niedziela, 3 kwietnia 2016

Lizbona

Lizbona
Postanowiłam sprężyć się z wpisem o Lizbonie, bo za chwilę net zaleje fala relacji z Półmaratonu Warszawskiego i nikt mnie nie będzie chciał czytać ;)

Półmaraton został zaklepany dość dawno. W Portugalii nas jeszcze nie było; słyszeliśmy dużo dobrego o Lizbonie, więc postanowiliśmy połączyć przyjemne z przyjemnym czyli półmaraton ze zwiedzaniem. Wyjazd miał być krótki, bo tylko trzydniowy.
Gdy okazało się, że jestem w ciąży, było trochę zastanawiania się czy lecieć. Tym bardziej, że przez moment prognozy pogody były dość zniechęcające: miało przez cały czas lać.
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wyjazd, z tym, że ja, oczywiście, cały bieg zamierzałam potraktować totalnie lajtowo: powolne truchtanie, przechodzenie do marszu i robienie zdjęć w trakcie.

W Lizbonie pojawiliśmy się o pierwszej w nocy czasu lokalnego. Wyjazd był planowany dawno temu i pierwotnie ze względów oszczędnościowych chcieliśmy do rana przekimać po prostu na lotnisku a hotel zabukować tylko na dwie noce. Po pierwsze okoliczności się trochę zmieniły ;), a po drugie lizbońskie lotnisko jest wybitnie mało przytulne - a parę razy miałam okazję na różnych europejskich lotniskach spać. Tibor to samo pomyślał - bo bez specjalnego namawiania wyciągnął telefon i zaczął załatwiać z hotelem dodatkowy nocleg.

Następny dzień spędziliśmy na łażeniu po mieście i przemieszczaniu się ku miejscu odbioru pakietów.
To ostatnie poszło dość sprawnie. Numery startowe były niestety bezimienne. Szkoda - bo zawsze po imionach można później w tłumie wyhaczyć rodaków. Dostaliśmy również po koszulce adidasa. Mam nadzieję, że kiedyś zdołam się w nią wcisnąć - bo zdążyłam już zaokrąglić się tu i ówdzie i chwilowo średnio się w nią mieszczę :)

Wieczorem zaczęliśmy układać plan działania na start. Zaczęliśmy od zerknięcia jak układają się strefy startowe - i tu pierwsze zdziwienie. Nie ma żadnych stref startowych. Żadnych zajęcy prowadzących na określone czasy w związku z tym również. Tu Tibor trochę się stropił, bo jednak chciał spróbować powalczyć o jakiś dobry czas, a wizja przeciskania się przez tłum wolniejszych biegaczy trochę mu plany psuła.
Drugie zdziwienie przeżyliśmy po odkryciu, że organizatorzy nie przewidzieli żadnych depozytów. No niby nie byliśmy w środku zimy, ale wczesną wiosną nawet w Lizbonie ranki są dość rześkie.
Dokładne przyjrzenie się mapce trasy pozwoliło odkryć przyczynę: start był hektar drogi od mety. I tym samym wyjaśniła się następna zagadka: dlaczego elita ma trochę inną trasę niż reszta. Najprawdopodobniej trasa w Lizbonie nie ma atestu - właśnie ze względu na odległość startu od mety. Więc, żeby przyciągnąć szybkich biegaczy, dla nich start zrobiono w innym miejscu.
Trochę to, powiem, nieładne jest. Jeśli komuś zależy na wszelkich formalnościach - może się zdziwić. Z drugiej strony elita omija najładniejszą część trasy, moim zdaniem - czyli bieg Mostem 25 Kwietnia. Bo reszta trasy to już latanie w te i nazad po jednej, nadbrzeżnej ulicy.


Czekamy na pociąg, który miał nas zawieźć w pobliże startu

Podążamy za ludźmi w kierunku startu

A ludzie podążają za nami :)

Jesteśmy!

I pozostałe 50 tysięcy osób również...

Na tym ostatnim zdjęciu co wprawniejsze oko domyśli się gdzie Portugalczycy wymyślili start. Tak, to bramki na autostradę. Tuż za mostem miała ona swój początek. W sumie miejsce idealne, żeby pomieścić taki tłum.

Start jakoś tak nas zaskoczył. Po prostu nagle spostrzegliśmy, że ludzie ruszyli - więc ruszyliśmy i my. Małżonek prawie od razu zniknął mi z oczu - jednak chciał spróbować wykręcić jak najlepszy czas. A ja....a ja nic nie musiałam :) Truchtałam sobie niespiesznie, z boczku, starając się nie przeszkadzać innym biegaczom, gdy zwalniałam, czy wręcz zatrzymywałam się, żeby porobić fotki. Z mostu był widok na całe miasto poniżej.



Ja jeszcze na moście, a dołem już płynie rzeka biegaczy


Tak jak już pisałam - to była najładniejsza część biegu. Potem zlatywało się na dół - najpierw ulicą w jedną stronę, nawrotka, potem w drugą stronę - druga nawrotka - i skręt do mety.
Z jednej strony z tej Lizbony nie widzi się praktycznie nic. Z drugiej należy pamiętać, że to miasto do płaskich zdecydowanie nie należy, oj nie. Myślę,że gdyby przeprowadzić bieg przez środek, orgowie spokojnie mogliby powalczyć o przyznanie punktów kwalifikacyjnych do UTMB ;)

Więc tak sobie truchtałam niespiesznie, od czasu do czasu zerkając na zegarek, żeby pilnować tętna, cykałam fotki jak się dało i... od pewnego momentu nudziłam się jak mops :)





Trasa na koniec wyprowadzała na przedmieścia

Nie wiem co za czas pokazywał ten zegar - ale to na pewno nie był czas od momentu startu. W tym momencie na trasie byłam już blisko dwie godziny

Jeszcze dopóki zajęta byłam wypatrywaniem Tibora, jakoś nudy nie odczuwałam. Ale gdy już się minęliśmy, ostatnie pięć kilometrów zaczęło mi się dłużyć jak nigdy. Na ostatnich 3 kilometrach już nie wytrzymałam i łamiąc wszelkie zasady trzymania odpowiedniego poziomu tętna w ciąży, przyspieszyłam, żeby szybciej znaleźć się na mecie.


Na trasie byłam 2 godziny i 2 minuty z haczykiem



Z Tiborem na szczęście szybko się znaleźliśmy (biedaczek - trochę się na mnie naczekał, 20 minut). I stanęliśmy do upiornie długiej kolejki po lody:) Tak, tak - na mecie rozdawali lody :)
A potem szybko zwialiśmy z okolicy. Niby meta była usytuowana blisko jednej z atrakcji turystycznych, dzielnicy Belém. Ale jak do tłumu turystów doda się te kilkadziesiąt tysięcy biegaczy - to człowiek miał ochotę prysnąć jak najszybciej się da, co okazało się nie takie proste

Kolejka po lody




Niby od razy złapaliśmy pasujący nam tramwaj, ale okazało się, że ten akurat miał jakąś skróconą trasę i parę przystanków dalej musieliśmy go opuścić. Długo nic nie nadjeżdżało, więc po prostu ruszyliśmy na piechotę, od czasu do czasu szczękając zębami. Co prawda pierwotne prognozy pogody nie sprawdziły się - ale nad Lizbonę od czasu do czasu nadciągały chmurzyska i przelatywał taki "showerek". Temperatura wtedy od razu przestawała być przyjemna.

Następny dzień to było znów włóczenie się po mieście, a potem powrót do domu.

Jak mogę to wszystko podsumować. Cóż - to nie jest najładniejszy bieg. Dla samego półmaratonu nie warto się tam pchać moim zdaniem. Chyba, że ktoś ma w planach dłuższy pobyt w Portugalii - to czemu nie.
Sama Lizbona również mnie nie urzekła (o, wiem, że są osoby, które zaraz mnie zlinczują ;). Nie zrozumcie mnie źle. Wiele rzeczy było malowniczych, ładnych. Ale tak ogólnie to dość zaniedbane miasto. Szczególnie powala ilość pustostanów, czasami było to kilka kamienic pod rząd, również w centrum. Robiło to dość przygnębiające wrażenie.
Na pewno komiczne są tramwaje. Czasami człowiek nie mógł uwierzyć, że toto jest w stanie podjechać pod te wszystkie górki i podjazdy Same tory też są kładzione z ułańską fantazją.
Dwa lata temu biegliśmy półmaraton w Barcelonie. Po tym pobycie stwierdziłam - i dalej swoje zdanie podtrzymuję - że chciałabym kiedyś w tym mieście pobiec maraton. Tak, Barcelona mnie urzekła zdecydowanie- o Lizbonie tego nie mogę powiedzieć.
Ale chciałabym kiedyś poznać lepiej Portugalię kontynentalną.

A na koniec kilka zdjęć. Pewnie nie będzie po nich widać dlaczego kręcę nosem na to miasto :) Ale ja zawsze staram się robić zdjęcia rzeczom, które mi się podobają.














poniedziałek, 28 marca 2016

Będzie, będzie się działo

Będzie, będzie się działo
Tu powinien znajdować się wpis z Lizbony, ale jeszcze nie powstał ;) Postanowiłam więc napisać co się działo od ostatniego mojego startu w Gorcach, a działo się sporo.
Przede wszystkim przez mieszkanie przetaczał się remont przez duże R. Jak duże - niech świadczy ta jedna fotka



Tak, tak przez moment wyglądała część naszego lokum :) Pył, syf, kurz, brak łazienek, latanie po marketach budowlanych, rozwiązywanie bieżących problemów wyskakujących w miarę postępów demol...yyyy... remontu ;)
W tym wszystkim jakoś usiłowałam ogarnąć bieganie - bo rok był zaplanowany dość ambitnie, usiłowałam ogarnąć operację dziecka nr 1 (niestety jego problemy z uchem są tego typu, że wymagają położenia się na stole operacyjnym raz na jakiś czas) i usiłowałam zbagatelizować pewną kwestię, która siedziała mi od jakiegoś czasu z tyłu głowy.
Ignorowanie niestety nie pomogło, a gdy okazało się, że ta kwestia zaczyna nurtować również mojego męża, trzeba było tematowi stawić czoło.
Udałam się do właściwego sklepu po właściwy zakup, a pół godziny później moje, nasze, życie fiknęło koziołka i stanęło na głowie.
W jednej chwili z dziewczyny trenującej do trzech biegów ultra, do dwóch maratonów i półmaratonów, stałam się dziewczyną....nie muszącą już nic.
W jednej chwili okazało się, że nie będzie 85 kilometrów ma Maderze, nie będzie Skyrace w Tromso, nie będzie hasania po Górach Stołowych. Nie będzie próby łamania 1:40 na półmaratonie i 3:30 na maratonie (ha - tak, ja Pani Improwizacja postanowiłam przekornie w tym roku ustalić sobie jakieś założenia czasowe). I paru innych rzeczy też nie będzie.
Jednym słowem w przededniu startu w Icebugu zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski.


Galopada myśli była straszna. Matko! Czwarte dziecko! Ale jak to!? Jak sobie damy radę? Jak to ogarniemy? Moje bieganie! Wszystkie starty opłacone....Bilety lotnicze również kupione... Tydzień wcześniej zapisywaliśmy się na bieg w Tromso... Będę wtedy w 30 tygodniu ciąży.
Znowu pieluchy i wózek? W dodatku na trzecim piętrze bez windy? Panic mode, panic mode totalny.

W Icebugu pobiegłam ale już nie byłam w stanie dać z siebie wszystkiego. Świadomość ciąży, choć dość wczesnej, zrobiła już swoje. Na zbiegach ze strachu przed wywrotką biegłam z zaciągniętym lekko hamulcem.

Po powrocie do Warszawy złapał mnie dół. Ten niekończący się remont, z ekipą kręcącą się przez 12 godzin, ta pogoda za oknem - obrzydliwe zimne przedwiośnie i jeszcze wiadomość o ciąży. Świadomość,że już nic nie muszę podziałała na mnie demotywująco. Po co mam wyjść biegać? Po co męczyć się w tym przenikającym wietrze? Po co wracać spoconą do mieszkania, w którym w jednej chwili wszystko oblepi pył? Jednym słowem obraziłam się na cały świat, na pogodę, na kurz remontowy, na mój brzuch, na wszystko. I trawiłam :)
A potem nadszedł taki dzień, gdy przestałam być panią własnego ciała. I ciało robiło ze mną co chciało. Głównie spało :) I nawet jak mentalnie miałam ochotę iść potruchtać, często fizycznie nie byłam w stanie. A jak już wyszłam, to okazało się, że to już jest zupełnie inne bieganie. Że to tętno rzeczywiście w ciąży rośnie i dostawałam zadyszki przy tempie, które normalnie byłoby dla mnie rozgrzewkowe. Że nie jestem w stanie biec nie wiadomo ilu kilometrów, bo muszę o wiele częściej korzystać z toalety. Wiecie - to niby czwarta ciąża, niby przez to wszystko już parokrotnie przechodziłam. Ale nigdy wcześniej nie biegałam. Wiele rzeczy mnie zaskakuje.

Teraz już wiadomo czemu w Lizbonie czas z którym przybiegnę nie był dla mnie ważny :) To był zresztą ostatni taki długi bieg w jakim wzięłam w tym roku udział. Maratony odpadają, biegi ultra również.
Teoretycznie mogłabym się pojawić na Półmaratonie Warszawskim, ale w tym celu z drugiego końca Polski musiałaby na gwałt jechać teściowa, żeby zaopiekować się chłopakami. Szkoda mi ją fatygować, skracać jej pobyt na zawodach nordic walking, po to, żebym mogła  niemalże przespacerować się przez 21 kilometrów.
Na Maderę lecimy (opłacony wyjazd) - ale chcemy poprosić orgów o zamianę dystansu z 85 na 16 km. Ja z kijkami i mąż w ramach supportu ciężarówki.

Minęły już prawie trzy miesiące dwupaku, już mi lepiej;) Remont się skończył, za oknami słonko i bardziej przyjazne temperatury. Dalej się oswajam z informacją, że zostanę po raz kolejny mamą - ale już wiele rzeczy sobie w głowie poukładałam i jakoś bardziej pozytywnie patrzę w przyszłość.

Poprzedni rok był dla mnie biegowo bardzo udany. Ale nie oszukujmy się - było to okupione wieloma godzinami treningu. Treningu, który zdarzało się - przyznaję - czasami odbywał się kosztem dzieci.
Nie da się ukryć, że stawanie na podium, czy przybieganie tuż za czołówką kobiet na biegach górskich, duatlonach czy imprezach AR jest przyjemne. Jest bardzo przyjemne. I człowiek chciałby ten stan utrzymać. Trenować dłużej, startować więcej. To wciąga.
Pytanie czy na dłuższą metę to by się jednak nie odbiło na rodzinie. Więc może to dobrze, że życie ułożyło się tak jak się ułożyło i zmusiło mnie do zwolnienia, przejścia do marszu i złapania trochę oddechu i dystansu.
Matka będzie dalej biegać, choć na pewno to bieganie będzie inne niż do tej pory.
A na razie życzcie mi spokojnej ciąży. Byle do października :)



środa, 24 lutego 2016

Przedwiośnie

Przedwiośnie
To taki niewdzięczny okres. To czas gdy człowiek rzyga już zimą i krótkimi dniami. To czas, gdy zaczynamy z rozmarzeniem przeglądać zdjęcia z ubiegłorocznych wakacji. To czas, gdy człowiek dusi w sobie brzydkie słowa patrząc na termometr, który znów postanowił w najlepszym razie zatrzymać się na temperaturze niewiele przekraczającej zero. A jak skusi jakimiś wyższymi wartościami, to po wyjściu na zewnątrz okazuje się, że pizga złem.
To czas, gdy zdarza się, że aura pokusi przez jeden, dwa dni jakimś słonkiem i jakby ciepełkiem - a gdy człowiek już, już z nadzieją zaczyna zerkać ku bardziej wiosennym ciuchom - przywali chmurami, deszczem, śniegiem - często wszystkim na raz.
To czas, gdy na myśl o wyjściu na bieganie człowiekowi robi się gorzej i zaczyna myśleć o naprawie kranu cieknącego od pół roku.
Znacie to?
Końcówka lutego - i tradycyjnie mam serdecznie dosyć pogody, wiatru, deszczu, zimna. Dodatkowo stan głębokiej nienawiści do tego co za oknem, pogłębia u mnie toczący się remont w chałupie (pył leżący wszędzie, pokój zawalony po sufit pudłami i dziecko śpiące na materacu pod stołem w jadalni - takie klimaty). I choć wiem, że jeszcze troszeczkę, a będzie pięęęęknie - na razie mam burdel na kółkach, no :)
A jeszcze dodatkowo dołożyły się małe zawirowania w życiu rodzinnym, co będzie skutkować pewną modyfikacją moich różnych planów biegowych. Nie to, żebym była zaskoczona, że coś nie wychodzi. W sumie moje drugie imię to Improwizacja, nie? Więc...byle do wiosny!



dziś przed ekipą remontową śpiewającą disco polo zwiałam na Fort Bema :)

poniedziałek, 15 lutego 2016

Weekend w Gorcach i Pieninach

Weekend w Gorcach i Pieninach
Myśl o spróbowaniu swych sił w jakimś zimowym biegu górskim krążyła po mojej głowie już od jakiegoś czasu. Nawet krążyła dookoła konkretnego biegu - bo pierwotnie dumałam nad Półmaratonem Gór Stołowych. Niestety termin ni hu hu nam nie pasował. Po pierwsze była to sobota - więc małżonek musiałby brać dzień wolnego, żebyśmy zdążyli się przemieścić na miejsce. Po drugie był to weekend poprzedzający rozpoczęcie w naszym domu remontu przez duże R - a musieliśmy jeszcze opróżnić pokoje dla ekipy remontowej. Po trzecie - dzieci nr 1 i 2 wyruszały w tym czasie na zimowiska i rodzice byli niezbędni w celu spakowania, odstawienia do autokaru i pomachania na pożegnanie.
Z podobnego powodu odpadł Zimowy Maraton Bieszczadzki.
Dużo znajomych wybrało ZUK - Zimowy Ultramaraton Karkonoski - ale po pierwsze w tym terminie mieliśmy już zaklepany wyjazd na półmaraton do Lizbony, a po drugie - na debiut w zimowym biegu górskim wolałam coś krótszego i łatwiejszego.

I wtedy gdzieś na FB rzuciło mi się w oczy pytanie mojej rzeźnickiej partnerki, Ewy o Icebug-a.
Szybkie spojrzenie na stronę internetową organizatora. 21 kilometrów? W sam raz! 13 lutego - pasuje!
I tak z małżonkiem i Ewą znaleźliśmy się w Nowym Targu :)

Byłam bardzo ciekawa jaka będzie pogoda. Bo na hasło "zimowy bieg górski" - moja głowa produkowała obrazki pełne bieli, ośnieżonych drzew. A tu impreza w Górach Stołowych odbyła się na przykład przy iście wiosennej aurze.
Gorce jednak dopisały -  na niecała dobę przed biegiem organizator w technicznym mailu straszył nawet złymi warunkami i śniegiem po kolana na części trasy (nawet jeśli gdzieś były takie fragmenty to 144 osoby, które przybiegły przede mną, skutecznie ten śnieg udeptały :)






Równo o 10 wystartowaliśmy. Tłum straszny. Mąż jakoś sprytnie przecisnął się między ludźmi do przodu i tyle go widziałam :) Ewa też mi się gdzieś zawieruszyła wśród ludzi i nawet nie wiedziałam czy jest przede mną czy za mną.

Znajdź fioletowy kubraczek i rzeźnickiego letniego buffa :)

Pierwsze kilometry były dość tłoczne, potem - chyba coś koło 3 kilometra trasa półmaratonu z krótszą, na 11 kilometrów, rozjechała się i zrobiło się luźniej. Człowiek mógł też odetchnąć po pierwszym podejściu i przygotować się mentalnie na wdrapywanie się na Turbacz - bo zrobiło się z górki.
Zastanawiałam się jak będzie mi się biegło: nie miałam na butach żadnych nakładek z kolcami. Nie było strasznie - ale fakt, że na śnieżnobiałym, kłującym w oczy śniegu nie byłam w stanie wyłapać nierówności terenu i parę razy nogi mi zatańczyły, spowodował, że wszystkie zbiegi pokonałam na lekko zaciągniętym hamulcu.
Efekt był taki, że o ile na takim UMB wyprzedzano mnie na podejściach, a ja to odbijałam sobie na zbiegach - tu było na odwrót.  Cztery dziewczyny, które wyprzedziły mnie na zbiegach - dogoniłam pod górkę.
Samo podejście pod Turbacz zdziwiło mnie na plus. Spodziewałam się czegoś w rodzaju Caryńskiej czy Chryszczatej - a było o wiele łagodniej - co oczywiście nie oznacza, że przy schronisku na szczycie pojawiłam się lekka i rześka :)
Na Turbaczu, na 14 kilometrze usytuowany był punkt żywieniowy, spędziłam na nim chwilkę. Złapałam ćwiartkę pomarańczy, niemalże w locie popiłam izotonikiem - i już mnie nie było.
Następne kilometry to był niekończący się zbieg. Tak jak już pisałam - brak doświadczenia w zimowym terenie, strach przed podcięciem i glebą spowodował, że nie puściłam się w dół, na łeb na szyję. Nie dogoniłam żadnej dziewczyny, a sama zostałam wyprzedzona przez jedną zawodniczkę (swoją drogą wciągnęła mnie nosem po prostu :).
Przy samym końcu był mocno techniczny fragment: błoto pośniegowe wymieszane z luźnymi kamieniami.

Tuż przed samą metą, gdy zegarek wybzyczał dwudziesty kilometr, organizator przygotował prawdziwy sprawdzian charakteru. Już człowiek myślami był na mecie, już witał się z gąską -a tu jeszcze jeden podbieg. To właśnie tam za swoimi plecami zobaczyłam dziewczynę. Jęknęłam w duchu, że to niesprawiedliwe, że zostanę wyprzedzona na ostatnim kilometrze.Postanowiłam tanio skóry nie sprzedać i spiąć poślady. Zrobiłam to dość skutecznie, bo ku swojemu zdziwieniu - nie dogoniła mnie :)
Jeszcze tylko ostatnie metry w dół, wzdłuż stoku narciarskiego - i meta.
Tuż za nią czekał na mnie mąż, który bieg ukończył kwadrans przede mną. Poczekaliśmy jeszcze na Ewę, która parę minutek po mnie wbiegła na metę - i mogliśmy już wszyscy razem wymieniać wrażenia.
Trasę pokonałam w dwie godziny i trzydzieści trzy minuty z groszami. Dotarłam jako 145 osoba i 13 kobieta.

Wrażenia? Bardzo ładna trasa. Na tyle ładna, że raz zwolniłam po to, żeby wyciągnąć telefon i zrobić zdjęcie :)

zima w Gorcach

Podejścia męczące - ale nie mordercze. Zbieg z Turbacza - bajka!
Jeśli ktoś chce, podobnie jak ja, zadebiutować w zimowym biegu w górach - Icebug Winter Trail serdecznie polecam. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach na pokonanie półmaratonu, alternatywą jest 11,5 kilometrowa trasa. Dla miłośników biegów na orientację - jest jeszcze wersja z mapą.


Ale to nie był koniec atrakcji biegowych na ten weekend. Wymyśliliśmy sobie, że w niedzielę potruchtamy po okolicy. Wersji, gdzie dokładnie, było kilka. Ostatecznie stanęło na okolicach Niedzicy i Czorsztyna.

Zaczęliśmy przy tamie i zagłębiliśmy się w las. Co prawda na żadnej mapce nie wyhaczyliśmy żadnego szlaku czy wyraźnie zaznaczonej ścieżki, ale uznaliśmy, że coś musi być i na pewno da się pobiec wzdłuż zbiornika.
Nie dało się.


krótki atak głupawki :)

Im bardziej Tibor zaglądał, tym bardziej drogi nie było...


Ale, że co? Że mamy wrócić z powrotem i do Czorsztyna pobiec po prostu szosą? Wybraliśmy wariant ciekawszy, pytając się jeszcze Ewę czy wie jak nazywa się nasz team, gdy startujemy w rajdach przygodowych :)

Było ciekawie i bardzo malowniczo. To chyba po tym fragmencie Ewa ochrzciła nas jako KAT: Kochaniak Adventure Team. Muszę przyznać, że nazwa jest równie dobra jak nasze No Risk- No Fun :)





Udało nam się dotrzeć do szosy powyżej i gdy już się wydawało, że do samego Czorsztyna będziemy uklepywać asfalt, mój mąż odwrócił głowę do tyłu i krzyknął z zachwytu.
Za nami w całej okazałości majaczyły się Tatry.
Ten widok spowodował, że zgodnie zrobiliśmy w tył zwrot i wróciliśmy do wydeptanej ścieżki idącej polem, którą chwilkę przedtem minęliśmy. Ścieżka okazała się być szlakiem turystycznym prowadzącym ku zamkowi z dala od szosy. Dzięki temu wariantowi Tatrzory mieliśmy cały czas z boku i mogliśmy się nimi delektować do woli.




W Czorsztynie zrobiliśmy krótką przerwę. Odmówiłam z Ewą zbiegu do zamku. Nasze nogi były bardzo daleko od świeżości, czekało nas jeszcze ładnych parę kilometrów do auta i wcale, ale to wcale nie uśmiechało nam się podchodzić czy podbiegać drogi z zamku z powrotem. Za to mój mąż nie zrezygnował (chyba ktoś się obijał na Icebug-u, skoro następnego dnia nosiło go w każdą stronę :P)
Powrót był już asfaltem - na szczęście prawie cały czas w dół. Ostatecznie zrobiliśmy osiemnaście kilometrów z groszami.





To był bardzo fajny weekend. Ale o ile po zawodach bolały mnie odrobinę z boku uda, tak po tym drugim dniu, boli mnie już wszystko: czwórki, dwójki, łydy.

Ale wiecie co? Za takie widoki , może mnie boleć!


piątek, 5 lutego 2016

Kobieca strona mocy - recenzja

Kobieca strona mocy - recenzja
Gdy zaproponowano mi zrecenzowanie książki Ani Pawłowskiej-Pojawy, chętnie się zgodziłam. Niewątpliwie wpływ na moją decyzję ma fakt, że Ania jest mi znana osobiście i byłam ciekawa jak książka ma się do stylu prowadzonego przez autorkę biegowego bloga.
I tak do moich rąk trafiła pozycja "Bieganie kobieca strona mocy" wydana przez Samo Sedno.





Od razu się zdziwiłam, gdyż nastawiłam się na wspomnienia, perypetie i potyczki biegowe Ani. A tu niespodzianka. To poradnik. Wydaje mi się, że z założenia dedykowany dla początkujących biegaczek.
Rozdziałów jest w sumie trzynaście, każdy pokrótce omawia określony zakres spraw związanych z bieganiem. Lecimy przez historię biegania kobiecego, anatomię i fizjologię kobiecą, porady jak zacząć, propozycje ćwiczeń, omówienie stroju, butów, sprzętu, chudnięcie, starty w zawodach, kontuzje. Wszystko podane jest w sposób bardzo skondensowany, nie nudzący czytelnika. Pojawiają się tabelki, wypunktowania, które pomagają ogarnąć treść. Na końcu każdego rozdziału pojawia się jeszcze krótkie podsumowanie omawianej tematyki.
Książkę naprawdę szybko się czyta. Z zaciekawieniem czytałam o początkach udziału pań w zawodach, w tym i na królewskim dystansie maratonu. Równie interesujące było omówienie różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami - tym bardziej, że totalnie różną reakcję organizmu na ten sam bodziec obserwuję u siebie i u męża. Ogólnie widać, że autorka rzeczywiście poradnik napisała dla kobiet i zwraca uwagę na różne aspekty biegania mężczyznom obce. Chociażby kwestię cyklu menstruacyjnego. Fajne jest to, że udało się ugryźć - choć może raczej powinnam użyć słowa "nadgryźć", bo na 240 stronach nie da się wszystkiego omówić od A do Z - temat biegania od prawie każdej strony.

To teraz troszkę pomarudzę:)

Tak jak pisałam na początku, wydaje mi się, że targetem są panie zaczynające swoją przygodę z bieganiem. To sugeruje rozdział "jak zacząć biegać?" chociażby, czy "jedziemy na zawody" gdzie łopatologiczne tłumaczone są kwestie, które dla osób bardziej zaawansowanych są po prostu oczywiste.
I dlatego nie do końca rozumiem, co w tym wszystkim robią rozdziały dotyczące maratonów i ultramaratonów. Bo jeśli po książkę sięgną panie początkujące - to informacja o treningach do przebiegnięcia 42 km i więcej będzie kosmosem. Dla pań bardziej zaawansowanych - ta pozycja będzie po prostu niewystarczająca.
To niejedyna niekonsekwencja. Już na stronie 34 zostajemy uraczeni dość technicznymi terminami: "trasa nieatestowana" czy informacjami, że WB2 to bieg o intensywności zbliżonej do startu na 10 km. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że osoba początkująca ani nie będzie wiedziała co to znaczy, że jakaś trasa posiada atest lub nie (zresztą autorka nigdzie tego nie wyjaśnia), ani tym bardziej nie będzie miała pojęcia jakie to tempo na 10 km, bo najpewniej takiego dystansu jeszcze nie przebiegła.

Przyczepię się też trochę do fragmentu poświęconego camelbakowi.
Bez problemu każdy z nas poda przynajmniej jeden przykład przedmiotu, którego nazwa weszła do mowy potocznej jako określenie pewnego rodzaju produktów, a który pierwotnie był nazwą firmy czy marki. Z biegowego podwórka takim przykładem są adidasy. Zauważa to Ania pisząc "przez lata w Polsce wszystkie buty sportowe określano nazwą "adidasy", tymczasem to zaledwie jedna z kilkunastu marek produkujących takie obuwie". Skoro zwróciła na to uwagę, to nie rozumiem czemu nie wspomniała, że podobnie jest przy camelbaku. Owszem - to potoczna nazwa na plecaki z bukłakami na wodę - ale przede wszystkim to nazwa firmy produkującej taki sprzęt. Jedna z wielu, podobnie jak przy "adidasach".

W innej części książki czytamy: "Zapisując się na bieg musisz podać dane osobowe, adres, datę urodzenia i nazwę klubu". Nie wiem w jakich zawodach startowała autorka, ale ja jeszcze nie spotkałam się z takimi, gdzie podawanie nazwy klubu jest obowiązkowe :)

Nie do końca wiem jak ugryźć rozdziały poświęcone przygotowaniom do maratonu. Tak jak już pisałam, początkujące biegaczki raczej nie będą się do takiego dystansu przygotowywać, te bardziej "wybiegane" najpewniej poszukają pozycji bardziej zaawansowanych.
Inną kwestią jest to, że ja akurat jestem przykładem, że można nie mieć na koncie chyba żadnego z zaleceń treningowych wymienionych przez autorkę, a jednak te maratony biegać i to chyba z nie najgorszym rezultatem.
Nigdy nawet nie zbliżyłam się do tygodniowego 70 kilometrowego kilometrażu. Nigdy nie trenowałam 4-5 razy w tygodniu (No dobrze. Cztery razy w tygodniu kilka razy mi się zdarzyło). Nie stosuję 32 kilometrowych wybiegań. Domyślam się jednak, że Ania posiłkuje się tutaj myślą trenerską Jerzego Skarżyńskiego, stąd takie a nie inne rady. Wolałabym jednak, skoro już o trenerach mowa, żeby różne zalecenia treningowe były właśnie podparte wprost jakimś autorytetem trenerskim, a nie opatrzone informacją "źródło: opracowanie własne". Ania ma na swoim koncie mnóstwo startów, biega od wielu lat - ale jest tylko amatorem.

Wracając do maratonu. Autorka przestrzegając (i słusznie) przed zbyt pochopnym i przedwczesnym udziałem w pierwszym maratonie, straszy, że osoba nieprzygotowana będzie miała przez kilka dni kłopoty z wchodzeniem po schodach. Kilka stron dalej wspomina jednak, że po maratonie pod wieczór pojawia się zmęczenie i ból uszkodzonych mięśni. Bo prawda jest taka, że maraton boli - i niezależnie od tego czy człowiek będzie bardziej czy mniej przygotowany, nadejdzie ten moment po biegu, gdy schody staną się wyzwaniem :)

Przy rozdziale opisującym różnorakie ćwiczenia (przysiady, planki, pompki) nie ma żadnego najmniejszego rysunku, nie mówiąc już o zdjęciach, o które aż się prosi. Wydaje mi się, że sam pisemny opis to trochę za mało, tym bardziej, że tego typu ćwiczenia bardzo łatwo wykonać nieprawidłowo i niechcący zrobić sobie kuku.

I tym samym doszłam do tego co mi w tej książce przeszkadza najbardziej, albo raczej czego mi brakuje: zdjęć.
Książka jest wydana raczej w ekonomiczny sposób: miękka okładka, klejone kartki i dokładnie 27 czarno- białych fotografii, które wyglądają przez to niezbyt atrakcyjnie.
Ja bym ją widziała w wydaniu albumowym: twarda okładka, kredowy papier, wszystkie informacje poprzedzielane masą kolorowych, atrakcyjnych zdjęć. To przecież nie jest najbardziej ambitna książka o bieganiu, to nie jest trenerski podręcznik dla zaawansowanych. To jest pozycja mająca zachęcić panie do biegania, wyrwać z kanap, wyprowadzić z samotnego truchtania po parku, wprowadzić do świata zawodów, pokazać, że ten świat nie jest straszny, oswoić z technicznym słownictwem. Przynajmniej ja to tak widzę.
Po prostu aż się prosi o bardziej atrakcyjną szatę graficzną. Owszem - tak wydana książka nie kosztowałaby 34,90 zł, ale moim zdaniem bardzo by zyskała. Taki albumo-poradnik wprowadzający w świat biegania byłby wspaniałym prezentem gwiazdkowym czy urodzinowym, do którego można by wracać dla zdjęć, nawet gdy rady i informacje zawarte w książce będą już oczywistością.

Podsumowując. Początkujące dziewczyny znajdą tu multum przydatnych informacji i jest to dobra lektura na początek. Dla osób bardziej zaawansowanych większość rzeczy omawianych w książce będzie odkrywaniem Ameryki na nowo.



wtorek, 19 stycznia 2016

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle - czyli Rajd Czterech Żywiołów

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle - czyli Rajd Czterech Żywiołów
Powiem szczerze: miałam ostatnio gorsze dni. Zimno, dni krótkie. Do logistycznej układanki mężowo - dzieciowo - treningowej, doszły sprawy remontowe.
Z początkiem lutego wchodzi do nas ekipa robić rozpierduchę w połowie mieszkania, a mnie WTEM oświeciło, że kurka, już nie wystarczy, że mam ogólną koncepcję jak mają wyglądać łazienki czy podłoga, tylko muszę się wykokosić co do jednego kafelka i jednej złotówki niemalże.
Tak więc zamiast radośnie brykać/wylewać pot i łzy, zaczęłam przed komputerem z obłędem w oczach liczyć, planować, rysować, latać po sklepach, kupować rzeczy potrzebne do przeprowadzenia remontu. I przy okazji po cichu desperować, że wszyscy dookoła biegają, trenują, zapisują się na kolejne starty, a tu żywot rodziców z trójką dzieci i z remontem na karku jest pełen kompromisów, "jutro pójdę pobiegać" i takich tam.

I w takim mniej więcej nastroju zaczęłam szykować się do Rajdu Czterech Żywiołów.
Cóż to za impreza? To zawody spod znaku AR czyli rajdów przygodowych, organizowana na Jurze Krakowsko- Częstochowskiej. Kilka tras do wyboru: piesze na dystansie 25 i 50 km, oraz mieszane, okraszone jeszcze dodatkowo zadaniami specjalnymi. W wersji dłuższej, krótszej, dla solistów i zespołów dwuosobowych.
Zawody wypatrzył jakiś miesiąc temu mój małżonek i napalił się okrutnie na wersję dwuosobową. 27 km roweru, 20 km biegu i na koniec 17 km roweru. Po drodze zadania specjalne. Tibor się napalił, jednocześnie dziwiąc się, że od razu nie podskoczyłam z radości pod sufit i nie zaczęłam się szykować do startu.
No nie zaczęłam, bo pomimo, że wyraziłam zainteresowanie imprezą, musiałam się trochę oswoić z myślą, że będę w styczniu ganiać po lasach i polach na rowerze (bo wybraliśmy wersję biegowo - rowerową). Oswajanie szło mi jeszcze ciężej, gdy przez Polskę zaczęły się przewalać kilkunastostopniowe mrozy.

Na szczęście w przededniu imprezy mróz był w zakresie dla mnie akceptowalnym, za to dla odmiany zaczęło sypać potężnie śniegiem.
Szykowanie jak szykowanie: totalny panic mode, w czym ja mam na tym rowerze jechać, żeby ani nie zmarznąć, ani się nie zagotować. Historię poszukiwania okularów przeciwsłonecznych co poniektórzy znają z FB (okulary się nie znalazły, pojechały z nami trzy pary innych, a ostatecznie nie użyliśmy żadnych :)

Na miejsce startu przyjechaliśmy średnio ogarnięci. Jako jedni z ostatnich popędziliśmy na odprawę przed startem, bo jeszcze szykowaliśmy rowery. W trakcie odprawy dopiero się ubierałam we właściwe ciuchy i przynosiłam pudła na przepak.
Ostatecznie wszystko udało się ogarnąć i w porę wyjechaliśmy z bazy na poszukiwanie punktów kontrolnych.

Czerwony kask i turkusowa kurtka, to ja. Pani Grzebalska :)
Fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra


Na początku było sporo wyprzedzania. Wyjechaliśmy z bazy raczej w tyle stawki. Wyprzedziliśmy chyba ze 3 zespoły miksowe, w tym i parę, która latem w Szczawnicy zajęła pierwsze miejsce (pozdrawiamy CoGościeCisna:). Uznałam, że skoro ich wyprzedziliśmy, to nie może być źle:)
Najpierw większość osób jechała drogą, ale potem trzeba było porzucić strefę komfortu. Część skręciła tu, część ówdzie. Towarzystwo zaczęło się rozpraszać. My również zaczęliśmy przeprawiać się przez jakieś pola, ku lasowi. Na punkt nawet najechaliśmy nieźle, ale potem zaczęliśmy przeszukiwać nie tą podstawę skałki w poszukiwaniu lampionu. Parę minut w plecy i za jakiś czas znów wyprzedzaliśmy tych samych ludzi. Cóż, za gapowe się płaci ;)
Kolejne punkty lokalizowaliśmy bez jakiś większych wtop i ile sił w nogach popedałowaliśmy w stronę miejscowości o wdzięcznej nazwie Żelazko, gdzie zlokalizowany był przepak.
No dobra - mąż, który w rowerowaniu jest lepszy ode mnie, pod górki trochę mnie popychał. Jego zdaniem za bardzo się grzebałam :)
Pierwsze moje wrażenie po dotarciu: o rany, jak mało stoi rowerów! A to oznaczało, że NAPRAWDĘ jesteśmy w czubie stawki.
Szybko zamieniliśmy buty rowerowe na biegowe, kaski z głów, rękawice motocyklowe z rąk (Tibor uznał, że skoro rękawice dają radę na motocyklu, to tym bardziej dadzą radę zimą na rowerze). Zdjęłam z siebie jedną warstwę ubrania, w locie wrzuciłam do plecaka bidon i ruszyliśmy na część biegową.
Wybiegając z Żelazka minęliśmy parę, którą kojarzyliśmy ze Szczawnicy: oni właśnie byli na ostatnich metrach trasy rowerowej.

Fragment części biegowej


Nie biegło mi się dobrze. To nie były typowe drewniane nogi po zejściu z roweru, ale jakoś brakowało mi mocy. Podejrzewałam, że małe śniadanie, które zjadłam o szóstej rano miało tu coś do rzeczy, ale próba posilenia się skończyła się fiaskiem: kanapka rosła mi w ustach i skończyło się na jednym gryzie. Trochę pomogły ciasteczka i wmawianie sobie, że to przecież nic nadzwyczajnego. Ot, po prostu miłe weekendowe wybieganie. Przecież tempo nie jest kosmiczne, to przecież dla mnie nic. Starałam się wyrzucić z głowy, że już mam w nogach 30 kilometrów roweru i skupiałam się na wmawianiu sobie, że to tylko taki miły truchcik ;). Trochę szyki psuł mi małżonek, który leciał szybciej ode mnie i prawie cały czas oglądałam jego plecy.

Po dotarciu do punktu D. Fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra


Odnajdywanie punktów szło różnie. Część znaleźliśmy bez problemu; jednego szukaliśmy przez dobre 10 minut z grupą chyba 8 osób. Tu chyba wtopę zaliczył organizator, bo lampion był umieszczony ewidentnie w złym miejscu.

Mieliśmy też małą przygodę. Z powodu przegapienia przez mojego nawigatora właściwej drogi, po odkryciu pomyłki, przedzieraliśmy się ku niej na skróty, przez jakieś krzaki, chaszcze oraz...rzekę. Tak, okazało się, że rzeczka o jakże uroczej nazwie Centuria, jest tak jakby z niewłaściwej strony :) Skończyło się na przeskakiwaniu przez nią z oblodzonego pomostu. Kompan, który towarzyszył nam przez część trasy, grobowym głosem stwierdził, że miał nadzieję, że choć raz zaliczy rajd suchą stopą :)
Nie powiem - miałam pietra czy to nie skończy się kąpielą - bo bez możliwości wzięcia rozpędu (lód!) trzeba było wykonać mniej więcej półtorametrowy skok w miejscu. Na szczęście jakoś się udało.

W miarę upływu czasu i dystansu role zaczęły się odwracać. Mój chłop złapał kryzys, a ja trochę odżyłam. Niestety w dopingowaniu męża nie pomagało ukształtowanie terenu, bo druga część trasy była praktycznie cały czas pod górę.
Pomimo ewidentnego spadku tempa, udało nam się dotrzeć na przepak jako pierwszy zespół mieszany. I znów zdziwiłam się, że rowerów widzę tym razem bardzo dużo. A to oznaczało, że mało osób już ruszyło na część rowerową.
Nasza przewaga nad drugim zespołem okazała się niewielka, bo ledwo wychynęliśmy zza budynku, a tu zobaczyliśmy bezpośrednich rywali. Magda z Maćkiem z teamu Wodzionka mocno się zdziwili gdy nas zobaczyli już w rynsztunku rowerowym. Owszem, to było dla mnie plus dziesięć do samopoczucia - tym bardziej, że już wiedzieliśmy, że jesteśmy pierwsi. Z drugiej strony plus dwieście do paniki. Bo to znaczyło, że mamy przewagi jakieś pięć do siedmiu minut. Tyle  zajmie czasu ogarnięcie się drugim na przepaku. A to oznacza, że wszelkie pomyłki są po prostu zabronione.
I co zrobiłam dziesięć minut później? Lecąc przez jakieś pole, pewnie dlatego, że z górki,
(śnieg tak fajnie trzeszczał pod oponami), zignorowałam zupełnie fakt, że ślady kół na śniegu zniknęły (to było spore ułatwienie: ślady zawodników. Jak mieliśmy wątpliwości jak iść - szukaliśmy gdzie poleźli ludzie przed nami) i pruję w dół po dziewiczym śniegu... W końcu usłyszałam wołanie Tibora. Fuck!
Niby nic, niby tylko dwie minuty w plecy. Ale przy tak lichej przewadze - to były AŻ dwie minuty. To nie był zresztą pierwszy raz, gdy człowiek zadowolony, że jest fajnie, łatwo, tracił czujność i wkopywał się w maliny. Podczas etapu biegowego też lecąc z górki przeoczyłam, że szlak skręcił. Wtedy również straciliśmy parę minut na powrót.

Następny punkt połączony był z niespodziankami - zadaniami specjalnymi. Na pobliskiej skałce, wysokiej na jakieś 8 metrów była zamontowana metalowa drabinka, po której trzeba było się wspiąć. Na górze dyndał lampion z perforatorem. Oczywiście to nie było "na żywca" - trzeba było ubrać się w uprząż i była normalna asekuracja z liny.
Uprząż, którą wzięłam ze stosiku miała poprzekręcane nogawki. Uznałam, że raczej nie spadnę podczas wchodzenia, więc przełknęłam jakoś to lekkie zaplątanie. Z doświadczenia wiem, że dochodzenie do tego w jaki sposób zostały w uprzęży przekręcone nogawki potrafi zająć naprawdę dużo czasu. Uważam jednak, że od czasu do czasu obsługa powinna zerkać na sprzęt i go poprawiać dla uczestników.
Po zejściu, w trakcie, gdy odkręcałam karabinek z liną, doszło do potencjalnie niebezpiecznej sytuacji. Następny zawodnik zaczął wspinać się po drabince bez asekuracji. Na szczęście dość szybko zauważyłam i  spytałam się gościa czy mu czegoś nie brakuje. Jak widać, pod wpływem stresu, adrenaliny, zmęczenia człowiek zaczyna robić głupie rzeczy.
Drabinka to była pierwsza część zadania. Następnie wręczono nam mapkę najbliższej okolicy, wielkości mniej więcej znaczka pocztowego (no dobrze, trochę przesadzam. Ale nie była wiele większa :) Trzeba było na jej podstawie zlokalizować jaskinię. I do niej wejść.

Mapka. Fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra


Dojście było o tyle mało komfortowe, że mieliśmy na nogach nasze rowerowe "laczki". Co prawda specjalnie na ten rajd zakupiliśmy sobie neoprenowe ochraniacze na stopy, ale po pierwszym etapie rowerowym już ich nie zakładaliśmy nie chcąc tracić czasu. Tak więc w śniegu, który dla naszych butków był zdecydowanie za duży, z przylepiającym się śniegiem do bloków od pedałów spd, przez jakieś krzaki, szukaliśmy jaskini.
W końcu stanęliśmy przed zdecydowanie mało wybitnym otworem. Tibor wlazł kawałek - po czym wyszedł i stwierdził, że on tam dalej nie wlezie. Dwóch panów po nim też jakoś szybko wyszło.
Cóż było robić - trzeba było spróbować. Gdzie diabeł nie może...;)
Organizatorzy opisali jaskinię jako "umiarkowanie ciasną". Ha!


Nie, to nie moje buty. Ale pewnie też tak wyglądałam wczołgując się do jaskini :) "Umiarkowanie ciasna"...
fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra


Najpierw trzeba było się wczołgać do środka. Potem owszem, robiło się ciut luźniej - tyle akurat, że można było skręcić i wleźć w następną dziurę. Tam trochę zgłupiałam - bo czołgając się na brzuchu przed oczami miałam dziury, z których żadna nie była wielkości pozwalającej na prześlizgnięcie się człowiekowi. Wtedy na szczęście podniosłam głowę i w świetle czołówki zobaczyłam nad głową spory otwór, a w nim wiszący lampion. Teraz tylko podbić kartę i wykonać cała ekwilibrystykę z powrotem. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju, po którym wiem z całą pewnością, ze nigdy nie zostanę grotołazem :)


Po wyjściu na powierzchnię (nie chcecie wiedzieć jak wyglądałam po tym czołganiu) zobaczyłam stojących przed wejściem do jaskini Magdę i Maćka - czyli zespół, który deptał nam po piętach.
Oczywiście ruszyliśmy z kopyta. Ile może im zająć wejście do jaskini? Pięć minut? Mało, mało...
A potem stał się cud. Nigdzie nie zabłądziliśmy. Jak po sznurku znajdowaliśmy właściwe ścieżki. Następny punkt potencjalnie mogliśmy spieprzyć, bo stojąc od niego jakieś 7- 8 metrów zmierzaliśmy skręcić w przeciwną stronę. I wtedy na szczęście spojrzałam się w bok :)
Ostatni punkt był już prosty nawigacyjnie: pedałowaliśmy ile sił w nogach żółtym szlakiem, który jak po sznurku wyprowadzał ku ostatniej przeszkodzie dzielącej nas od mety. Dobrze, że nic nie trzeba było gadać i tłumaczyć, bo twarze i usta mieliśmy tak zmarznięte, że wszelkie próby powiedzenie czegoś kończyły się bełkotem. Pamiętam, że tam po raz pierwszy od początku zawodów obejrzałam się z siebie, żeby sprawdzić czy ktoś za nami nie jedzie. Nie było nikogo.
Ale dopiero na ostatnich 3 kilometrach asfaltu uwierzyłam na 100%, że nam się udało. Jesteśmy pierwsi! I- ha!
Po sześciu godzinach i pięćdziesięciu pięciu minutach, jako pierwszy zespół mixowy na trasie Open zameldowaliśmy się na mecie!

A potem usiedliśmy w szkolnym korytarzu (start i meta usytuowana była w szkole w Bydlinie), dorwaliśmy się do dzbanka z wodą, cukru i herbaty i czekaliśmy na resztę zespołów.
Powiem wam, że nie wiem ile kubków herbaty wtrąbiłam. Słodkiej herbaty - ja, która na co dzień i kawę i herbatę piję gorzką. Osiem? Dziewięć? Musieliśmy mieć niezły niedobór kalorii i musieliśmy być nieźle odwodnieni - bo żłopaliśmy, żłopaliśmy i żłopaliśmy...
Drugi zespół pojawił się niecałe 20 minut po nas. Na tym ostatnim fragmencie trasy, po zakończeniu zadań specjalnych, odjechaliśmy im trochę :) Trzeci zespół pojawił się po ponad godzinie - i była to para, która w Szczawnicy, na Mountain Challenge zwyciężyła, A teraz zamieniliśmy się miejscami :)

Najlepsze teamy w kategorii Open. Brakuje mixu z drugiego miejsca
Fot. Rajdy Stowarzyszenia Vajra

A wiecie, że Magda, dziewczyna z zespołu, który był za nami, ma czwórkę dzieci?
I niech mi nikt  nie mówi, że coś się nie da :P


Podsumowanie małe i chaotyczne

1. Oczywiście wyszedł nam dłuższy dystans. Zamiast 27 kilometrów roweru - ponad 30 km, zamiast 20 km biegu - prawie 24 km i zamiast 17 km roweru - ponad 18 kilometrów. W sumie około 73 kilometrów trasy, zamiast optymalnych 60 km.

2. Nie zmarzłam. Tak strasznie :P A tego bałam się najbardziej: szczególnie o swoje stopy i ręce. Rękawice motocyklowe na rowerze dały radę, choć chwilami stan moich palców był daleki od komfortu i biegi zmieniałam dość topornie. Stopy też przetrwały bez szwanku, pomimo, że w drugiej części rowerowej nie miałam dodatkowych ochraniaczy

3. W pierwszej części rowerowej miałam na sobie cztery warstwy (bieliznę, dwie cienkie bluzy biegowe i kurtkę). Do biegania zdjęłam kurtkę. Na drugą część rowerową pozbyłam się jednej warstwy i znów założyłam kurtkę.
Na części biegowej chwilami brakowało mi stuptupów. Bieg wyznaczonymi szlakami, pomimo śniegu, był ok - ale przedzieraliśmy się też przez totalny las i wtedy śnieg wpadający do butów nie był przyjemny :)

4. Okulary, których w końcu nie założyłam. Brakowało mi ich podczas jazdy przez las ze względu na gałęzie. Ostatecznie opracowałam taktykę szybkiego zapamiętywania trasy i zamykania oczu podczas przelatywania przez gałęzie:)

5. Za mało piliśmy. Nie chcecie wiedzieć jaki kolor miał nasz mocz jeszcze następnego dnia po starcie ;). Nie wzięliśmy bukłaków (baliśmy się zamrożonych rurek), tylko bidony. Nie wiem jak Tibor - ja ze trzy razy wzięłam po łyku wody na rowerze i potem ze trzy razy próbowałam pić, gdy Tibor odbijał kartę. Gdy jest mróz ciężko się zmusić do przełykania zimnego płynu - ale kurczę jakoś trzeba. Mogliśmy pić więcej.

6. Jedzenie. Za mało jedliśmy. Pół bułki na śniadanie, gryz kanapki w trasie, jeden żel i dwa ciasteczka - to trochę za mało na ponad 70 kilometrów trasy. Do dopracowania.

7. Rower na mrozie działa zupełnie inaczej. Amortyzatory zamarzły i chwilami miałam wrażenie, jakbym miała sztywny widelec. Klamki się zapadały, a wielotryb oblepiony śniegiem i lodem średnio reagował na zmiany biegów.

8. Tibor jest lepszy na rowerze, a mnie lepiej wychodzi bieganie. Pod koniec każdego etapu rowerowego byłam na co trudniejszych fragmentach wspomagana przez męża, a na biegowej trasie ja byłabym tą pchającą, gdyby mi chłop pozwolił ;)

9. Tak, pokłóciliśmy się lekko na trasie :P. Człowiek na zmęczeniu robi różne rzeczy i staje się dziwnie nerwowy :P Zresztą później dyskutowaliśmy sobie na temat aspektów biegania z małżonkiem/obcą osobą (obcą w sensie innym znajomym) o wadach i zaletach jednego i drugiego rozwiązania

10. Nie popełniliśmy tak spektakularnego błędu jak w Szczawnicy, ale z analizy mapy na spokojnie, wyszło nam, że 20 minut dałoby się jeszcze  urwać.

11. Fajna impreza, choć nadal brakuje mi trochę jakiegoś trofeum na pamiątkę. Już nie mówię o jakiś medalu, statuetce, ale chociaż dyplomie. Może się trochę rozbisurmaniłam biegami ulicznymi i górskimi, może w świecie AR panują inne zasady, ale trochę mi tego brakuje.

I to byłoby na tyle. A teraz naprawdę muszę wziąć się do roboty, bo w lutym jedziemy na Icebug Winter Trail - czyli 21 kilometrów w Gorcach.
Nie pytajcie jak to ogarniemy z remontem ;)





Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger