niedziela, 23 lutego 2014

Jeszcze o Barcelonie

Jeszcze o Barcelonie
Stwierdziłam, że zamiast dodać parę zdjęć pod poprzednim wpisem, popełnię nowy i trochę opowiem o tym co robiliśmy po biegu i ogólnie o moich wrażeniach z tego miasta.

Ale przekornie opowieść zacznę od...lotniska we Frankfurcie. Tam mieliśmy przesiadkę. I czekając na nasz samolot, nadzialiśmy się parokrotnie na - jak sądzę - Japonki. Dziewczyny, jak rozumiem, straszliwie bały się zarazków i bakterii, gdyż paradowały w maseczkach na twarzach. Ale w takiej maseczce na dłuższą metę niewygodnie - więc co i rusz te maseczki zdejmowały, niwecząc cały antybakteryjny efekt;) Jeszcze wtedy pokasływałam z lekka po chorobie i miałam naprawdę dużą ochotę zakraść do którejś z nich od tyłu i zrobić ekhm! Ekhm!. Co ciekawe w Barcelonie, nie widziałam ani jednej skośnookiej panny w maseczce - a w niektórych miejscach ludzi było zdecydowanie więcej niż na lotnisku.

Przejdźmy do Barcelony. Byłam kilkukrotnie w Hiszpanii. Ale akurat tak się złożyło, że w żadnej większej metropolii nie zawitałam. Wyjazdy wspinaczkowe wyglądają tak, że z lotniska człowiek szybko ewakuuje się w rejon wspinaczkowy.Ten zazwyczaj znajduje się w jakiejś zapadłej dziurze, która znana w świecie jest tylko dzięki okolicznym skałom. Podczas naszych wakacji  samochodowo - rowerowych przez Pireneje również omijaliśmy większe miasta.
A prowincja hiszpańska jest taka...bałaganiarska trochę. Domy nigdy nie są proste - często sprawiają wrażenie jakby były rozbudowywane na poczekaniu, w miarę potrzeb - więc tu okienko takie, tam owakie, tu daszek, tu schodki węższe, tam szersze, obejścia też takie południowe, niekoniecznie pod linijkę. Pamiętałam też jak wyglądały Ateny. To co prawda inny kraj - ale też południowy i zdecydowanie chaotyczny. Ateny są moim zdaniem bardzo nieprzyjazne pieszym - chodniki są wąskie, a te szerokie potrafią się nagle i niespodziewanie skończyć. Opisywałam to w relacji z podróży (link pod wpisem dotyczącym co się da robić z dziećmi). I powiem szczerze, że lądując w Barcelonie byłam trochę nastawiona na takie skrzyżowanie Aten z hiszpańskimi wioskami.
Ha! Nic bardziej mylnego!
Barcelona zaskoczyła mnie czystością, szerokimi alejami, równymi chodnikami, skrzyżowaniami jak pod linijkę (linijka trochę zaczyna się gubić, gdy miasto zaczyna wspinać się na okoliczne wzgórza - ale tam gdzie jest płasko - wszystko równiutkie)



Wyświetl większą mapę

Tu widać jak równe jest centrum Barcelony.


Dodatkowo wszystkie budynki mają ścięte narożniki - dzięki temu same skrzyżowania są takie bardziej przestrzenne i wygodniej się chodzi.
Większość ulic jest jednokierunkowych - "dzięki temu wiesz, z której strony walnie Cię samochód" - zażartował mój mąż. Ale wbrew żartowi i ponurym statystykom przeczytanym w przewodniku, ruch odbywa się całkiem płynnie i nie widzieliśmy żadnego wypadku. Do jednego trzeba się przyzwyczaić: do przechodzenia na czerwonym świetle. Przez pierwsze dwa dni staliśmy jak kołek na każdych światłach. Jako jedyni. Hiszpanie, gdy tylko przejedzie wszystko co ma przejechać, nie czekają, tylko bez ceregieli przechodzą na drugą stronę. I nie mówię tu o jakiś jednostkowych przypadkach. Tak robią wszyscy. Jeśli ktoś stoi na czerwonym świetle - na 100% jest to turysta. Po dwóch dniach - co prawda jeszcze trwożnie rozglądając się na boki, na mniejszych skrzyżowaniach odważyliśmy się robić to samo co lokalsi.
Z drugiej strony zielone światła dla pieszych palą się naprawdę długo. O wiele dłużej niż w Polsce.  Musiałam się też przyzwyczaić do braku zebr. Znaczy zebry są tam, gdzie nie ma sygnalizacji. Tam gdzie są światła miejsce do przejścia wyznaczają dwie linie.
Samo miasto... Ach! Zachwyt po prostu. Wspaniałe kamienice - niektóre takie arabskie w stylu, wiele pięknie ozdobionych, z witrażami, pięknymi kutymi balkonami. Nawet te nowsze nie są nudne, zawsze coś się dzieje na fasadzie. Domy są bardzo, bardzo różnorodne, w bardzo różnym stylu - niższe graniczą z wyższymi, stare z nowymi, jeden styl z zupełnie innym. Ale o dziwo to pomieszanie, ta różnorodność pasuje i jakoś współgra.






Komunikacja. Gdy pierwszy raz wsiedliśmy do metra, w oczy rzuciła mi się mapka ze schematem komunikacji miejskiej z liniami ze wszystkich możliwych kolorach. Co prawda część tego stanowiły tramwaje i kolej - ale po odjęciu tego zostawało od licha i ciut ciut linii metra. Próbowałam w necie znaleźć ile tak właściwie Barcelona posiada linii - ale nie mogę się doliczyć - jest dwóch operatorów plus jeszcze kolej podmiejska, Wychodzi mi, że między 9 a 11 linii. A być może więcej. W tym część całkowicie zautomatyzowanych.


przy takiej mapce można zgłupieć...


 Właściwie na większości stacji metra coś się ze sobą krzyżuje. Stacja koło naszego hotelu, była raczej na uboczu. Prowadziło do niej bardzo niepozorne wejście - ot, wąskie schody plus jedne ruchome. Krzyżowały się tu dwie linie metra i dwie linie kolejowe. 
Więc, wiecie - Warszawa ze swoją jedną linią i jedną w budowie....;)


My akurat po Barcelonie głównie chodziliśmy na piechotę. Mapka w łapę - mąż nawigował mniej więcej w miejsce, gdzie chcieliśmy dojść - a potem łaziliśmy tam, gdzie nam się spodobało, zagłębiając się w i w małe, malownicze uliczki i krążąc tymi większymi. Wszędzie było ładnie.




I tak przy pomocy ostatniego zdjęcia przeszliśmy do Gaudiego. 
Jedni się krzywią na widok jego architektury, uważając ją za przejaw kiczu i brzydoty. Inni są zachwyceni wyobraźnią i pomysłowością tego katalońskiego architekta. Jedno jest pewne: obok Gaudiego nie można pozostać obojętnym.
Ja akurat należę do wielbicieli jego stylu. Fascynuje mnie właśnie jego wyobraźnia nie znająca granic - jego bajkowe, kolorowe o miękkich liniach budynki, jego inspirowanie się naturą. A jednocześnie to wszystko musiało trzymać się kupy i nie zawalić - więc pod wybujałymi formami kryje się twarda matematyka i fizyka. Niesamowite połączenie.
Najbardziej znana jest chyba - wciąż w budowie Sagrada Familia. Zachęcam do zwiedzania - bo dopiero z bliska widać ogrom tej budowli, jej skomplikowanie A jak do tego dołoży się brak planów, które pochłonęła wojna domowa oraz to, że kościół jest budowany tylko i wyłącznie z darowizn prywatnych oraz z wpływów z biletów i pamiątek, człowiek zaczyna rozumieć czemu to trwa tyle lat.




Ale Gaudi to również kamienice, wspaniały park. Czasem należy spuścić wzrok ku ziemi, a wtedy człowiek spostrzeże wspaniałe, zaprojektowane prze niego płytki chodnikowe:



W planach oprócz głównego punktu programu - czyli półmaratonu oraz oczywiście zwiedzania miasta, mieliśmy również rekreacyjne truchtanko. Cóż, nie przewidziałam jednego: potwornych zakwasów. Bolały mnie uda, łydki - szczególnie ta prawa. Jednak przebiegnięcie pięciu kilometrów i finisz ze skurczem nogi musiały zostawić jakiś ślad. Pierwsze dni - wstawanie z łóżka odbywało się przy akompaniamencie stęków i jęków. Zresztą nie tylko ja - mąż podobnie był obolały.
 Druga sprawa - mieliśmy w planach tyyyle zwiedzania, że na bieganie musielibyśmy się zerwać dość wcześnie (wieczorem po całym dniu chodzenia po mieście, nie mieliśmy na nic siły). A ja chwilowo upajałam się, że nic nie muszę. Nie muszę wstawać skoro świt, nikogo szykować do szkoły, przedszkola. Nie muszę podawać leków, wycierać rozlanego mleka, rozstrzygać kłótni o chrupki. Nie muszę nikomu oddawać poduszki i znosić małych stópek wbijających się w brzuch. Nie muszę znosić skakania po łóżku i żądań włączenia bajeczki o szóstej rano. 
Wstawać biegać też nie musiałam ;)
Ale nadszedł dzionek, gdy zakwasy stały się znośne, a my już poupajaliśmy się wolnością rodziców spuszczonych ze smyczy ;)
Postanowiliśmy pobiec zobaczyć wschód słońca nad morzem. Było to o tyle przyjemne, że w Hiszpanii słońce wschodzi później w porównaniu z Polską - więc nie musieliśmy wstawać i wychodzić w środku nocy. Wystarczyła siódma rano - bo słońce wschodziło 7.40.
Jak było? A tak:







Jeśli kogoś zachęciłam  zdjęciami i opisami - to wiecie: 15 lutego 2015 odbędzie się następna edycja półmaratonu barcelońskiego ;)

A jakby komuś było jeszcze mało - tu więcej zdjęć z naszego wyjazdu:



poniedziałek, 17 lutego 2014

24. Mitja Marató de Barcelona

24. Mitja Marató de Barcelona

Zanim przejdę do samego biegu, zrobię dygresję. I dygresję dygresji ;)
W okolicach Barcelony nie jestem po raz pierwszy. Poprzednim razem zawitaliśmy tu na początku marca dwa lata temu razem z dzieckiem nr 3, wówczas półtoraroczniakiem.  Wylądowaliśmy, mąż zobaczył palmy i oświadczył, że od razu widać, że tu jest ciepło. Wyszliśmy przed terminal i...od razu zaczęliśmy się ubierać, zapinać, szukać czapek. Było może z 5 stopni powyżej zera, a wiatr dodatkowo obniżał temperaturę. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o ciepło ;)
Nie zabawiliśmy wtedy w Barcelonie - nasz cel był wspinaczkowy. Z lotniska wsiedliśmy w wynajęty samochód i pojechaliśmy jakieś 100 km dalej najpierw w rejon La Mussara, a potem przenieśliśmy się kawałek dalej odkrywać uroki Siurany.
Nie wiedziałam jak ta La Mussara wygląda. Uznałam, że skoro to Hiszpania - to będzie fajnie. I nie wiedzieć czemu w głowie pojawiła się wizja jakiegoś fajnego, małego miasteczka, otoczonego skałami. Wizja była na tyle fajna - że nie pomyślałam, żeby skonfrontować ją przed wyjazdem zaglądając do netu.
I tak jechałam sobie z mężem, pani Marzenka z GPS-a odliczała kilometry, a dookoła był las. I cały czas był las. I zostało już tylko parę kilometrów - a tu nadal żadnego śladu ludzi - tylko droga i las. "Jesteś u celu" - zakomunikowała pani Marzenka. Zaczęłam się z lekka niepokoić - bo otoczenie nic a nic się nie zmieniło. Mąż skręcił wtedy w jakąś boczną drogę i po paru metrach moim oczom ukazał się pusty placyk i kamienny budynek schroniska. To było tu. Nie było żadnego miasteczka. Był las, było schronisko otwierane dopiero koło siódmej wieczorem. Daleko, daleko w dole było widać wybrzeże. I byliśmy my :).



Po paru dniach samotnego penetrowania okolicznych skał, dołączyliśmy do naszych znajomych i przenieśliśmy się w niższe i cieplejsze okolice Siurany



Tam już miałam moje miasteczko :)

Wróćmy do tematu Barcelony. Wtedy, chcieliśmy na sam koniec wyjazdu Barcelonę trochę pozwiedzać. Zostaliśmy jednak uraczeni opowieściami o kradzieżach, obrobieniu komuś samochodu z całego sprzętu wspinaczkowego, przebiciu opon (przez przypadek tuż za rogiem był zakład wulkanizacyjny). Nie chcieliśmy sprawdzać na ile te opowieści są prawdziwe, a na ile przesadzone. Uznaliśmy, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.
I wróciliśmy :)

Tym razem bez żadnego z naszych "ogonów", bez samochodu, sprzętu wspinaczkowego. I tym razem szczęśliwie Barcelona przywitała bardziej przyjazną temperaturą. Celem był start w półmaratonie, a przez resztę pobytu zaplanowanego na tydzień, włóczenie się po mieście.
Okoliczności przedstartowe opisałam w poprzednim wpisie: kiła i mogiła, bakterie, antybiotyki i tak dalej. Przed startem przetruchtałam się raz (to był zresztą pierwszy raz po chorobie). Zrobiłam 4 km w tempie 5:30. To były bardzo męczące 4 km. Było mi źle, ciężko i ogólnie do dupy.
Pod koniec grudnia, gdy dumałam o tym wyjeździe, ambitnie uznałam, że chcę pobiec między 1:42 a 1:45.
Nie mam długiego stażu biegowego, robię to regularnie od listopada 2012. Do tej pory startowałam dwa razy na dystansie półmaratońskim. W Warszawie zadebiutowałam z czasem 1:58, miesiąc później pobiegłam w Budapeszcie 1:55.  Tak więc plany były wyśrubowane - ale z drugiej strony od tamtej pory zrobiłam spore postępy, więc uznałam, że jak trochę zacisnę zęby, popracuję - to dam radę.
Z planów wyszło to co wyszło, głównie chorowanie, więc ambitne plany odłożyłam na kiedy indziej:) Uznałam, że jak pobiegnę w okolicach 1:50 - to będę skakać do góry z radości. Ale równie dobrze mój organizm mógł się zbuntować, pokazać mi środkowy palec. Dlatego nie spinałam się specjalnie, uznałam, że co wyjdzie - to wyjdzie.

W okolice startu musieliśmy udać się dość wcześnie, bo nie mieliśmy odebranych numerów startowych. Sam start był zaplanowany na 8.45
Szliśmy po ciemku jeszcze przez ciche, uśpione jeszcze miasto. Im bliżej byliśmy teoretycznie miejsca odbioru pakietów, tym bardziej małżonek się denerwował. Nie widzieliśmy żadnych biegaczy. Ani jednej osoby. Gdyby nie to, że w hotelu na dole spotkaliśmy szykujące się osoby, na poważnie zaczęlibyśmy się zastanawiać czy nie pomyliliśmy dat. Została jeszcze ewentualność, że zabłądziliśmy - ale szczęśliwie dotarliśmy w dobre miejsce.
Większość osób odebrało numery wcześniej i nie potrzebowało tak wcześnie przychodzić. Na początku było nas może z kilkanaście osób, ale z każdą chwilą ludzi, przybywało, przybywało i przybywało.

na początku było pusto...


a potem ludzi zaczynało przybywać...

...i przybywać...

Oddaliśmy rzeczy do depozytu i poszliśmy w kierunku startu. Ooo - teraz to już dookoła były prawdziwe tłumy! Z każdej strony biegacze - młodzi, starsi, kolorowe ubrania, koszulki klubowe, koszulki z innych biegów, gwar, hałas, zapach maści rozgrzewających. Ta jedyna, niepowtarzalna atmosfera imprez biegowych.
Po imionach na numerach startowych wśród Jesusów, Juanów Carlosów wypatrzyliśmy swojsko brzmiącego Przemysława i Bartosza (na trasie spotkałam jeszcze dwie dziewczyny Polki, w sumie startujących rodaków było 95).
Wchodzimy do naszej strefy startowej. Tibor się śmieje, że husaria idzie. Rzeczywiście - pacemakerzy nie mają baloników, tylko przypięte do pleców chorągiewki.  Wreszcie odliczanie i start. Na razie grup biegnących szybciej od nas. Za każdym razem wystrzeliwane jest w górę konfetti w kolorze startującej strefy. Wreszcie i my. W powietrzu i dookoła nóg wirują różnokolorowe krążki bibuły. Tup, tup, tup, tup - słychać stukot o asfalt tysięcy butów.
Widzę oznaczenie pierwszego kilometra, Garmin bzyczy mi na ręku. Zerkam. Cooo? Jaki stan uśpienia?? Fuck! Powtórzyłam numer z Żoliborskiego Biegu Mikołajkowego. Za długo przytrzymałam guzik  i zegarek zaraz po włączeniu zastopowałam. Naprawiam swój błąd- ale jego wskazania mają już znaczenie drugorzędne. Potem okazało się, że nie było tego złego - najpierw zegarek mi bzyczał kolejny kilometr, a za moment ukazywało się oznaczenie organizatorów, a ja się cieszyłam, że tak naprawdę jestem kilometr dalej :)
Jak mi się biegło? Dobrze mi się biegło. Tempo było dla mnie zaskoczeniem na plus, bo myślałam, że będę przebierać wolniej nogami. Jak widać adrenalina, atmosfera zawodów robią swoje.
Miasto - prześliczne. Bieg puszczono głównie szerokimi, dużymi ulicami. Biegacze nie przeszkadzali sobie. Mogłam rozglądać się do woli, podziwiać kamienice, upajać się widokiem palm, wsłuchiwać się w okrzyki kibiców, szczerzyć  do licznych zespołów bębniarskich zagrzewających biegaczy do walki (Stwierdzam, że takie bębny to najlepszy doping. Ten rytmiczne bum,bum,bum, często wzmacniane przez kamienice, ach nogi same rwą się do biegu!) Niestety mniej więcej od połowy dystansu moje myśli coraz częściej zaprzątała myśl o toalecie. Przytulnej, czyściutkiej. I koniecznie z papierem toaletowym :P. 
Pięć kilometrów przed metą chcę przyspieszyć. Czuję coś dziwnego w prawej łydce. Boli. Tego mi jeszcze brakowało: skurczu. Próbuję jakoś inaczej stawiać nogę - ale średnio pomaga, poza tym, że mocniej czuję, że mięsień mam twardy. Teoretycznie powinnam się zatrzymać i rozciągnąć - ale po kilkunastu kilometrach w nogach nie będę pewnie w stanie powrócić do rytmu. Zwalniam trochę i proszę moją nogę, żeby się nie wygłupiała.
Ostatnie kilometry to majstersztyk organizatorów. Od 18 kilometra trasa zbliża się do morza - pięknie to wygląda. A potem zakręt, z górki.Szeroka aleja, po obu stronach palmy. A daleko przed oczami w całej okazałości Sagrada Familia. Ciary przechodzą po plecach. Jeszcze ostatni zakręt, dookoła drą się kibice. Już widać bramki, metę, pędzę. Pal diabli noga - musi wytrzymać! Jest meta!
Wyłączam zegarek - ale nic mi po nim. Zarejestrował 20,4 km z czasem 1:43. Chyba się zmieściłam w 1:50, ale muszę poczekać na oficjalne wyniki. Znajduję się z mężem i idziemy razem z tłumem. Znaczy ja tak trochę koślawo idę - bo prawa noga dalej daje popalić. Muszę ją jak najszybciej rozciągnąć. Oddajemy chipy, dostajemy wodę, izotonik. Bierzemy mandarynki (potwornie kwaśne, mordę na lewo wykręcają), medale. Drepczemy w kierunku depozytów wymieniając wrażenia. 
Wracamy do hotelu. Spełniam moje marzenie z biegu;), a potem korzystam z rozpusty pod postacią wanny i...zasypiam w niej. Budzi mnie jeden z piękniejszych dźwięków dochodzący z pokoju : odgłos otwieranych czipsów :)
Padam na łóżku - kilka kęsów obrzydliwie niezdrowych i przepysznych krążków. Znów zasypiam. Chyba się zmęczyłam tym biegiem ;)

Po południu sprawdzamy wyniki: mój czas 1:48:55. Kurka, nieźle! Po takim chorowaniu, przerwie, na antybiotyku, robię życiówkę poprawiając się o 7 minut. Mąż nastukał 1:38:39 - i to też jest jego życiówka.
Przybiegłam jako 6201 osoba. Prawie równo w połowie stawki - bo startowało 12 tysięcy osób z groszami. 280 w swojej kategorii wiekowej.

Zadowolona jestem podwójnie. Z biegu w ogóle. Fajnie pobiec w tak ładnym miejscu. Polecam. No i co tu dużo kryć- z czasu również jestem zadowolona. To taki miły bonus.

A od jutra zaczynamy łażenie po Barcelonie. Pewnie w ciągu paru dni uzupełnię ten wpis o zdjęcia z miasta.








sobota, 15 lutego 2014

Barcelono, nadchodzimy!

Barcelono, nadchodzimy!
Kiedy w drugiej połowie stycznia rozchorowałam się po raz pierwszy - jeszcze byłam spokojna. No dobra - Bieg Chomiczówki niestety przeszedł mi obok nosa . Ale do mojego prezentu świątecznego (świetny Mikołaj z mojego męża, prawda?), półmaratonu w Barcelonie jeszcze kupa czasu. Zdążę się wykurować i zapomnieć, że w ogóle chorowałam.
Gdy rozłożyłam się po raz drugi na początku lutego - zaczęło być groźnie. Ale jeszcze starałam się być w miarę wyluzowana: antybiotyk zadziała i raz, raz postawi mnie na nogi.
Niestety, ewidentnie nie doleczyłam się poprzednim razem, moje osobiste paciorkowce zdążyły się przegrupować, zająć z góry upatrzone pozycje i uodpornić na pierwszy antybiotyk. To już przestało być zabawne - umierałam z gorączką ponad 40 stopni i miałam bardzo realistyczne wizje siebie w szpitalu.
Szczęśliwie drugi antybiotyk podziałał - ale choroba wykręciła mnie jak cytrynkę, przeżuła i wypluła w charakterze flaczka.
Razem ze mną kolejno padały dzieci. Zdrowy ostał się tylko małżonek.
Dziewięć dni bez biegania, bez jakiekolwiek aktywności - bo po prostu nie miałam na nic ani siły ani ochoty.
Po raz pierwszy na truchtanie wyszłam przedwczoraj - i szybko stało się jasne, że mój bieg w Barcelonie będzie raczej biegiem krajoznawczym, a nie walką o wyśrubowane życiówki.
Cóż - nie tak miało być. Ale włosów nie zamierzam sobie rwać z głowy, bo tak na dobrą sprawę to...tylko bieg :)
Zamierzam cieszyć się wyjazdem, cieszyć się z tego, że doszedł do skutku - bo wisiał na włosku.
Dzieci wykurowane. Młodsze zostają pod opieką babci, najstarszy został dziś wyekspediowany na obóz judo.

Tak więc: Barcelono, nadchodzimy!



niedziela, 9 lutego 2014

Aktywność z dziećmi - da się? Da się!

Aktywność z dziećmi - da się? Da się!

Chwilowo znów jestem uziemiona. Chyba nie do końca doleczona poprzednia infekcja plus chore dziecko nr 1 daje razem kaszlącą, smarkającą, gorączkującą, połamaną - generalnie z lekka umierającą matkę. 
Tym razem wyciągnięte zostały ciężkie działa pod postacią antybiotyku - mam nadzieję, że uda się wszystko wyleczyć do końca. 
A ponieważ na razie z biegania nici, zainspirowana bardzo fajnym wpisem Avy, napiszę o aktywności szeroko rozumianej w kontekście posiadania dzieci.
Czy powiększenie rodziny oznacza automatycznie koniec aktywnego życia? Na pewno jest dobrym pretekstem:) Szczególnie to widzę obserwując tatusiów na basenie.  Ja nie mówię o tym, żeby od razu mieć sześciopak na brzuchu - ale jeśli wielkością mięśnia piwnego można zawstydzić niejedną kobietę w zaawansowanej ciąży - to coś jest nie halo.
Nie wiem czy ktoś z czytających - dzieciatych spotkał się kiedyś ze złotymi radami bardziej doświadczonych: "o, jak urodzi wam się dziecko to wszystko się skończy".
Bzdura.
Na pewno różne wyjazdy muszą zmienić swój charakter i intensywność, ale z perspektywy posiadania trójki dzieckiem, stwierdzam jedno: z jednym dzieckiem można wszystko!
Z dwójką, trójką - jest więcej kombinowania, trzeba iść na większe kompromisy - bo każde z dzieci jest w innym wieku i ma trochę inne potrzeby, ale kurczę - da się!
A ile nowych umiejętności się zdobywa:) Nie bez kozery powiada się, że podróże kształcą.
Błyskawiczne zatrzymywanie auta i czyszczenie tegoż oraz dziecka z pawia oraz sprawne wyszukiwanie czystych ciuchów w zapchanym po brzegi bagażniku - proszę bardzo:)
Umiejętność przewijania dziecka w każdych warunkach? Proszę bardzo:) (tam gdzie nie dało się znaleźć mniej lub bardziej prowizorycznego przewijaka stosowany był pit- stop w locie: tatuś trzyma dziecko przed sobą, a mama zmienia pieluchę w powietrzu)


Dworzec w Zawierciu. Dziecko nr 1 ma 6 tygodni



Karmienie w różnych okolicznościach przyrody dzieci w każdym wieku - zaliczone:)

Pierwsza zagraniczna wycieczka. Karmienie w Sztokholmie


w Kampinoskim Parku Narodowym
w drodze na Col du Tourmalet 2155m n.p.m., Francja

pełna micha - pełnia szczęścia, Szwecja


Frankenjura, Niemcy

Elastyczne spojrzenie na umywalkę? Jest:)

Jeszcze bardziej idealne są zlewy do mycia garów na kempingach: są głębokie


Dziecku naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba - wystarczą właściwie rodzice. Owszem, teraz zabieramy na wyjazdy książeczki, gry, kredki itp - ale wcześniej zabawką mogło być wszystko:

Paklenica, Słowenia


Brudne dziecko - to szczęśliwe dziecko:)

Sznureczek na spodniach taty? Mniam! Ferentillo, Włochy


Patyczek? Idealny towarzysz zawsze i wszędzie
Rzędkowice Jura Krakowsko- Częstochowska


No i zawsze można pomóc tacie...


W naszych wycieczkach najczęściej jeśli nie główną to ważną rolę odgrywa samochód (jakoś trzeba się przemieścić w upatrzone miejsce)- ale równie ważne były chusta i nosidło turystyczne oraz rowery (te ostatnie dalej są w użyciu, oczywiście).
W czasach przedsamochodowych (były takie - cztery kółka pojawiły się dopiero jak byłam w drugiej ciąży) przemieszczaliśmy się pociągami, korzystaliśmy z uprzejmości znajomych. Samolot też się zdarzył




wzdłuż Bałtyku





na Śnieżce


Siurana, Hiszpania


w Kampinosie

Pireneje

w Beskidach


Rhonegletcher, Szwajcaria


w drodze na prom

Dziecko nr 1 po raz pierwszy jako pełnoprawny uczestnik naszego rodzinnego teamu.
Ścieżka rowerowa wzdłuż jeziora Vattern, Szwecja


Dobrym pomysłem jest próba wciągnięcia aktywnie w hobby rodziców:














Kibicowanie też jest mile widziane. Sprawia radochę i dzieciakom i nam, rodzicom:


XC Mazovia


na mecie triathlonu w Rawie Mazowieckiej

Piątka na szczęście


Mazovia MTB Żyrardów

Mam też fotkę z innej trochę bajki, zimowej: 

Dziecko nr 3 miało wtedy 5 miesięcy. Pojechaliśmy na weekend na narty do Istebnej, starsze dzieci zostały z babcią. Gdy jedno zjeżdżało, drugie zajmowało się dzieckiem.




Widzę, że mało tekstu mi wyszło z tego wpisu, z to dużo zdjęć. Ale to może i dobrze: wszystko świetnie opisała Ava, więc nie ma sensu się powtarzać. A zdjęcia doskonale pokazują,że "da się".
Mam nadzieję, że kogoś zainspiruję. Powodzenia!













Jak ktoś chce poczytać o paru naszych wycieczkach - zapraszam:



























poniedziałek, 3 lutego 2014

Jak wylądowaliśmy w Szwajcarii i co z tego wynikło

Jak wylądowaliśmy w Szwajcarii i co z tego wynikło
Ha, ha - już widzę jak co poniektórzy strzygą uszami szykując się na opowieści z Krainy Franka;)
Nie tym razem, nie tym razem. Choć przyjdzie i czas na wpis z tamtej części Europy.
Owszem, wylądowaliśmy w Szwajcarii. Bałtowskiej.
Gdzież to? W Świętokrzyskim. Czemu tam? Bo mają wyciągi narciarskie, śnieg i zjadliwą odległość od naszego domu. Na tyle zjadliwą, że zaklepaliśmy jeden nocleg, wpakowaliśmy dzieciaki i narty do auta i ruszyliśmy na weekend. Zlokalizowaliśmy również w pobliskim Ostrowcu Świętokrzyskim pływalnię - więc dzieciaki miały obiecane na koniec wizytę na basenie.
I jak wrażenia?
Nie wiem - może pod spodem to wygląda zupełnie inaczej i w rzeczywistości wszyscy mieszkańcy są skłóceni ze sobą, każdy myśli tylko o sobie i o tym, żeby zarobić więcej od sąsiada. Ale nawet jeśli tak jest - to na zewnątrz wygląda to na jedną wielką współpracę lokalnej społeczności. Wycisnęli z tej okolicy wszystko co się dało - tak, żeby zachęcić do przyjeżdżania i w zimie i w lato. dobrze wycisnęli.
Jest stok narciarski - niezbyt długi - ale dla rodziny z małymi dziećmi - w sam raz. Trzy trasy plus ośla łączka. Stok dośnieżany i oświetlony. Instruktorzy, wypożyczalnia sprzętu. Zaplecze gastronomiczne gdzie dobrze i tanio karmią. Przygotowana górka saneczkowa dla niejeżdżących na nartach (co wcale nie jest takie oczywiste, bo parę lat temu w Szczyrku na próżno szukaliśmy choćby śladu góreczki, gdzie jedno z nas mogłoby zając się dziećmi, a drugie nieopodal pozjeżdżać na nartach. Może teraz coś się zmieniło - wtedy szedł komunikat: nie jeździsz na nartach/snowboardzie? To spadówa). A gdy narty się znudzą można czas i parę gorszy stracić w Wiosce Św. Mikołaja, w JuraParku, w Krainie Królowej Śniegu, Krainie Koni. Część atrakcji jest czynna w okresie letnim - kino 5D, Oceanarium, kolejka grawitacyjna, karuzele, spływ tratwami po rzece - i pewnie jeszcze parę innych rzeczy, których nie odkryliśmy.
My teraz postawiliśmy głównie na narty.
Właściciel domu, w którym mieliśmy wynajęte pokoje, podczas pogawędki z moim mężem, na jego lekkie marudzenie, że w wypożyczalni, mogłoby być osobne stanowisko dla oddających sprzęt, bo trzeba stać w gigant kolejce razem z tymi chcących dopiero wypożyczyć, odparł :dobrze, przekażę te uwagi obsłudze". Mąż zaliczył opad szczęki.

Fajnie spędziliśmy czas - młodsze pozjeżdżały na sankach, wybudowały igloo z tatusiem, była bitwa na śnieżki.





Najstarszy pojeździł na nartach - i jestem z niego dumna, bo radził sobie całkiem dobrze, a narty miał na nogach po raz trzeci w swoim życiu. W dodatku lekko za długie, bo tatuś zaszalał trochę podając wzrost w wypożyczalni :)
Były ze dwie wpadki podczas wsiadania na orczyk: nie zauważył, że tyły nart mu się skrzyżowały. Orczyk ruszył, pociągnął, narty się rozjechały na boki, moje dziecko plasknęło na brzuch i na tym brzuchu pojechało, nartami zgarniając cały śnieg. Za nim leciał pan z obsługi krzycząc: "puść orczyk! Puść orczyk!". Puścił.
A ja jako ta troskliwa i przejęta matka prawie się obsmarkałam  ze śmiechu ;)



A na koniec pływalnia. I tu będzie trochę łyżki dziegciu.
Jeśli ktoś zapędzi się w tamte okolice i chce po prostu popływać/potrenować - dobrze trafił. Nie wiem czy wiecie, ale w Ostrowcu mają basen olimpijski - tak, tak pełna, oficjalna pięćdziesiątka.
Ale co do części dla dzieci... Ja nie narzekam na ilość atrakcji - dzieciom wystarczy byle kałuża, a tam i dwie zjeżdżalnie się znalazły. Ale na litość boską, szybka woda to niech będzie w tym basenie pływackim. W brodziku woda ma być ciepła.
Nie była. Ja siedziałam z gęsią skórką, chłopaki niby zadowolone - ale co i rusz też powtarzali, że zimno. Wyszliśmy z pływalni dość szybko. A i tak, niestety, leciutko pokasłujące wczoraj dziecko nr 1, zamieniło się w kaszlące i gorączkujące dziś.
Czyli znów jestem z lekka uziemiona. Moje wstępne mgliste plany, że machnę sobie kółko dookoła lotniska (nie, nie Okęcia ;), pozostały dalej mgliste. Zostawiłam dziecię pod telefonem i poszłam wywijać wygibasy w  pobliskim parku. Dokładnie: wygibasy. Bo niestety większość parku posypano piaskiem zanim spacerowicze śnieg udeptali. Większość ścieżek tonie w takim beżowym, sypkim g... po kostki. I chodzi i biega się po tym fatalnie - jak pijany królik.
Więc, choć piękna pogoda, słonko i lekki przyjemny mrozik (taki co troszeczkę poszczypie policzki, a nie sieknie tak, że człowiek się zastanawia czy ma wracać i szukać własnego nosa, który niewątpliwie odpadł parę kilometrów wcześniej) i zastanawiałam się czy tego dystansu okołolotniskowego (13 km z groszami) nie machnąć tu, pod domem, wróciłam wcześniej, bo po protu miałam serdecznie dosyć.  Polazłam kupować produkta na rosół dla mojego chorowitka.

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger