znajduję się z mężem i idziemy razem z tłumem. Znaczy ja tak trochę koślawo idę - bo prawa noga dalej daje popalić. Muszę ją jak najszybciej rozciągnąć. Oddajemy chipy, dostajemy wodę, izotonik. Bierzemy mandarynki (potwornie kwaśne, mordę na lewo wykręcają), medale. Drepczemy w kierunku depozytów wymieniając wrażenia. 
Wracamy do hotelu. Spełniam moje marzenie z biegu;), a potem korzystam z rozpusty pod postacią wanny i...zasypiam w niej. Budzi mnie jeden z piękniejszych dźwięków dochodzący z pokoju : odgłos otwieranych czipsów :)
Padam na łóżku - kilka kęsów obrzydliwie niezdrowych i przepysznych krążków. Znów zasypiam. Chyba się zmęczyłam tym biegiem ;)

Po południu sprawdzamy wyniki: mój czas 1:48:55. Kurka, nieźle! Po takim chorowaniu, przerwie, na antybiotyku, robię życiówkę poprawiając się o 7 minut. Mąż nastukał 1:38:39 - i to też jest jego życiówka.
Przybiegłam jako 6201 osoba. Prawie równo w połowie stawki - bo startowało 12 tysięcy osób z groszami. 280 w swojej kategorii wiekowej.

Zadowolona jestem podwójnie. Z biegu w ogóle. Fajnie pobiec w tak ładnym miejscu. Polecam. No i co tu dużo kryć- z czasu również jestem zadowolona. To taki miły bonus.

A od jutra zaczynamy łażenie po Barcelonie. Pewnie w ciągu paru dni uzupełnię ten wpis o zdjęcia z miasta.








sobota, 15 lutego 2014

Barcelono, nadchodzimy!

Barcelono, nadchodzimy!
Kiedy w drugiej połowie stycznia rozchorowałam się po raz pierwszy - jeszcze byłam spokojna. No dobra - Bieg Chomiczówki niestety przeszedł mi obok nosa . Ale do mojego prezentu świątecznego (świetny Mikołaj z mojego męża, prawda?), półmaratonu w Barcelonie jeszcze kupa czasu. Zdążę się wykurować i zapomnieć, że w ogóle chorowałam.
Gdy rozłożyłam się po raz drugi na początku lutego - zaczęło być groźnie. Ale jeszcze starałam się być w miarę wyluzowana: antybiotyk zadziała i raz, raz postawi mnie na nogi.
Niestety, ewidentnie nie doleczyłam się poprzednim razem, moje osobiste paciorkowce zdążyły się przegrupować, zająć z góry upatrzone pozycje i uodpornić na pierwszy antybiotyk. To już przestało być zabawne - umierałam z gorączką ponad 40 stopni i miałam bardzo realistyczne wizje siebie w szpitalu.
Szczęśliwie drugi antybiotyk podziałał - ale choroba wykręciła mnie jak cytrynkę, przeżuła i wypluła w charakterze flaczka.
Razem ze mną kolejno padały dzieci. Zdrowy ostał się tylko małżonek.
Dziewięć dni bez biegania, bez jakiekolwiek aktywności - bo po prostu nie miałam na nic ani siły ani ochoty.
Po raz pierwszy na truchtanie wyszłam przedwczoraj - i szybko stało się jasne, że mój bieg w Barcelonie będzie raczej biegiem krajoznawczym, a nie walką o wyśrubowane życiówki.
Cóż - nie tak miało być. Ale włosów nie zamierzam sobie rwać z głowy, bo tak na dobrą sprawę to...tylko bieg :)
Zamierzam cieszyć się wyjazdem, cieszyć się z tego, że doszedł do skutku - bo wisiał na włosku.
Dzieci wykurowane. Młodsze zostają pod opieką babci, najstarszy został dziś wyekspediowany na obóz judo.

Tak więc: Barcelono, nadchodzimy!



niedziela, 9 lutego 2014

Aktywność z dziećmi - da się? Da się!

Aktywność z dziećmi - da się? Da się!

Chwilowo znów jestem uziemiona. Chyba nie do końca doleczona poprzednia infekcja plus chore dziecko nr 1 daje razem kaszlącą, smarkającą, gorączkującą, połamaną - generalnie z lekka umierającą matkę. 
Tym razem wyciągnięte zostały ciężkie działa pod postacią antybiotyku - mam nadzieję, że uda się wszystko wyleczyć do końca. 
A ponieważ na razie z biegania nici, zainspirowana bardzo fajnym wpisem Avy, napiszę o aktywności szeroko rozumianej w kontekście posiadania dzieci.
Czy powiększenie rodziny oznacza automatycznie koniec aktywnego życia? Na pewno jest dobrym pretekstem:) Szczególnie to widzę obserwując tatusiów na basenie.  Ja nie mówię o tym, żeby od razu mieć sześciopak na brzuchu - ale jeśli wielkością mięśnia piwnego można zawstydzić niejedną kobietę w zaawansowanej ciąży - to coś jest nie halo.
Nie wiem czy ktoś z czytających - dzieciatych spotkał się kiedyś ze złotymi radami bardziej doświadczonych: "o, jak urodzi wam się dziecko to wszystko się skończy".
Bzdura.
Na pewno różne wyjazdy muszą zmienić swój charakter i intensywność, ale z perspektywy posiadania trójki dzieckiem, stwierdzam jedno: z jednym dzieckiem można wszystko!
Z dwójką, trójką - jest więcej kombinowania, trzeba iść na większe kompromisy - bo każde z dzieci jest w innym wieku i ma trochę inne potrzeby, ale kurczę - da się!
A ile nowych umiejętności się zdobywa:) Nie bez kozery powiada się, że podróże kształcą.
Błyskawiczne zatrzymywanie auta i czyszczenie tegoż oraz dziecka z pawia oraz sprawne wyszukiwanie czystych ciuchów w zapchanym po brzegi bagażniku - proszę bardzo:)
Umiejętność przewijania dziecka w każdych warunkach? Proszę bardzo:) (tam gdzie nie dało się znaleźć mniej lub bardziej prowizorycznego przewijaka stosowany był pit- stop w locie: tatuś trzyma dziecko przed sobą, a mama zmienia pieluchę w powietrzu)


Dworzec w Zawierciu. Dziecko nr 1 ma 6 tygodni



Karmienie w różnych okolicznościach przyrody dzieci w każdym wieku - zaliczone:)

Pierwsza zagraniczna wycieczka. Karmienie w Sztokholmie


w Kampinoskim Parku Narodowym
w drodze na Col du Tourmalet 2155m n.p.m., Francja

pełna micha - pełnia szczęścia, Szwecja


Frankenjura, Niemcy

Elastyczne spojrzenie na umywalkę? Jest:)

Jeszcze bardziej idealne są zlewy do mycia garów na kempingach: są głębokie


Dziecku naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba - wystarczą właściwie rodzice. Owszem, teraz zabieramy na wyjazdy książeczki, gry, kredki itp - ale wcześniej zabawką mogło być wszystko:

Paklenica, Słowenia


Brudne dziecko - to szczęśliwe dziecko:)

Sznureczek na spodniach taty? Mniam! Ferentillo, Włochy


Patyczek? Idealny towarzysz zawsze i wszędzie
Rzędkowice Jura Krakowsko- Częstochowska


No i zawsze można pomóc tacie...


W naszych wycieczkach najczęściej jeśli nie główną to ważną rolę odgrywa samochód (jakoś trzeba się przemieścić w upatrzone miejsce)- ale równie ważne były chusta i nosidło turystyczne oraz rowery (te ostatnie dalej są w użyciu, oczywiście).
W czasach przedsamochodowych (były takie - cztery kółka pojawiły się dopiero jak byłam w drugiej ciąży) przemieszczaliśmy się pociągami, korzystaliśmy z uprzejmości znajomych. Samolot też się zdarzył




wzdłuż Bałtyku





na Śnieżce


Siurana, Hiszpania


w Kampinosie

Pireneje

w Beskidach


Rhonegletcher, Szwajcaria


w drodze na prom

Dziecko nr 1 po raz pierwszy jako pełnoprawny uczestnik naszego rodzinnego teamu.
Ścieżka rowerowa wzdłuż jeziora Vattern, Szwecja


Dobrym pomysłem jest próba wciągnięcia aktywnie w hobby rodziców:














Kibicowanie też jest mile widziane. Sprawia radochę i dzieciakom i nam, rodzicom:


XC Mazovia


na mecie triathlonu w Rawie Mazowieckiej

Piątka na szczęście


Mazovia MTB Żyrardów

Mam też fotkę z innej trochę bajki, zimowej: 

Dziecko nr 3 miało wtedy 5 miesięcy. Pojechaliśmy na weekend na narty do Istebnej, starsze dzieci zostały z babcią. Gdy jedno zjeżdżało, drugie zajmowało się dzieckiem.




Widzę, że mało tekstu mi wyszło z tego wpisu, z to dużo zdjęć. Ale to może i dobrze: wszystko świetnie opisała Ava, więc nie ma sensu się powtarzać. A zdjęcia doskonale pokazują,że "da się".
Mam nadzieję, że kogoś zainspiruję. Powodzenia!













Jak ktoś chce poczytać o paru naszych wycieczkach - zapraszam:



























poniedziałek, 3 lutego 2014

Jak wylądowaliśmy w Szwajcarii i co z tego wynikło

Jak wylądowaliśmy w Szwajcarii i co z tego wynikło
Ha, ha - już widzę jak co poniektórzy strzygą uszami szykując się na opowieści z Krainy Franka;)
Nie tym razem, nie tym razem. Choć przyjdzie i czas na wpis z tamtej części Europy.
Owszem, wylądowaliśmy w Szwajcarii. Bałtowskiej.
Gdzież to? W Świętokrzyskim. Czemu tam? Bo mają wyciągi narciarskie, śnieg i zjadliwą odległość od naszego domu. Na tyle zjadliwą, że zaklepaliśmy jeden nocleg, wpakowaliśmy dzieciaki i narty do auta i ruszyliśmy na weekend. Zlokalizowaliśmy również w pobliskim Ostrowcu Świętokrzyskim pływalnię - więc dzieciaki miały obiecane na koniec wizytę na basenie.
I jak wrażenia?
Nie wiem - może pod spodem to wygląda zupełnie inaczej i w rzeczywistości wszyscy mieszkańcy są skłóceni ze sobą, każdy myśli tylko o sobie i o tym, żeby zarobić więcej od sąsiada. Ale nawet jeśli tak jest - to na zewnątrz wygląda to na jedną wielką współpracę lokalnej społeczności. Wycisnęli z tej okolicy wszystko co się dało - tak, żeby zachęcić do przyjeżdżania i w zimie i w lato. dobrze wycisnęli.
Jest stok narciarski - niezbyt długi - ale dla rodziny z małymi dziećmi - w sam raz. Trzy trasy plus ośla łączka. Stok dośnieżany i oświetlony. Instruktorzy, wypożyczalnia sprzętu. Zaplecze gastronomiczne gdzie dobrze i tanio karmią. Przygotowana górka saneczkowa dla niejeżdżących na nartach (co wcale nie jest takie oczywiste, bo parę lat temu w Szczyrku na próżno szukaliśmy choćby śladu góreczki, gdzie jedno z nas mogłoby zając się dziećmi, a drugie nieopodal pozjeżdżać na nartach. Może teraz coś się zmieniło - wtedy szedł komunikat: nie jeździsz na nartach/snowboardzie? To spadówa). A gdy narty się znudzą można czas i parę gorszy stracić w Wiosce Św. Mikołaja, w JuraParku, w Krainie Królowej Śniegu, Krainie Koni. Część atrakcji jest czynna w okresie letnim - kino 5D, Oceanarium, kolejka grawitacyjna, karuzele, spływ tratwami po rzece - i pewnie jeszcze parę innych rzeczy, których nie odkryliśmy.
My teraz postawiliśmy głównie na narty.
Właściciel domu, w którym mieliśmy wynajęte pokoje, podczas pogawędki z moim mężem, na jego lekkie marudzenie, że w wypożyczalni, mogłoby być osobne stanowisko dla oddających sprzęt, bo trzeba stać w gigant kolejce razem z tymi chcących dopiero wypożyczyć, odparł :dobrze, przekażę te uwagi obsłudze". Mąż zaliczył opad szczęki.

Fajnie spędziliśmy czas - młodsze pozjeżdżały na sankach, wybudowały igloo z tatusiem, była bitwa na śnieżki.





Najstarszy pojeździł na nartach - i jestem z niego dumna, bo radził sobie całkiem dobrze, a narty miał na nogach po raz trzeci w swoim życiu. W dodatku lekko za długie, bo tatuś zaszalał trochę podając wzrost w wypożyczalni :)
Były ze dwie wpadki podczas wsiadania na orczyk: nie zauważył, że tyły nart mu się skrzyżowały. Orczyk ruszył, pociągnął, narty się rozjechały na boki, moje dziecko plasknęło na brzuch i na tym brzuchu pojechało, nartami zgarniając cały śnieg. Za nim leciał pan z obsługi krzycząc: "puść orczyk! Puść orczyk!". Puścił.
A ja jako ta troskliwa i przejęta matka prawie się obsmarkałam  ze śmiechu ;)



A na koniec pływalnia. I tu będzie trochę łyżki dziegciu.
Jeśli ktoś zapędzi się w tamte okolice i chce po prostu popływać/potrenować - dobrze trafił. Nie wiem czy wiecie, ale w Ostrowcu mają basen olimpijski - tak, tak pełna, oficjalna pięćdziesiątka.
Ale co do części dla dzieci... Ja nie narzekam na ilość atrakcji - dzieciom wystarczy byle kałuża, a tam i dwie zjeżdżalnie się znalazły. Ale na litość boską, szybka woda to niech będzie w tym basenie pływackim. W brodziku woda ma być ciepła.
Nie była. Ja siedziałam z gęsią skórką, chłopaki niby zadowolone - ale co i rusz też powtarzali, że zimno. Wyszliśmy z pływalni dość szybko. A i tak, niestety, leciutko pokasłujące wczoraj dziecko nr 1, zamieniło się w kaszlące i gorączkujące dziś.
Czyli znów jestem z lekka uziemiona. Moje wstępne mgliste plany, że machnę sobie kółko dookoła lotniska (nie, nie Okęcia ;), pozostały dalej mgliste. Zostawiłam dziecię pod telefonem i poszłam wywijać wygibasy w  pobliskim parku. Dokładnie: wygibasy. Bo niestety większość parku posypano piaskiem zanim spacerowicze śnieg udeptali. Większość ścieżek tonie w takim beżowym, sypkim g... po kostki. I chodzi i biega się po tym fatalnie - jak pijany królik.
Więc, choć piękna pogoda, słonko i lekki przyjemny mrozik (taki co troszeczkę poszczypie policzki, a nie sieknie tak, że człowiek się zastanawia czy ma wracać i szukać własnego nosa, który niewątpliwie odpadł parę kilometrów wcześniej) i zastanawiałam się czy tego dystansu okołolotniskowego (13 km z groszami) nie machnąć tu, pod domem, wróciłam wcześniej, bo po protu miałam serdecznie dosyć.  Polazłam kupować produkta na rosół dla mojego chorowitka.

środa, 29 stycznia 2014

O, choroba!

O, choroba!
   Mając trójkę dzieci jest duża, bardzo duża szansa, że zawsze któreś dziecko będzie właśnie chore. Albo tobie przekaże jakiegoś syfa.
Właśnie mam taki mini maraton.
Zaczęło się od dziecka nr 3 - przez tydzień non stop kolor gil do pasa, kaszel i gorączka. W dzień kleiło się do mnie, w nocy przyłaziło do łóżka, kaszląc do ucha.
To musiało się skończyć jednym: w którymś momencie zaczęło się kasłanie stereo na dwa głosy z dzieckiem. Potem dziecko umilkło (pewnie wszystko co miało fajnego przeszło na mnie), a na dobre zaczęłam umierać ja. Bieg Chomiczówki obejrzałam sobie na zdjęciach, posłuchałam od męża o tym jak było i poczytałam na blogach innych biegaczy.
Dziecko nr 3 zostało wreszcie w ubiegły czwartek wyekspediowane do przedszkola, a mnie serce zaczęło wyrywać się do choćby symbolicznego kółeczka po parku. Moje dylematy pobiec czy jeszcze się podkurować zostały szybko rozwiązane telefonem z przedszkola, że moje dziecko ma biegunkę.
Oh, shit!
Zabrałam do domu bidę z nędzą wraz z masą aromatycznie wioniejących reklamówek z ubraniami. Po 9 dniach kiblowania w domu, w przedszkolu udało mu się utrzymać całe 3 godziny (rekord i tak od roku należy do dziecka nr 2. Dwadzieścia minut po przekroczeniu progu przedszkola, miałam telefon, że Jasiek potknął się o dywan, ma dziurę w brodzie i lepiej żebym to zobaczyła... Zobaczyłam i od razu ruszyłam w kierunku Izby Przyjęć)
    W weekend po raz pierwszy od ośmiu dni wyściubiłam nos z domu w stroju biegowym. Mały szok termiczny przeżyłam - bo ostatnio biegałam przy przyjemnym minus jeden, a tu zaatakowało mnie -15. Jakoś dałam radę, z wdziękiem kończąc truchtanie atakiem kaszlu.
    Przyszedł poniedziałek, a wraz z nim początki zapalenia spojówek u dziecka nr 2. Damy radę, damy radę. Dziecko zostaje w domu, kropelki do oczu lecą w ruch, dziad zostaje zduszony w powijakach, dziecko zostaje dziś wykopane do przedszkola jako zdrowe.
Ale przyroda nie lubi pustki ;) Najstarszy od wczesnych godzin porannych skarży się na ból brzucha i lata do toalety. Na plany biegowe akurat średni ma to wpływ - bo wylazłam wczoraj wieczorem, tylko dziecka mi żal, bo niedyspozycja kłopotliwa i męcząca.

A jak się truchtało? Generalnie lubię biegać zimą. Ale walka z tą masą śniego-solo-piasko-cholerawiecopodobną, zalegającą na większości chodników średnio mnie bawi. Nogi uciekają, człowiek chwilami ma wrażenie, że biegnie w miejscu. Muszę bliżej się przyjrzeć nakładkom na buty.
Zrobiłam ponad 11 km - ale po wszystkim zmachana byłam, jakbym zrobiła ze dwa razy więcej.


tak, ta zamaskowana istota to ja.  Buff to genialny wynalazek, idealny na taką aurę

niedziela, 19 stycznia 2014

Chomiczówka, której nie było

Zegar wskazuje za piętnaście minut pierwszą. W nocy. A ja zamiast regenerować się przed jutrzejszymi zawodami (jednak się zapisałam), siedzę przed kompem. Czemu?
Kaszel z katarem skutecznie uniemożliwiają mi spanie.
Dziecko nr 3 od tygodnia chorujące w domu, zdołało wreszcie wszystkie swoje wirusy i bakterie przekazać mnie.
Czyli już wiadomo co będzie dalej.
Rano pomacham mężowi na pożegnanie, będę mu życzyć powodzenia, a sama udam się w kierunku chusteczek do nosa, syropów i ciepłej herbatki.
No chyba, że stanie się cud, w co raczej wątpię:)

Wątpliwości miałam. Nie wiedziałam czy się zapisywać na ten bieg, bo jakoś chęci na startowanie jakby się zmniejszyły. Pokusa symbolicznego zatoczenia koła okazał się silniejsza.

Bo właśnie mija rok mojego biegowego bloga.

Rok temu, po moich pierwszych ulicznych zawodach, Biegu o Puchar Bielan, naładowana endorfinami, uznałam, że mam ochotę całemu światu ogłosić, że bieganie jest fajne:)
Wtedy szczytem moich możliwości było przebiegnięcie 5 km. Na mojego męża robiącego na Chomiczówce trzy pętle patrzyłam z podziwem, bo dystans 15 km wydawał mi się strasznie długi i trudny.


Cóż... smutno mi trochę. Gdybym się nie zapisała, umierałabym spokojnie w domu, z satysfakcją myśląc, że całe szczęście, że nie zdecydowałam się na start. A tak to trochę żal cztery litery ściska. Szczególnie, że biegający mąż szykujący się na jutro nie ułatwia sprawy.
Ale może lepiej, że choróbsko przyplątało się teraz. Został miesiąc do realizacji prezentu gwiazdkowego -lepiej chorować teraz niż w Barcelonie.


PS. Na wszelki wypadek ten wpis puszczę rano. Gdyby jednak jakiś cud...
PS.1 Po kolejnym ataku kaszlu stwierdzam, że puszczam wpis teraz:).
Nawet gdyby ciutkę mi się poprawiło - to losu kusić nie będę. Nie ma nic gorszego niż zdychająca matka, która musi być na nogach ze względu na dzieci.

niedziela, 12 stycznia 2014

Będzie zabawa, będzie się działo....

Będzie zabawa, będzie się działo....
Ponieważ minął tydzień i zakwasy po poprzednim Boot Campie przeszły, poczułam się tak trochę dziwnie, że nic mnie nie boli ;) Postanowiłam zrobić powtórkę z rozrywki i znów udać się na Pola Mokotowskie. Namówiłam małżonka i korzystając z nieopatrznie wypowiedzianego przez Piotra zaproszenia, zameldowaliśmy się całą rodziną :)
Co prawda mało brakowało, abyśmy zamiast w parku wylądowali na IP:  dziecko nr 2 ze spodenkami od piżamy owiniętymi dookoła kostek powiedziało "patrz, mamo, pokażę ci cios karate!". I pokazało. Akcja skończyła się zgodnie z przewidywaniami - Jasiek wbił się zębami w dywan. Krew i łzy się lały - szczęśliwie wystarczył okład z zimnego kompresu żelowego.

Oj działo, się działo. Po raz pierwszy od dwudziestu lat stałam na rękach. I usiłowałam zrobić w tej pozycji pompki, co mi się oczywiście nie udało. Owszem - dzięki smashing pąpkins* (słowniczek trudnych pojęć będzie na końcu wpisu) jestem w stanie parę męskich pompasów zrobić - ale do pozycji cyrkowych to mi jeszcze daleko. Mój mąż za to machnął pięć. Było wskakiwanie na ławeczki, były burpeesy*, brzuszki, pajace. Jednym słowem było znów wesoło i męcząco.

fot. Boot Camp



fot. Boot Camp

Burpees w wykonaniu małżonka
fot. Boot Camp



To tylko wygląda jak niewinne ćwiczenie
fot. Boot Camp

Dziecko nr 3fot. Boot Camp


(De)motywator. Czyli dziecko nr 2
fot. Boot Camp

Ręka mocy. A nawet dwie
fot. Boot Camp


fot. Boot Camp

Bieganie jest fajne - ale to ganianie po Polach i wykonywanie różnych dziwnych wygibasów ku uciesze spacerowiczów jest miłą odmianą od przebierania nogami.


Dziś skorzystałam z zaproszenia Krasusa i rano pojechałam w kierunku Lasu Kabackiego na towarzyskie (z Bo, Bartkiem i Pawłem) bieganie. Nie byłoby może nic dziwnego, gdyby nie pogoda. Zwlokłam się parę minut po siódmej rano (pomogły niezawodne dzieci.) i do moich uszu dobiegł bardzo głośny, wyraźny i miarowy dźwięk, mogący świadczyć tylko o jednym: leje. Wyjrzałam przez okno: lało :). Tak stałam z kubkiem kawy i zastawiałam się co robić. Jechać w drugi koniec miasta w taką pogodę?? Ale za chwilę deszcz zamienił się w śnieg. Śnieg już nie wyglądał tak strasznie. Podjęłam decyzję i wyszłam z domu. 
A potem jechałam przez miasto, wycieraczki pracowały jak oszalałe zgarniając z szyby następne porcje wody, kałuże pryskały spod kół - a ja znów się zastawiałam czy ja wiem co robię;)

fot. Krasus

Jak widać na powyższym zdjęciu - nie było tak źle;) Owszem pogoda dała popalić - a to próbując nas zdmuchnąć z drogi, a to sypiąc prosto w twarz śniegiem z deszczem. Ale było wesoło:) Szczególnie jak Krasus straszył innych biegaczy rzucając się w ich kierunku z kamerką i grobowym głosem żądając okazania entuzjazmu i radości:P

Z dzisiejszego dnia spostrzeżenia mam takie - że samej za Chiny nie chciałoby mi się wyściubić nosa z domu. A jednak co towarzystwo - to towarzystwo. Szczególnie, gdy jest dobre:)







* Smashing pąpkinks- akcja rozkręcona przez czterech blogerów. Zaczęło się od pompowania na Everest, a teraz okrążamy świat dookoła robiąc pomki i brzuszki (a nawet pąpki i brzóchy). Nie wiadomo o co chodzi? Szczegóły TU i TU

*burpees - wymysł szatana co najmniej;) Jeśli chcesz się upokorzyć, jeśli chcesz, żeby mniemanie (wysokie, oczywiście) o własnej formie rozsypało się w pył - rób burpeesy:). Wygląda to tak:



Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger