poniedziałek, 4 maja 2015

Wings for Life - gdy metę masz za plecami

Wings for Life - gdy metę masz za plecami
Wings for Life to bieg charytatywny rozgrywany w tym samym czasie na całym świecie w 35 miejscach. W Polsce bieg rozgrywany jest w Poznaniu.
Cały dochód jest przeznaczany na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym. Hasłem przewodnim jest: biegnę dla tych, którzy nie mogą.
Co jest takiego nietypowego w tym biegu? Otóż nie ma stałej linii mety. Startujesz, a pół godziny po tobie rusza samochód pościgowy, który jest metą. Kończysz wtedy, gdy cię dogoni. Samochód rusza z prędkością 15 km/h i co godzinę przyspiesza.

Pakiet startowy na tą imprezę był moim prezentem urodzinowym od męża. Byłam bardzo ciekawa co mi z tego wyjdzie, co się dzieje w głowie, gdy nie możesz odliczać kilometrów do końca, gdy wiesz, że im biegniesz szybciej - tym dłużej biegniesz.

Na miejsce przyjechaliśmy rano, przed startem. Miałam trochę stresa czy zdążymy, bo musiałam jeszcze odebrać pakiet startowy, a w dniu startu było to możliwe tylko do godziny 11 (start był o 13). Z Warszawy do Poznania trochę kilometrów jednak jest - więc pobudka była wcześnie rano (dzieciaki oczywiście nie były zachwycone:). Na szczęście zdążyliśmy.
Niepokoiła mnie pogoda. Była wspaniała dla kibiców: słońce na prawie bezchmurnym niebie i wiatr. Ale dla biegacza - to pogoda jak z koszmaru. Tym bardziej, że kierunek wiatru sugerował, że przez większość trasy będzie się biegło pod niego.
A jeśli do tego dołoży się jeszcze taki profil trasy:

zapowiadał się bardzo ciekawy dzień...

Równo o 13 wystartowaliśmy. Powiem szczerze, że świadomość, że jednocześnie to samo robi kilkadziesiąt tysięcy ludzi na całym świecie - jest niesamowita.
Dużo Poznaniaków wyszło na trasę i dopingowało biegnących, machali nawet kierowcy samochodów stojących - w sumie przez nas, biegaczy - w korkach.


piąteczki z synami:)


Przez miasto generalnie przegrzałam :) Pomimo, że po drodze było parę podbiegów, wiatr jeszcze nie przeszkadzał, biegło się w grupie ludzi - to wszystko bardzo pomagało. Na rogatkach miasta miałam średnie tempo dystansu 4:49, ale nie czułam się strasznie zmęczona. Jeszcze.

Tymczasem na starcie: psy pościgowe ruszyły :)

Niestety, po pierwsze zmieniliśmy kierunek i wiatr przestał być sprzymierzeńcem, a po drugie ludzie się rozciągnęli. Pomimo, że dalej wokół było sporo osób, to najczęściej byli w takiej odległości, że człowiek musiał sam walczyć z trasą i podmuchami wiatru. I do tego wszystkiego dokładało się słońce i podbiegi. Stało się oczywiste, że nie utrzymam tempa z miasta i zwolniłam.
Właściwie za miastem zaczęła się powoli walka: ze słońcem, ze zmęczeniem i z głową, która robiła wszystko, żeby mnie zdemotywować :) Moje ciało też powoli miało dość i wyprawiało ze mną różne  rzeczy, żebym przestała się wygłupiać i dała odpocząć:).

Najpierw poczułam znajome pieczenie przy czujniku tętna. Przesunęłam go niżej, choć podejrzewałam, że dzięki temu ruchowi zyskam po prostu o jedną ranę więcej :P
Przed 19 kilometrem nagle zaczęło mnie coś kłuć w okolicach splotu słonecznego. Ni to kolka ni to cholera wie co. Był moment, że musiałam biec taka trochę zgięta w pół. Na szczęście przeszło i piątkę z Adamem Małyszem przybijałam w normalnej pozycji (Adam Małysz wziął udział w biegu w zeszłym roku, tym razem został wykluczony przez infekcję. Za to stał na 19 kilometrze - tam, gdzie dobiegł rok temu i przybijał piątki ze wszystkimi biegaczami).
Potem zaczęło mnie piec pod palcem prawej stopy - takie pieczenie zwiastuje pęcherze. Starałam się od czasu do czasu trochę inaczej stawiać stopę i jakoś biegłam dalej (rzeczywiście dorobiłam się dorodnego pęcherza). W lewym udzie pojawiły się jakieś mini skurcze: z każdym krokiem lewa noga ciut uginała się pode mną. Zastanawiałam się, w którym momencie złapie mnie jakiś większy skurcz i upadnę. Na szczęście do tak dramatycznych wydarzeń nie doszło.

Mniej więcej na tym etapie - nie wiem, który to był kilometr, chyba coś koło 23 - dogoniła mnie Kasia - Rakieta, również z teamu Smashing Pąpkins. Dalej biegłyśmy już razem.
Takie towarzystwo było mi bardzo potrzebne, bo naprawdę przechodziłam mega kryzys. Tylko musiałam poprosić Kasię, żeby przestała do mnie gadać - pytanie się  mnie w takim momencie jak się czuję przed Rzeźnikiem, nie było najszczęśliwszym pomysłem;) Szczególnie, że za chwilę pojawił się następny, długi podbieg. Podbieg, który określam mianem "wredna górka" - czyli udający, że tak naprawdę to go nie ma. Ale jest, ciągnie się w nieskończoność i na końcu nie oferuje wytchnienia pod postacią zbiegu.

I wtedy jeszcze dołączyła  kolka. Najpierw pod prawym żebrem, potem już z obu stron, więc biegłam na takim wpółwdechu. W łydkach poczułam delikatną zapowiedź kłopotów.
W tym momencie z tyłu dobiegły klaksony i nawoływania. To powoli doganiała nas meta.

Pamiętam co mi Tibor mówił - że jak zobaczę samochód - to rura! Ha! Jaka rura?! Ja miałam w głowie "kurwa, niech mnie ktoś dobije". Kaśka przepędzona przez mnie chwilę wcześniej, pognała naprzód, a ja toczyłam dalej swoją walkę.
Minęłam chorągiewkę z 26 kilometrem, dogoniła mnie obsługa na quadzie a na niej megamotywator - chłopak, dzięki któremu nie zatrzymałam się czekając na samochód. "Agnieszko! Jesteś niesamowita! Już niewiele kobiet jest na trasie, nie poddawaj się!" Wtedy sobie uświadomiłam, że rzeczywiście: od jakiegoś czasu zniknęły kobiety. Z kilometr wcześniej wyprzedziłam jedną panią, przede mną była Kasia - ale oprócz tego sami mężczyźni.
"Agnieszko! Samochód jest za tobą, nie poddawaj się! Dogonisz jeszcze tych dwóch facetów przed Tobą!" Przyspieszyłam. Auto było tuż za moimi plecami. Zatoczyłam się ze zmęczenia. "Agnieszko, no co jest? Przecież miałaś ich jeszcze wyprzedzić! Dajesz!"
Nie pamiętam czy udało mi się ich wyprzedzić :)
Na 26,43 km zakończyłam swój bieg:)

Przybiłam piątkę z biegaczem obok mnie. Wymieniając się wrażeniami powlekliśmy się w kierunku punktu z wodą, który był jakieś 200 metrów przed nami. Tam spotkałam znów Kasię, której udało się przebiec ciut więcej. Najpierw trzy kubki wody władowałam sobie na głowę. Potem piłam, piłam i piłam. Powiem szczerze, że przy takiej pogodzie punkty z wodą były zdecydowanie za rzadko. Organizator zapowiadał, że będą co 5 kilometrów - ale czasami były to większe odległości. Moim zdaniem, szczególnie za miastem, powinny być co 2,5 kilometra.

Poszłyśmy w kierunku autobusu, który ma nas z powrotem zawieźć na start. Zrobiłam krok na schodek i zaczęłam wyć z bólu. Skurcz w łydce, potworny. Wskoczyłam do środka na jednej nodze - Kasia, instruowana dodatkowo przez pana obok, rozmasowała mi nogę. Trochę odpusciło. Następne skurcze były już mniejsze i sama dałam sobie z nimi radę.

Zaczęłam się gapić na koszulkę i na znajome brązowe- czerwone zacieki. Już wiedziałam co będzie pod spodem. Podniosłam ją  - Kasia tylko zajęczała na widok tego co zrobił ze mną czujnik.
Autobus zapełnił się biegaczami i ruszyliśmy w kierunku Poznania. W środku było za dużo ludzi. Po takim wysiłku stanie w napełnionym, dusznym autobusie było dla niektórych kropką nad i. Dwoje biegaczy po drodze zasłabło (na Fejsbuku trwa zresztą dyskusja na ten temat - to chyba była najsłabsza część organizacji: za mało autobusów, brak wody).

Wreszcie znów Malta. Medal. Odnajduję się z Tiborem i dzieciakami. Pąpki z Kasią w miejscu startu. Jeszcze pogawędka z kolegą Pawłem, makaron serwowany przez organizatora - który prawie cały oddaję mężowi i dzieciom. Nie mam ochoty na nic.



To był najtrudniejszy bieg uliczny w jakim brałam udział. I fizycznie i mentalnie. W kość dała pogoda, swoje dołożyła trasa, która nie należała do najłatwiejszych.
W sumie pobiegłam z godnie z założeniami. Na stronie organizatora był kalkulator, gdzie można było sprawdzić w którym momencie dogoni cię samochód. Wyszło mi, że realne jest około 27 kilometrów- i tyle mniej więcej przebiegłam.
Mentalnie rozwala ta ruchoma meta, to, że nie masz przed sobą linii, do której musisz dobiec. Ciężko się zmobilizować wiedząc, że szybszy bieg od  mety cię oddala.
Z drugiej strony - to bardzo fajna impreza i mając świadomość na co zostaną przeznaczone pieniądze, które się zapłaciło - właściwie każdy jest wygranym.


Dziś sobie sprawdziłam oficjalny ranking - i powiem, że pomimo tych wszystkich kryzysów mogę być z siebie dumna:)
W generalnym rankingu jestem 561 kobietą i 101 w swojej kategorii wiekowej. A w rankingu polskim ukończyłam jako 21 kobieta i 3 w swojej kategorii wiekowej!



Ale żeby nie popaść w zbyt duży samozachwyt napiszę na koniec, że najlepszy biegacz zdołał przebiec ponad 79 kilometrów, a w Polsce wszystkie kioski rozwalił Bartek Olszewski którego meta dogoniła dopiero po ponad 73 kilometrach.



PS. Nie wykluczam, że różne zapamiętane przeze mnie rzeczy nie działy się dokładnie na tych kilometrach, a słów dopingu z quada na ostatnich metrach nie zacytowałam dokładnie - ale wybaczcie: ja ledwo wiedziałam jak się nazywam w tamtym momencie :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Test kurtka Jack Wolfskin Exhalation Flyweight

Test kurtka Jack Wolfskin Exhalation Flyweight
Pewnie część z Was kojarzy markę Jack Wolfskin. To niemiecka firma produkująca dobrej jakości odzież outdoorową.
A wiecie, że JW ma w swojej ofercie kolekcję biegową?
Na pewno nie wiecie - bo wiem ilu biegaczy zagląda do sklepu, w którym pracuję:)
Raz na jakiś czas zajrzy ktoś szukający etui do biegania na smartfona (nie mamy), ewentualnie jakiś ultras szukający lekkich kijów (mamy). I tyle.
A szkoda :)
Ja kolekcją biegową zainteresowałam się na poważniej, gdy wiedziałam już, że zakwalifikowałam się z koleżanką Ewą na Bieg Rzeźnika i zaczęłam powoli dumać nad ekwipunkiem. Między innymi dumałam nad kurtką przeciwwiatrową, której nie posiadałam, a sądziłam, że na 78 kilometrów po górach warto by taką odzież zabrać.
I tak zastanawiałam się, jednocześnie przeglądając katalog Jacka Wolfskina na nadchodzący sezon wiosenno- letni. W oko wpadła mi kurtka. Z opisu i ze zdjęcia wyglądała zachęcająco: lekka, ładna i w dodatku w bardzo sprytny sposób zamieniająca się w biodrówkę, którą możemy do siebie przytroczyć, gdy przestaje być potrzebna.
Gdy pojawiła się u nas w sklepie i mogłam ją jeszcze pomacać,wiedziałam już, że chcę ją mieć!
Od jakiś dwóch tygodni jestem jej szczęśliwą posiadaczką:)

Materiał, z którego jest uszyty mój nowy nabytek to odmiana softshellu (Flex Shield Softshell Airlite) - co po prostu oznacza, że jest kurtka lekka, oddycha, chroni przed wiatrem, a dodatkowo nie nasiąka wodą (co nie jest równoznaczne z tym, że jest wodoodporna).
Producent podaje, że rozmiar M waży 195 gram. Sprawdziłam: moja waga kuchenna pokazała nawet mniej, 190 gram.
Wszystkie suwaki są dobrej, sprawdzonej firmy YKK.

Kurtka występuje w dwóch kolorach - ja mam w kolorze, który producent określił jako hiacyntowy - ale może umówmy się, że jest fioletowa :)
Kurtka jest oczywiście wyposażona w elementy odblaskowe (nazwa i logo producenta, biały pasek wzdłuż suwaka oraz z tyłu kurtki zygzaczki w kształcie wykresu ekg). Z przodu ma dwie kieszenie oraz jedną z tyłu. Ta tylna kieszeń ma podwójną rolę - ale o tym za moment.
Rękawy są przedłużone, z otworami na kciuki.
U dołu nie ma żadnej regulacji obwodu - podejrzewam, że po to, żeby zbić wagę- jest po prostu gumka.








Materiał nie ma jednolitej struktury - z tyłu przy szyi widać takie jakby dziurki - po to, żeby szybciej odprowadzać pot na zewnątrz. Do tego też służy konstrukcja kołnierza: od środka jest wyłożony siateczką mesh w kolorze pomarańczowym, a od zewnątrz posiada otwory wentylacyjne.
Ta siateczka sprawia też, że nic nas nie obciera - bo zapięta kurtka dość dokładnie otula szyję.

tu widać zróżnicowaną strukturę materiału

Przód kurtki z widocznym wykończeniem kołnierza siateczką mesh

wentylacja w kołnierzu. Oficjalnie nosi bardzo mądrą nazwę Air Flow Collar

Tak jak już wspominałam wcześniej, z tyłu jest trzecia kieszeń. Możemy ją wykorzystać tradycyjnie: do schowania kluczy, batonika czy telefonu. Ale to jest sprytna kieszonka - i to była jedna z rzeczy, która mnie urzekła.
Jeśli wybieramy się na bieganie z plecakiem, problem gdzie schować taką kurtkę, jeśli uznamy, że jednak jest nam za ciepło, nie istnieje. A co zrobić, gdy nie mamy plecaka?

Tył kurtki z widocznymi odblaskami i trzecią kieszenią



Po odpięciu kieszeni wyjmujemy z niej tajemnicze troczki:






A następnie po prostu pakujemy cała kurtkę w tą kieszeń:)



Zapinamy i przytraczamy do bioder. Voila!




Tasiemki są bardzo lekkie, z możliwością regulacji obwodu, sprzączka jest płaska, nie wpija się, torebka nie przesuwa się podczas ruszania.

Kurtkę miałam ze sobą podczas pobytu  w Jurze Krakowsko- Częstochowskiej i po południu zaczął padać deszcz. Pomyślałam, że od razu sprawdzę jak tam deklaracje producenta o nienasiąkliwości materiału. Cóż - dopóki deszcz tylko kropił - rzeczywiście kropelki po materiale spływały. Niestety dość szybko kropienie zmieniło się w wiosenną burzę z mega zlewą - i tu oczywiście zgodnie z przewidywaniami kurtka miejscami zrobiła się wilgotna.

Zobaczymy jak będzie się sprawować kurtka po dłuższym użytkowaniu, zobaczymy jak sprawdzi się na Biegu Rzeźnika - ale dotychczasowe próby wypadły zadowalająco. Myślę, że będę używać nie tylko do biegania, ale i na rower.



Jeśli chcecie zobaczyć inne produkty Jacka Wolfskina z kolekcji biegowej - zapraszam na stronę e- Horyzontu. Niestety rzeczy przeznaczone do biegania są "rozstrzelone" po całym sklepie:

kurtki, kamizelki, getry
getry 3/4
koszulki, czapki z daszkiem
plecaki
biodrówki


Oczywiście zapraszam też do Warszawy na ulicę Mariensztat 8 :)





wtorek, 14 kwietnia 2015

Non, je ne regrette rien

Non, je ne regrette rien
Wszystko zaczęło się od tego, że na dwa tygodnie przed wyjazdem odkryłam, że zapomniałam poprosić o urlop... I jest problem, żeby mi go udzielić...
Nie pytajcie się JAK mogłam zapomnieć. Sama nie wiem. Mogę tylko domniemywać. Lista startowa na maraton paryski jest zamykana na wiele miesięcy przed startem. Pewnie wtedy myślałam, że mam jeszcze czas, żeby zgłosić w pracy mój wyjazd. A potem zapomniałam...
Zrobiło się nerwowo. Udało mi się znaleźć zastępstwo i jakoś sprawę wyprostować (dzięki jeszcze raz Przemku i Michale!) - i tą relację piszę siedząc w hoteliku na Montmartrze, w pokoju niewiele większym od mojej łazienki w domu:)
Nie było też łatwo wydumać jakim tempem spróbować pobiec. Wynik z Półmaratonu Warszawskiego trochę podbudował mi ego, które od razu z powrotem wgniotło w glebę wlokące się przeziębienie. Nie wiedziałam czy uda mi się wykurować na wyjazd, czy wręcz przeciwnie rozłożę się zupełnie. Starałam się zwalczyć kaszel i katar. Oczywiście nie biegałam. Na szczęście na dwa dni przed wyjazdem poczułam, że mój organizm wygrywa. W ramach przypomnienia nogom jak się biega, potruchtałam raz po dzieciaki do szkoły i przedszkola i drugi raz zrobiłam z mężem pięciokilometrowe kółko na dzień przed wylotem.
Nie będę owijać w bawełnę - szykowałam się na życiówkę. Moja poprzednia z 2013 roku z Amsterdamu wynosiła 3:50:21 i pomimo przeziębień czułam, że jestem w stanie pobiec szybciej. Nie wiedziałam tylko o ile szybciej, bo szyki popsuł mi wirus.
Ostatecznie stając na starcie wydumałam sobie w głowie tempo 5:15.
Miejsce startu... Wyobraźcie sobie poranny Paryż, jeszcze bez tłumu turystów. Błękitne niebo, ale przy tym wszystkim miły chłodek. Kamienice z ażurowymi balkonami. Łuk Triumfalny zza którego wyzierało słońce. I tłumy, tłumy zmierzające w kierunku strefy startowej (zapisanych było 54 tysiące osób!!!).



Ruszyłam razem z moim mężem, ale umówiliśmy się, że będziemy biec osobno. Ulica była szeroka, więc od razu zwiałam w bok, żebyśmy się nie widzieli i nie stresowali się wzajemnie.
Od samego początku biegło mi się szybciej niż zakładałam. Pierwszy, drugi, trzeci kilometr wszystko poniżej zakładanego tempa. Najpierw się trochę postresowałam i usiłowałam zwolnić. Potem wpadłam na to, że cały czas jest lekko z górki, więc postanowiłam to wykorzystać. Oczywiście istniało ryzyko, że jednak szarżuję i pod koniec odetnie mi prąd. Ostatecznie uznałam, że spróbuję ciągnąć to szybsze tempo tak  długo jak się da. A jak odetnie...cóż - w końcu to tylko bieg :)
No i biegłam sobie ulicami cudnego, wiosennego Paryża. Starałam się rozglądać na boki i podziwiać miasto, które mijałam - a było co podziwiać. Luwr, pomnik Joanny d'Arc, Plac Bastylii, majacząca w oddali Katedra Notre Dame...
Zaczepił mnie jakiś facet, po angielsku. Jakie piękne mam imię (mam je na koszulce na plecach). On kocha to imię, zakochał się w moim imieniu. I pobiegł dalej. Dziwni ci biegacze :))
Zerkałam sobie na zegarek na każdym punkcie pomiary, które były co 5 kilometrów. Piąty kilometr: 26 minut z groszami. Dziesiąty kilometr: 52 minuty. Piętnasty kilometr: godzina siedemnaście. Półmaraton 1:48. Tu zdołałam się zadumać, że nie jest źle, skoro na półmetku maratonu mam czas, który do niedawna był moją życiówką :)
No i tak żarło, żarło, aż za dwudziestym trzecim kilometrem zbliżyliśmy się do Sekwany. I zaczęły się tunele. I bieg zaczynał wyglądać tak: zbieg - tunel- podbieg- trochę płaskiego - zbieg- tunel- podbieg - i tak aż do 30 kilometra. Najdłuższy tunel miał ponad kilometr długości. Było w nim mega duszno, biegło się na totalnego czuja, bo oczywiście żadne gpsy nie działały.
Jednym słowem Francuzi zrobili wszystko, żeby za tym mitycznym, trzydziestym kilometrem dostać ściany :)) Dobrze chociaż, że to wszystko działo się z pięknym widokiem na Wieżę Eiffla dla osłodzenia męki.
Na trzydziestym kilometrze byłam tak otumaniona, że zapomniałam przed punktem z wodą posilić się żelem. Styki zajarzyły dopiero, gdy przeleciałam przez wodopój i miałam już w ręku z butelką z wodą (na punktach wodę wydawano w małych, półlitrowych butelkach. Były jeszcze mniejsze punkty, z miskami z wodą i kubeczkami - ale z tych nie korzystałam w ogóle)). Cóż - była mała ekwilibrystyka jak jednocześnie wyjmować żel, otwierać go, zjadać, trzymać wodę i jednocześnie biec, w miarę możliwości nie zwalniając;)
Ten fragment z tunelami plus dystans zrobiły swoje i na 35 i 36 kilometrze zaliczyłam mały kryzys. Nie, klasycznej ściany nie miałam, ale poczułam się tak zmęczona, że to były moje najwolniejsze kilometry. W dodatku zaczęłam marzyć o jakimś smakowym piciu, jakimś izotoniku.
Na wszystkich punktach była tylko woda. No, na jednym był izotonik - ale ja byłam tuż po wciągnięciu żelu i bałam się, że zrobię swojemu żołądkowi kuku. Woda na punktach zaczęła mnie irytować, miałam wrażenie, że nic mi nie daje.
Po tych dwóch kilometrach jakoś zebrałam się do kupy i wróciłam do poprzedniego tempa. Było już bardzo ciężko - nogi bolały. W dodatku większość osób biegło albo o wiele wolniej, albo maszerowało już. Ludzie ze zmęczenia robili jakieś dziwne ruchy. Ja pewnie też :)
Często w ostatniej chwili musiałam zmieniać tor biegu, a czasem nie było na to czasu i z "sorry" na ustach przepychałam się pomiędzy biegaczami. Starałam się wyprać głowę z wszelkich myśli. Nie zastanawiać się ile jeszcze do mety, przestałam patrzeć się na zegarek (zresztą już od dłuższego czasy wskazania Garmina z oznaczeniem kilometrowym rozjechały się w kosmos), żeby nie prowokować zmęczonego umysłu do szatańskich podszeptów o zwolnieniu.
Czterdziesty kilometr. Czterdziesty pierwszy. Dookoła kibice drą się - pewnie, że już niedaleko. Czterdziesty drugi kilometr. Ostatni zakręt i widzę metę. Tym razem nie wydaje mi się bardzo daleko, wydaje mi się tak blisko, na wyciągnięcie ręki.
Przyspieszam jak tylko mogę i tym finiszem na ostatnich metrach wywalczam sobie siódemkę w wyniku. 3:37:53
Nie, nie płaczę na mecie, nie skaczę z radości, nie śmieję się. Pompek też nie robię, choć koszulka zobowiązuje:) Zmęczona jak nie wiem co dopadam barierki i opieram się o nią głową. Od razu podskakuje do mnie wolontariuszka pytając się czy wszystko ok. Tak wszystko ok. Ruszam przed siebie. Medal. Koszulki finiszerów. Woda (wrrr, znów woda. Ja chcę coś innego!!!). Pomarańcze. Dopadam do nich. O, mamusiu jakie pyszne! Soczyste, mają smak! Jem, jem i jem. Idę do przodu. Nadziewam się na Polaków - chwilę rozmawiam. Znów dorywam się do pomarańczy, Znów idę. O - wyszłam już ze strefy żarcia. Nie chcę, chcę jeszcze pomarańcze! Cofam się i pomimo, że obsługa nie chce za bardzo puścić mnie pod prąd, tłumaczę, że szukam męża i znów dopadam pudła z pomarańczami.
Nie mam pojęcia ile ich zjadłam. Dużo :) Biorę jeszcze kilka ćwiartek na zapas do ręki i już ostatecznie ruszam ku depozytom, gdzie się umówiłam z małżonkiem. Nie widać go. Podejrzewam, że jeszcze nie przybiegł. Mam nadzieję, że nie złapała go ściana.  Odbieram ciuchy, ze zdziwieniem odkrywając, że koszulkę i numer startowy mam dziwnie ubrudzone na czerwono- brązowo. Kojarzę to ze szczypaniem w okolicach, gdzie miałam założony czujnik tętna. Tym razem skubany zmasakrował mnie jak nigdy przedtem.
Siadam i chwilę później dostrzegam Tibora. Cóż...nie zdołał ukryć króciutkiego momentu rozczarowania, że znów to ja go witam na mecie;). Ale tym razem różnica jest o wiele mniejsza, sześć minut z groszami. Poprawił swoją życiówkę o 10 minut, jest bardzo zadowolony.



Piękny bieg w pięknym mieście. Śliczna trasa - choć fragment z tunelami dający w kość i wymagający. Organizacja jak na taki tłum ludzi - całkiem w porządku. Pomimo kaszlu i przeziębienia, miałam swój dzień, który myślę wykorzystałam maksymalnie. Zadziałały nogi, zadziałała głowa i poszło lepiej niż zakładałam. Niczego nie żałuję.

Tylko nie wiem co będę robić w Berlinie - bo taki wynik to ja na jesień planowałam :) A mam wrażenie, że powalczyć o lepszy czas będzie trudno, oj trudno. Nie chcę być zakładnikiem życiówek, a z drugiej strony nie chcę pobiec źle w Berlinie. Dlaczego i skąd się wziął Berlin, skoro nie miałam szczęścia w losowaniu - to już wpis na inny raz.
Na razie rozkoszuję się Paryżem.:)



wtorek, 7 kwietnia 2015

Wielkanocne bieganie

Wielkanocne bieganie
Znajduję się teraz w dziwnym okresie jeśli chodzi o bieganie. Najpierw trzeba było odpocząć po Półmaratonie Warszawskim. A jak człowiek odpoczął, to trzeba zacząć się oszczędzać przed maratonem w Paryżu, który już za niecały tydzień.
Tak więc z aktywności wyszedł mi czwartkowy Power Training (nietypowo, bo zazwyczaj wbijam się na wtorkową "sesję". Uznałam jednak, że wtorek zaraz po półmaratonie to jednak za dużo szczęścia na raz). I akurat wbiłam się na Beep Test. Co to jest opowiadałam trochę na FB.
To test badający głównie wydolność. Polega na bieganiu wahadłowo dwudziestometrowych odcinków ze ściśle określoną narastającą prędkością - tak w wielkim skrócie. Ojapitolę, że tak delikatnie ujmę;). Efekt był taki, że po czwartku znów odpuściłam bieganie, bo musiałam odpocząć :)
Następne bieganie zaplanowaliśmy sobie na Wielkanoc. Truchtanie miały nam umilić piękne okoliczności przyrody - bo hasać mieliśmy w okolicach działki moich rodziców wśród pól mazowieckich wsi. Mamy już obcykane takie kółko, które ma równo 13 km. Wydawało mi się, że Tibor ma zaplanowane tempo 5,15 min/km i w takim tempie starałam się biec.
Okoliczności przyrody rzeczywiście były miłe dla oka, choć mało wiosenne jeszcze



 Słonko się przebijało i biegło by się całkiem przyjemnie, gdyby nie wiatr. Niestety od samego początku wiał nam w twarz i chwilami biegło się bardzo, bardzo kiepsko.
Małżonek jakoś zaczął biec kilka metrów za mną - ale na nic się nie skarżył, nic nie mówił o zwalnianiu, więc tak toczyliśmy dalej walkę z wiatrem - ja z przodu, Tibor za mną.



Trochę niepokojąco wyglądały chmurzyska, ale na razie nic się nie działo (oprócz wiatru), więc dreptaliśmy dalej. W pewnym momencie Tibor przystanął i machnął ręką. Spojrzałam się i zobaczyłam na polu siedem saren (możliwe, że to nie sarny, tylko łanie, z tej odległości kiepsko było oceniać gatunek). Dość szybko zauważyły potencjalne niebezpieczeństwo - czyli nas- i pomknęły dalej.


Dobiegliśmy do szosy. W dali majaczyły się zabudowania miasteczka Staroźreby. Niebo zrobiło się niepokojąco czarne... Po asfalcie biegło się ciut lepiej, ale wiatr nie przestawał przeszkadzać.


Wreszcie skręt w prawo, znów w polną drogę. Teoretycznie teraz wiatr powinien zacząć pomagać, ale nie odczułam tego. Miałam raczej wrażenie, że przestało wiać zupełnie. Też dobrze, choć niebo z lewej strony sugerowało raczej ciszę przed burzą.



Jak się okazało miałam rację, bo za chwilę zaczął padać grad. Przy okazji pojawił się wiatr - niestety boczny. Już po chwili poczułam, że lewa strona mojej twarzy jest cała zziębnięta od nawalających w nią kulek lodu. Cieszyłam się, że na głowie miałam czapkę z daszkiem - choć trochę chroniła mnie prze tą niespodzianką z nieba.



Zanim dobiegliśmy z powrotem do domu, grad przestał padać. Nikt z nas nie miał ochoty dokręcać do wcześniej zaplanowanych 15 kilometrów. Dodatkowo okazało się, że pomyliło mi się - małżonek chciał biegać w tempie ciut wolniejszym. Nie dogadaliśmy się - więc ja dziwiłam się czemu nie przyspiesza, a on się wkurzał, czemu tak lecę do przodu :)

Dwa dni nocowania w 85- letniej chałupie ogrzewanej piecami i bieg pod wiatr w gradzie nie pozostały bez wpływu. Moim nogom znów muszę dać odpocząć i znów walczę z katarem i kaszlem, które MUSZĄ zniknąć przed weekendem.



poniedziałek, 30 marca 2015

10. Półmaraton Warszawski

10. Półmaraton Warszawski
Jeszcze rano w środę przed Półmaratonem czytałam w przedszkolu w grupie dziecka nr 3 bajki.
A wieczorem byłam w stanie mówić tylko szeptem.
No ładny klops! Za parę dni zawody, na nowej, wymuszonej przez spalony Most Łazienkowski, trasie, o której wszyscy mówią, że "szybka", że "ładna", że"trasa na życiówki". A ja się właśnie rozkładam...
Czyżby jednak nie dane mi było brać udziału dwa razy w tej samej imprezie?
W zeszłym roku z udziału wyeliminował mnie nieszczęsny patyk wbity tuż przy ścięgnie Achillesa. A w tym? Czyżby jakieś wredne choróbsko?
Postanowiłam tak łatwo się nie poddać. Szczęśliwie ogólnie czułam się dobrze: nie miałam gorączki, nic mnie nie łamało. Tylko ta chrypa i uczucie kluchy w gardle.
Siedziałam grzecznie w domu - miód, cytryna, imbir, tabletki na gardło poszły w ruch. I patrzyłam co z tego wyjdzie.
Organizm postanowił jednak nie poddać się chorobie - i w niedzielę rano pojawiłam się na starcie. Co prawda z głosem jak po trzydniowej libacji ;), no ale byłam!
Z jakim nastawieniem? No właśnie...
Dzień wcześniej spotkałam się na pasta party z Smashing Pąpkinsami. Ewa (moja rzeźnicka partnerka) zaczęła się mnie wypytywać na ile biegnę. Jak zwykle nie miałam pojęcia. No, może większe bym miała, gdyby choróbsko nie pomieszało mi trochę szyków. A teraz nie wiedziałam, jak mój organizm zachowa się w trakcie. Chrypa trochę odpuściła na rzecz kaszlu. A ja wiem czy w trakcie nie okaże się, że jednak jestem słaba i generalnie powinnam w domu siedzieć a nie ładować się na półmaraton?
W sam środek moich dylematów podszedł Krasus, zapisujący nasze deklaracje czasowe. Mój czas zadeklarowała za mnie Ewa. Czas lepszy od mojej aktualnej życiówki. Zamknęłam oczy i przytaknęłam. W sumie...Jak spadać - to z wysokiego konia!

Park Saski opanowali biegacze
Jeszcze wspólna fota - i do boju!


W niedzielny ranek pożegnałam się z mężem w okolicach depozytów (małżonek po różnych wahnięciach, czy walczyć o życiówkę czy asekuracyjnie pobiec ze mną, ostatecznie postanowił zawalczyć o życiówkę) i pobiegłam szukać Pąpkinsów z Ewą i Hanią, z którymi miałam biec.
Ustawiłyśmy się kawałek za zającami na 1:40.
Start. Tłok jest taki, że o zakładanym tempie możemy na razie zapomnieć. Może gdyby każdy stanął rzeczywiście w swojej strefie czasowej, a z tym mam wrażenie jest różnie. Efekt jest taki, że wolniejsi biegacze przeszkadzają tym szybszym.

Mam już pewne porównanie jak to wygląda na biegach w innych krajach - i tam często start jest odgrodzony barierkami i do poszczególnych stref  czasowych wchodzi się się przez bramki, przy których wolontariusze pilnują czy oznaczenie na numerze startowym zgadza się ze strefą do której usiłuje się wejść.

W każdym razie zamieszanie i spowolnienie na pierwszych kilometrach było takie, że minęłyśmy zająców na 1:40!
Chciałam tym razem lepiej się przygotować do strategii. Skoro już dzień wcześniej wiedziałam jakim pi razy drzwi chciałam tempem pobiec (a jak wiecie potrafię  się nad tym po raz pierwszy zastanawiać stojąc już na starcie :), to przestawiłam sobie zegarek, żeby pokazywał mi również średnie tempo. Znaczy myślałam, że przestawiłam, bo zaraz po ruszeniu zorientowałam się, że zegarek, owszem pokazuje mi. Ale nie tempo w minutach na kilometr, tylko prędkość w kilometrach na godzinę :)
Tak, tak - wiem- wiele osób nie widziałoby w tym żadnego problemu i by z miejsca sobie przeliczyło. Ale ja jestem ewenement. Jedyne co umiem liczyć w trakcie biegu to ile kilometrów zostało mi do mety :)) Tak więc zostałam pozbawiona wskazań nawet tempa chwilowego. Po pełnym kilometrze dopiero mogłam modyfikować swoje tempo - bo wtedy zegarek pokazywał mi dane.
Ewa obok mnie też jakoś nerwowo dopytywała się o to średnie tempo. Potem okazało się, że zapomniała wyzerować zegarka po rozgrzewce i u niej wskazania były przekłamane przez trucht przed biegiem :)
Po wbiegnięciu na szeroką Jana Pawła zrobiło się luźniej i zaczęłyśmy biec w tempie, w którym chciałyśmy, a nawet wychodziło ciut szybciej.
Kilometry mijały, słonko świeciło, kibice dopingowali, a ja szczęśliwie nie umierałam. Pomyślałam, że to rzeczywiście ma szansę skończyć się wynikiem w okolicach życiówki.
Gdzieś między 13 a 15 km zniknęła mi Ewa. Porozglądałam się dookoła, ale stwierdziłam, że skoro mój organizm na razie nie szwankuje - to lecę dalej.
Zbieg Trasą Łazienkowską pozwolił na urwanie paru sekund. Biegniemy wzdłuż Wisły. Tunel. Wiem, że wiele osób wspomina go niezbyt miło - ale mnie się podobało. Ciemność. Stukot butów. Zniekształcone przez echo głosy. I tablice świetlne,z których najfajniejsza była ostatnia: "biegnij w stronę światła :)
W nogach zaczynam czuć kilometry. 17 kilometr i jak pociąg pospieszny wyprzedza mnie grupa biegnąca na 1:40. Zupełnie zapomniałam, że na samym początku ich wyprzedziłam. Dziwi mnie trochę tempo w jakim biegną. Mam wrażenie, że usiłują nadrobić  mega straty czasowe.
Usiłuję się mentalnie przygotować do podbiegu, który za moment się zacznie - ale rzeczywistość mnie przygniata z lekka :) Usiłuję tłumaczyć swojej głowie, że ten podbieg nie jest taki stromy, że Moczydło gorsze, że zaraz się wypłaszczy, ale jest ciężko. Zerkam w bok i widzę faceta, który podbiega dziwnie złamany w pół. Dociera do mnie, że muszę wyglądać podobnie :)
Za- raz bę-dzie pła-sko, za- raz bę- dzie ko- niec - gadam do siebie w rytm kroków. Taaak rzeczywiście robi się płaściej. Ledwo złapałam oddech po podbiegu, a zaczął się odcinek z kostką brukową. Nie cierpię kostki - biega się po czymś takim fatalnie. Staram się odpędzić od niej myśli i skupić się na tym, że już nie jest pod górkę. Kolejny zakręt i kolejny. Miodowa, Krakowskie Przedmieście. Tłum ludzi, krzyczą, klaszczą. Wiem, że to już końcówka. Znów mam wrażenie, że ledwo się ruszam ( i znów się okazało, że to był mój najszybszy kilometr). Wreszcie widzę flagi reklamowe zwiastujące bliskość mety i samą metę.
01:41:31. Nawet nie mam siły się cieszyć, że udało się poprawić swój czas z Gran Canarii o ponad minutę. Jestem zbyt zajęta kasłaniem :)

Różowe skarpety to ja. Ciasno miałam na mecie :)

zdjęcia oczywiście z portalu www.maratonypolskie.pl


Znajduję męża, który czeka na mnie kawałek dalej. Nie mogę wykrztusić ani słowa - dalej zanoszę się kaszlem. Pokazuję tylko zegarek z czasem. Tibor niestety bez życiówki - ale cel wyśrubował sobie bardzo wysoko.
"Cóż, przynajmniej łatwo Cię będzie znaleźć w tłumie" - kwituje mąż wsłuchując się dalej w moje rzężenie:)
Czekamy na Ewę, która chwilkę później wpada na metę, również z życiówką.



W dalszym ciągu nie mogę się przyzwyczaić, że jestem w stanie przebiec ponad 20 km w tempie poniżej 5 min/kilometr. Owszem, biegam więcej niż w zeszłym roku, ale w dalszym ciągu mój miesięczny kilometraż w porównaniu z wieloma osobami jest mizerny.
Myślę, że pomogły mi cotygodniowe sesyjki na Polach Mokotowskich z Magdą Jaskółką i Piotrkiem Tartanusem- czyli trenerami Power Training (tak, robię im zupełnie bezinteresownie reklamę:)). Tabata - mam wrażenie, że ta cholerna biegowa tabata, podczas, której człowiek wypluwa sobie płuca, a którą bezlitośnie M&P fundują trening w trening uczestnikom - jednak pomaga :) O, tu można sobie poczytać co to jest: KLIK.

Podsumowanie? No cieszę, się jak głupia :) Nie wiedziałam co mi z tego wyjdzie,czy w ogóle uda się wystartować, nie wiedziałam co będzie po drodze. A wyszło dobrze. Nawet, gdyby wyszło trochę gorzej - też bym się cieszyła.




poniedziałek, 16 marca 2015

UTW

UTW
W trakcie zeszłotygodniowego wybiegania z moją rzeźnicką partnerką, Avą, ta zaczęła mi opowiadać o pomyśle, który zaświtał jej w głowie. 
Pomysł został zainspirowany Koroną Warszawy. Obiec Warszawę zaliczając pięć "szczytów": Kopę Cwila, Górkę Szczęśliwicką, Górkę Moczydłowską, Gnojną Górę i Kopiec Powstania Warszawskiego. Dystans - około 34 kilometrów. Kawał porządnego wybiegania.
Projekt przybrał nazwę Ultra Trejl de Warsowi.
W niedzielę o 9 rano u stóp Kopca Powstania Warszawskiego pojawiło się aż 17 osób. Część z nich planowało przebiec cały dystans, część osób zdecydowało się na fragment trasy.



1. Kopa Cwila

Ruszyliśmy w kierunku Ursynowa. Od razu zawiało "przygodą", bo na dzień dobry przedzieraliśmy się wzdłuż jakiś nieużytków i krzaczorów. Potem dobiegliśmy do ulicy i skierowaliśmy się w kierunku Dolinki Służewieckiej. 

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl


Podczas przelotu przez Dolinkę, mało brakowało, a jeden z kolegów przy próbie zrobienia zdjęcia, by zaliczył kąpiel w Potoku Służewieckim. Życie fotografa wymaga poświęceń :) 
Ósmy kilometr - przed nami wyrasta Kopa Cwila. Część panów podbiega z okrzykami "zupełnie jak na Caryńskiej!". Panowie mają za sobą Rzeźnika. Oceniam wzniesienie. Gul. Łatwo na Rzeźniku to nie będzie, oj nie będzie. Podbiegam i ja. Na górze tradycyjne pąpkinsowe pompki, szybkie fotki, parę łyków wody i lecimy dalej, bo wieje niemiłosiernie.



2. Górka Szczęśliwicka

Przecinamy ulicę Puławską i lecimy w kierunku części miasta zwanej Służewcem przemysłowym. Co to oznacza? Oznacza niestety pewien błąd w planowaniu urbanistycznym. Całe kwartały ulic zabudowane biurowcami, ani jednego bloku mieszkalnego. W weekend oznacza to bieg przez totalnie wymarłe ulice. Ani jednego samochodu, ani jednego człowieka. Nie musimy nawet zbiegać na chodnik - biegniemy środkiem ulicy. A dookoła szkło, beton. I cisza. 

Ulica Marynarska. Za moment wlecimy w świat biurowców.
fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow www.biegajsercem.blogspot.com


Znowu zaliczamy prawdziwy city trail. Osoby znające lepiej tą cześć miasta prowadzą między blokami, garażami. W końcu lecimy ścieżką wzdłuż torów kolejowych.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl

Ulica Grójecka i między blokami wbiegamy na teren parku. Przed nami cel nr 2. 
My, w przeciwieństwie do Korony Warszawy nie mamy pozwoleń na zdobycie Górki Szczęśliwickiej od strony wyciągu narciarskiego (dla osób mniej zorientowanych w topografii Warszawy: tak, tak - w środku miasta działa wyciąg narciarski:). Zadowalamy się wariantem bocznym. 16 kilometrów za nami.

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
www.biegajsercem.blogspot.com



3. Górka Moczydło


Zbiegamy. Znów między blokami wydostajemy się  w okolice Dworca Zachodniego. Wydawało mi się, że te okolice jako tako znam - ale tylko mi się wydaje:) Znów koledzy prowadzą opłotkami, z dala od ruchliwej Alei Prymasa Tysiąclecia. To naprawdę Warszawa?

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl
Wylatujemy na Park Szymańskiego. To już rzut beretem od Moczydła. Jestem całkiem blisko domu, jakieś 3 kilometry. Ale to jeszcze nie czas na dom. Za nami niecałe 22 kilometry. 
Wreszcie Górka. Dobrze mi znana. Najpierw długo pod górkę. Nie strasznie stromo, ale łagodnie też nie. Gdy mięśnie zaczynają boleć, wypłaszcza się. Ale zanim człowiek odetchnie, wypłaszczenie się kończy i zaczyna się stromizna. Na szczyt wlatuje się na miękkich nogach. Na szczęście widok wynagradza wszytko.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl




4. Gnojna Góra

Kierunek: Stare Miasto. Gnojna Góra to tak naprawdę skarpa u stóp Starówki. Swoją nazwę zawdzięcza śmieciom, z których została usypana przez osiemnastowiecznych mieszkańców. 
Ta część naszego biegu jest wybitnie miejska. biegniemy środkiem miasta, co i rusz zatrzymują nas światła. Wreszcie widać kolorowe kamienice i nasz cel. Może to i tylko skarpa, może niezbyt długa - ale podbieg masywny. Zaciskam zęby i starając się nie zwracać na moje pojękujące łydki, staram się robić coś, co od biedy można nazwać biegiem.

fot. Jakub Abramczuk 100hrmax.pl




5. Kopiec Powstania Warszawskiego

Dwadzieścia osiem kilometrów za nami. Daje się odczuć zmęczenie. Dodatkowo biegniemy wzdłuż Wisły - swoje dokłada wiatr. 

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
www.biegajserce.blogspot.com

Wisła to mosty, między innymi spalony Most Łazienkowski. Zadzieram głowę i szukam tej osławionej drewnianej technicznej kładki i...mocno się dziwię. Kładka kojarzy mi się z czymś wąskim. A tu okazuje się że drewniane dechy idą praktycznie przez całą szerokość mostu. No ładna mi "kładka"... Przestaję się dziwić, że pożar poczynił takie szkody. 
Innym uczestnikom dystans też daje się we znaki. Grupa zaczyna się rozciągać. Przestajemy tak bardzo pilnować trzymania się razem. To końcówka, każdy biegnie w swoim tempie. 
Już ulica Czerniakowska. Już skręt w Bartycką. Chwila odpoczynku w oczekiwaniu na resztę grupy. Jeszcze matka - organizatorka wyciąga z auta jakieś tajemnicze pudełko - i ruszamy dobić się na ostatnim podbiegu. 
Na szczyt wiodą schodki. Strasznie niewygodne do wbiegania. Na stawianie kroków co schodek są za niskie. Na bieganie co dwa - stopnie są za długie. W końcu wybieram metodę mieszaną: jedna noga wbiega na raz, druga na dwa. Potem zmiana rytmu na drugą nogę. Mięśnie palą. Heloł, właścicielko! Pracowałyśmy przez blisko 34 kilometry, może już wystarczy?
Koniec. Ava otwiera pudełko, w którym leżą równiutko poukładane piernikowe medale :)



Ha! No powiedzcie - czyż to nie najlepszy medal świata?
Ostatnie pamiątkowe fotki, obowiązkowe pompki, na szybko wymieniane wrażenia, uściski. Endorfiny budzą się do życia. Z bananami na twarzy schodzimy w dół.

Dziękuję wszystkim z którymi biegłam. Dzięki Ewa za świetny pomysł. Bieganie w mieście nie musi być nudne. To był fantastyczny dzień.


fot. Krasus
www.biecdalej.pl

fot. Mikołaj Kowalski- Barysznikow
ww.biegajsercem.blogspot.com






Pozostałe relacje:




sobota, 14 marca 2015

Buty

Buty
To będzie mój drugi wpis o butach. Pierwszy popełniłam dwa lata temu przy okazji zakupu pierwszych butów w Prawdziwym Sklepie Dla Biegaczy. Było przejęcie i trochę śmiechu. I było przejście, w moim przekonaniu, na "złą stronę mocy". Bo wcześniej trochę po cichu podśmiewałam się z tych wszystkich analiz butowych, ważenia i zastanawiania się, które buty lepsze na konkretny bieg. O matko. Buty to buty. Zakłada się i się biegnie.
Sama biegałam na zmianę w jakiś  adidasach, w których jednocześnie chodziłam na co dzień i decathlonowych butach.
Kupno pierwszych profesjonalnie dobranych "kapci" budziło we mnie trochę mieszane uczucia. Zdradziłam ideały :)- nie jestem ponad te pogadanki sprzętowe. Z drugiej strony nowe buty pokochałam miłością wielką.
W dalszym ciągu jednak uznawałam, że jedna para wystarczy. Drugie sobie sprawię jak te pierwsze rozlecą mi się na nogach, myślałam.
Co zostało z moich ideałów po dwóch latach?
Ano to:




Podać chusteczki do wytarcia monitora?

Wiecie co jest najlepsze (albo najgorsze)? Że każdy z tych zakupów jestem w stanie bardzo racjonalnie i przekonująco uzasadnić :))
Przez te dwa lata jedna para butów niepostrzeżenie zamieniła się w sześć. Każda do czego innego.
I ja je rzeczywiście wszystkie zakładam. No, nie na raz, oczywiście :) Inne założę na truchtanie po chodnikach, inne do lasu. Inne na zawody krótsze, a inne na maraton. Na zdjęciu w rękach trzymam najnowszy nabytek, na Rzeźnika.
I nie wiem czy rzeczywiście potrzebuję tych wszystkich butów, czy sama trochę kreuję potrzeby.
Z drugiej strony są panie, które mają po kilka par szpilek.
Ale skoro w szafie nie mam ani jednej pary szpilek - to może bilans wychodzi na zero?

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger