piątek, 31 maja 2013

Poranek

Moje wspaniałe plany treningowe (znaczy jeśli ktoś spodziewa się tu skomplikowanych wyliczeń, przebieżek, interwałów w określonym tempie - to nie, nie - nic z tych rzeczy. W planach miałam po prostu biegać i może wreszcie ruszyć na jakieś wybieganie dłuższe niż 10 km) legły w gruzach.
Zapukała do mnie moja stara znajoma. Ach! Angina! No witaj, witaj, kopę lat! Rozgość się, proszę. Podać jak zwykle prawy migdałek ma początek? O - widzę, że nie przyszłaś sama, masz kolegę. Jakoś tak znajomo wygląda...Katar zatokowy? Proszę bardzo - obie dziurki do twojej dyspozycji.
Niestety w samotnej walce z nieproszonymi gośćmi poniosłam klęskę i o wsparcie musiałam poprosić antybiotyki. Wrrr.
I znów - minęło 4 dni bez żadnego biegania, spędzone na łykaniu lekarstw i dalszym poremontowym ogarnianiu mieszkania. To ironia losu, doprawdy - że w zimie, przy tak niesprzyjających warunkach biegałam  częściej niż teraz w maju. 
Dziś rano postanowiłam iść potruchtać. Tak troszeczkę, żeby nie zmasakrować obolałego jeszcze gardła. 
Tuż przed siódmą słonko próbowało przebić się przez zasunięte rolety. Wróżyło to dobrze - bo wczoraj mężowi z oględzin prognoz pogody wyszło, że od piątej rano powinno już padać. 
Zwlokłam się z w wyra, uciszając dziecko nr 3, które nie wiadomo kiedy zmieniło miejsce spania i wpakowało nam się do łóżka. Oooo, mama!. Ciiiiii, śpij, mama idzie biegać. Ooooo! A popo? Po co idzie biegać? A żeby to matka wiedziała czemu zamiast łyknąć antybiotyk i przewrócić się na drugi bok, wstaje i idzie się dobić.
Wychodzę.  Jest fajnie, rześko. Garminek łapie satelity - a ja zaczynam truchtać dookoła parku. Oo - jednak czuję, że nie jestem do końca zdrowa. Robię 5 km, zezując jednym okiem na zbliżające się frontowe chmury - to chyba ten deszcz z piątej rano, na szczęście trochę zaspał.
Wracam do domu, otwieram drzwi - w mieszkaniu słychać już poranne zamieszanie. Dzieciaki przy stole zachlapują stół mlekiem z chrupków. Mąż podaje mi poranną kawkę. Zaczyna się nowy dzień.

niedziela, 26 maja 2013

Rawa Mazowiecka "Polska biega"

Rawa Mazowiecka "Polska biega"
W Rawie wylądowałam z powodów absolutnie nie biegowych.
Rawa Mazowiecka jest miastem partnerskim z węgierskim miasteczkiem Nyírbátor. Od paru lat regularnie jeżdżą do siebie motocykliści z obu miast. W zeszłym roku na taki wyjazd zgarnął mojego męża jego ojciec. Od piątku Węgrzy gościli w Polsce - i mój małżonek robił jako oficjalny tłumacz. A ja robiłam przy okazji za rasowy plecaczek :)
Okazało się, że w ten weekend w Rawie odbywają się  biegi w ramach "Polska biega". Postanowiliśmy skorzystać z okazji i wziąć w nich udział.
Impreza była bardzo lokalna i kameralna. Nie było numerów startowych, nie było elektronicznego pomiaru czasu, nagrody były symboliczne. Był balon oznaczający metę i pełen zapału prowadzący.
A zapisy wyglądały tak, że rozdawano karteluszki, na których zapisywało się swoje imię i nazwisko. Te karteluszki trzeba było oddać po przybiegnięciu na metę
Zapowiada się nieźle? :))
Dystansów było kilka (trzy dokładnie) - na krótszych startowały dzieci ze szkół podstawowych i gimnazjum. My ustawiliśmy się do biegu dookoła zalewu Tatar na dystansie 3,5 km.
Start mnie zaskoczył - właściwie zorientowałam się, że to już po tym, że ludzie przede mną ruszyli - prowadzący musiał "start" powiedzieć na jednym wydechu gdzieś pomiędzy jednym zdaniem a drugim, traktując je jako przecinek :)). Ruszyłam. Za szybko. Nie miałam wyczucia - tak więc każdy kolejny kilometr był wolniejszy. Po drugiej stronie zalewu trwały własnie zawody wędkarskie. Ludzie siedzieli z ogromnymi wędziskami, których grube końce były oparte o jakieś konstrukcje na kółkach. Od czasu do czasu ktoś takie wędzisko wyciągał - tak, że zaczynało zagradzać ścieżkę po której biegliśmy. I właśnie tak sytuacja miała miejsce tuż przede mną - na szczęście zdążyłam ominąć przeszkodę.
Biegłam i sapałam jak parowóz. Wiedziałam że przebieram nogami szybciej niż kiedykolwiek - ale bałam się zerkać na zegarek :) Mieszkańcy korzystając z poprawy pogody ruszyli na spacery wzdłuż zalewu - zatrzymywali się i dopingowali biegającym.
Wreszcie ostatnia prosta, bramka oznaczająca metę coraz bliżej - jest!
I okazało się, że przybiegłam druga! Przegrałam z dziewczęciem - szczypiorkiem - śmiałam się (oczywiście sympatycznie) - że przy takiej masie to ona nie stawiała żadnego oporu powietrza.
Pamiętacie karteluszki z danymi osobowymi  które trzeba było zdać na mecie? Ja swój schowałam do kieszonki z tyłu getrów i jak zmachana i zziajana wpadłam na metę, nie byłam w stanie go znaleźć i wygrzebać z kieszonki. Odbyłam zabawny dialog z prowadzącym.
Prowadzący: niech pani da mi szybko kartkę, bo ja muszę szybko na metę wracać i dalej odliczać miejsca przybiegających!
Ja: Nie mogę znaleźć! Może zgubiłam! Może pan spróbuje znaleźć...?
Prowadzący: Ale ja nie mogę pani po pupie macać!
Ja: Ale ja panu pozwalam!

Kieszonka tak naprawdę była powyżej moich czterech liter;), karteczka została szczęśliwie w porę znaleziona  - pan mógł dalej odliczać kolejnych finiszujących zawodników i zawodniczki.

A tu dekoracje (ja to ta w turkusowej bluzce)


środa, 22 maja 2013

Głód biegania

Przez ostatnie 5 dni nie biegałam. Remont łazienki w toku - doszły, ekhm, pewne komplikacje, o których obszernie pisałam na moim drugim blogu (http://aga-cka.blogspot.com/search/label/%C5%82azienka - tu znajdziecie całą historię). Wczoraj stwierdziłam, że nie ma zmiłuj: wychodzę. Jeszcze musiałam dojść do ładu ze swoim ciałem, które akurat teraz mi przypomniało, że jestem kobietą. Ketonal pomógł - bez niego miałam wrażenie - przepraszam, za dosadność - że mi dupa odpadnie. I pobiegłam.
I miałam jak najgorsze przeczucia: bo remont, bo zmęczenie, bo "te dni", bo boli. A tu niespodzianka: nogi niosły i biegło mi się po prostu dobrze. Garmin pokazał, że tempo też całkiem, całkiem (oczywiście jak na mnie). Więc tak sobie biegłam obserwując miasto. A to zniżający się do lądowania na lotnisku bemowskim samolot na tle zachodzącego słońca, a to machając w podziękowaniu do pana w samochodzie, który pomimo, że  miałam czerwone światło, specjalnie dla mnie zatrzymał się, żebym zdążyła przebiec przez jezdnię, a to podnosząc rękę do mijających mnie innych biegaczy. I biegłam.
Jeszcze odbyłam małą rozmowę z moją głową, która usiłowała zmusić mnie do zmiany trasy - bo po drodze wypadały podbiegi - ale twarda postanowiłam być i głowy nie słuchać. I biegłam.
Kaczka, która przycupnęła tuż przy ścieżce nie ruszyła się ani na centymetr, tylko powiedziała kwa, kwa, gdy ją mijałam. I biegłam.
I wreszcie dobiegam. I okazało się, że właśnie pobiłam swój osobisty rekord na  dychę :)
To się nazywa głód biegania :)))



A deszczownica w prysznicu to za-je-faj-na sprawa :)))))

środa, 8 maja 2013

Pewne trudności

Pewne trudności
Fajnie jest wyjść pobiegać. Zmachać się, upocić. Człowiek wraca do domu, zdejmuje mokre ciuchy, śmierdzące skarpetki i idzie wziąć odświeżający prysznic. A potem w zależności od pory dnia i wykonywanej profesji: idzie spać/wychodzi do pracy/odprowadza dzieci do placówek wychowawczo- oświatowych itd.
Problem się pojawia, gdy twoja łazienka wygląda tak:


A jedynym meblem oprócz drabiny jest kiwający się, tymczasowy kibelek, który musisz spłukiwać wodą z wiaderka ;)
Najpierw odpuściłam - tym bardziej, że ostatnie parę dni obfitowały w wydarzenia różnorakie i średnio miałam głowę do biegania. 
Powrót z urlopu blisko 2 tys km samochodem, którego z powodu tajemniczej awarii okolic akumulatora nie dało się wyłączyć,  bo by już nie dopalił, pranie kilogramów ciuchów na zapas,  szykowanie mieszkania i przede wszystkim łazienki do rozpierduchy, odprowadzanie dzieciaków na piechotę do szkoły/przedszkola a potem powrót z wywieszonym jęzorem (aż dziwne, że dziecku nr 3 siedzącemu w wózku nie musiałam much wybierać z między zębów ;)), żeby zdążyć przed panami fachoffcami, wymyślanie na szybko nowego rozplanowania kafelków w łazience, bo pan_od_ łazienek  mający wizję tak mi rozrysował kafle, dekory i lustro, że dwa ostatnie elementy kończyły się w połowie prysznica.
Ale za oknem piękna pogoda, na FB biegający znajomi wkurzają wpisami o pięknym lesie o poranku, a rano, gdy odprowadzam dzieciaki, mijają mnie biegacze wracający ze swych porannych treningów.
Jak żyć, jak żyć?
Więc pobiegłam dziś.  Jako namiastka lasu musiał wystarczyć Lasek na Kole. 
Ostatni raz biegałam w nim jakiś miesiąc temu i biegłam PO ŚNIEGU. I mijałam narciarzy biegowych. 
A teraz... Wiosna jednak dotarła! Było zielono, pachnąco, gorąco. Było fajnie. Ale oprócz tego okazało się, że: bieganie bez stanika do biegania jest mniej fajne, bo jednak biust lata a fiszbiny po pewnym czasie zaczynają obcierać (w tym remontowym syfie nie byłam w stanie dokopać się do odpowiedniej części garderoby). Skarpetki - stopki kupione w dziale dla biegaczy w Decathlonie są do bani, bo są za krótkie i buty obcierają mi achillesy.
Obciera mnie również pasek od czujnika tętna - nie po raz pierwszy, ale wraz ze wzrostem temperatury coraz mocniej i wyraźniej. Zaczynam dumać nad stanikiem, który ma wbudowane napy pod garminowski czujnik tętna i żadnych dodartkowych pasków nie potrzeba.
Po powrocie była jeszcze małą ekwibrystyka w kuchni w misce do prania jako namiastka porządnego, odświeżającego prysznica. Nie powiem, żeby to było wygodne - ale da się.
Nie ma to tamto - trzeba biegać!

poniedziałek, 6 maja 2013

Provence-Alpes-Côte d'Azur

Provence-Alpes-Côte d'Azur
Oprócz biegania, które wciągnęło mnie na jesieni, zdarza mi się również wspinać i jeździć na rowerze.
Jeszcze w zeszłym roku został wstępnie zaplanowany wyjazd wspinaczkowy w przepiękny rejon na południu Francji: Les Calanques.
Zimą trwały pertraktacje z babciami na temat opieki nad naszymi aniołkami ;). Udało się: moi rodzice zgodzili się zaopiekować szarańczą w weekend majowy. Ekipa została zmontowana i ruszyliśmy ponad 2 tysiące km ku południowej Francji. W bagażach, oprócz sprzętu wspinaczkowego wiozłam z mężem  buty do biegania. Track z Lazurowego Wybrzeża? Takiej okazji nie można było przepuścić!




Bieganie nr 1

Pogoda przez pierwsze dni nas nie rozpieszczała - złośliwy front usadowił się na południu Europy zalewając strugami wody i nas. Udało nam się wepchnąć pomiędzy jedną a drugą zlewą i ruszyłam z mężem i kolegą (w pięcioosobowej ekipie były nas trzy biegające osoby) na rekonesansowy truchcik dookoła miasteczka Cassis. Trucht okazał się i malowniczy - ach, to Morze Śródziemne, ach te skały w oddali, ach te malownicze uliczki - i pouczający - bo teren zdecydowanie nie należał do płaskich.
Camping, z którego ruszyliśmy góruje nad miasteczkiem - w dół biegło się fajnie. Ale nic w przyrodzie nie ginie - po przeleceniu przez centrum Cassis, trzeba było wrócić. A powrót był zdecydowanie trudniejszy i moje płuca w pewnym momencie po prostu odmówiły współpracy.







 Bieganie nr 2

 Tym razem postanowiliśmy ruszyć wzdłuż drogi idącej bardziej górą.. Był ranek, dzień powszedni, więc niestety był ruch, ludzie jechali do pracy do pobliskiej Marsylii.
Było na szczęście bardzo ładnie wydzielone pobocze, z góry rozpościerał się wspaniały widok na morze i wapienne skały, a południowa roślinność rekompensowała niedogodności wynikające z przejeżdżających samochodów.
Było bardziej płasko niż poprzednio, ale droga wiodła cały czas lekko pod górkę.
Na koniec skręciliśmy w kamienistą ścieżkę wiodącą na pobliski pagórek. Chwila odpoczynku - a potem w nagrodę w dół. Dzięki temu mogłam trochę zobaczyć jak to jest biec  w tempie, którego w życiu nie byłabym w stanie utrzymać w płaskim terenie.
 Pogoda zrobiła nam po drodze psikusa i sprawiła mały prysznic - ale to były fajne, chłodzące spocone ciało krople deszczu.




Jeśli ktoś zerknie na wykresy endomodno, być może zwróci uwagę na nagle urywającą się kreskę tętna.  Takie są efekty, gdy kupuje się zegarki tej samej firmy ;) Zamieniliśmy z mężem niechcący czujniki tętna. Dopóki biegliśmy koło siebie - nie było problemu - tylko zegarki zbierały dane drugiej osoby. Ale gdy mój małżonek wypruł na koniec do przodu - zasięg się skończył :)



Bieganie nr 3

Najdłuższe i najfajniejsze. I najlepiej udokumentowane, bo wzięłam ze sobą aparat.
Tym razem postanowiliśmy podjechać kawałek autem, a następnie ruszyć ścieżką, którą wypatrzyliśmy z samochodu dzień wcześniej.
Zaczęło się nieźle, ale po paru minutach okazało się, że chyba zabłądziliśmy. Krótkie zastanawianie się - i powrót do rozwidlenia, na którym źle skręciliśmy.

Gdzie my, k...a jesteśmy ???

A potem... było pięknie. Kamienista ścieżka zamieniła się w wąską nieuczęszczaną wąską asfaltówkę prowadzącą owszem pod górkę, czasem dość stromą, ale w tak cudnych okolicznościach przyrody, że chciało się biec i biec i biec.
Okazało się, że mniej więcej w tym samym czasie na trening wyruszyli żołnierze (i jedna żołnierka) stacjonujący w okolicy. Cóż - być dopingowaną przez połowę jednostki - bezcenne :))).
Nie będę pisać - niech zdjęcia pokażą uroki tego biegu:







Zielona koszulka to kolega Piotrek, niebieska koszulka - mąż dzielnie kręcący filmiki i  fotografujący nas na trasie.
A, właśnie: filmiki!













To był trochę szalony dzień,  bo po zrobieniu ponad 10 km, pojechaliśmy się wspinać na wielowyciągową drogę - cudną,  Startującą prawie z poziomu morza.
Wieczorem nie wiadomo było do czego bardziej śmiała nam się japa: do biegowego poranka czy do wspinu z turkusowym morzem pod nogami.






I na koniec:



wtorek, 23 kwietnia 2013

28. Telekom Vivicittá - Félmaraton - Półmaraton Budapeszt

28. Telekom Vivicittá - Félmaraton -  Półmaraton Budapeszt
Pomimo przechodzącego przez Polskę frontu i dużego prawdopodobieństwa, że po drodze zostaniemy zmoczeni, decyzja zapadła: jedziemy do Budapesztu na motocyklu. Do ostatniej chwili nie było wiadomo czy jako wsparcie pojedzie również mój teść - bo zdanie zmieniał tak często, że chyba pobił jakiś rekord ;). Ostatecznie ruszyliśmy w trzy osoby.
Dla mnie taka podróż to była nowość. Wcześniej jako pasażerka miałam okazję pojeździć ze 3 razy może i to na bardzo krótkich dystansach. Pogoda rano nie rozpieszczała: było zimno, wietrznie i padał deszcz.Szybko okazało się, że mam na sobie za mało ciuchów. Do Częstochowy dojechałam prawie w charakterze sopla, z dobre 20 minut próbując się ogrzać herbatą w przydrożnym McDonald'sie. Wyglądałam jak rasowy alkoholik na głodzie-  cała się trzęsłam a dodatkowo spektakularnie szczękałam zębami. Z kufrów został wyciągnięty Ciuch Ostatniej Szansy - czyli windstopper. Szczęśliwie pomógł, a w miarę zbliżania się do granicy węgierskiej robiło się cieplej, więc resztę podróży przeżyłam nie marznąc. Zmieniała się nie tylko temperatura: w pewnym momencie stwierdziłam, że otaczający mnie krajobraz jest jakiś inny. O ile w Polsce wiosna na razie była w powijakach i jedynym pewnym jej objawem było to, że w przydrożnych lasach pojawiły się tirówki ;), tu było ZIELONO. Na drzewach były liście, kwitły mlecze, stokrotki, drzewa owocowe, pachniało wiosną!

Największym zagrożeniem na polu bitwy jest oficer z mapą

Wiosna!

Do Budapesztu dotarliśmy koło dwudziestej. Uliczny termometr wskazywał 19 stopni.
Rano trzeba było się streszczać, ponieważ nie mieliśmy odebranych jeszcze pakietów startowych. Włosy umyłam dzień wcześniej, żeby skrócić poranne przygotowania. Rano miałam każdy włos w inną stronę i ogólnie fryzurę z lekka idiotyczną. Trochę sobie w duchu pomarudziłam na mój fryz (zapamiętajcie ten fragment, bo dalej okaże się czemu moje fryzjerskie dylematy były dość zabawne ;)
Jeszcze raz zerkamy na trasę i rozmieszczenie wodopojów. 


Trasa półmaratonu


Podśmiewywujemy się z ostatniego punktu z wodą na 20 kilometrze (o, zemści się to na nas;)). Mąż pakuje mi w łapę dwa batony energetyczne. Nie jestem przekonana: jak tu jeść biegnąc? Ale upycham je do mini kieszonki w spodenkach. W planach jest zjedzenie pierwszego na 5 kilometrze (na szóstym jest woda do popicia), a drugiego w okolicach 15 km.
Szybkie śniadanie i pomaszerowaliśmy jakieś 2,5 km na Wyspę Małgorzaty, gdzie zaczynał i kończył się bieg. Przy odbieraniu pakietów było małe zamieszanie, obsługa nie mogła ich znaleźć (ach, jak dobrze w takich sytuacjach mieć mówiącego po węgiersku męża :). Szczęśliwie po paru minutach staliśmy się posiadaczami dwóch numerów startowych, czipów i okolicznościowych technicznych koszulek. 
Do startu zostało jeszcze trochę czasu, więc spacerkiem ruszyliśmy na zwiedzanie. Ludzi robiło się coraz więcej. 
Organizatorzy wpadli na fajny pomysł: jak się znaleźć ze znajomymi, rodziną w takim tłumie? W paru miejscach stały znaki z różnymi symbolami: słoń, piesek, piłka - takie punkty spotkań. Proste i genialne!

Wyspa Małgorzaty


Punkty spotkań


Ostatnie okolicznościowe fotki


Nadszedł najwyższy czas na zamienienie dżinsów na strój bardziej odpowiedni do biegania. Nie chciało nam się wracać do namiotów - przebieralni. Była piękna pogoda, słonce, błękitne niebo, dookoła zielono. Usiedliśmy na parkowej ławeczce i tam po prostu przebraliśmy się. Rzeczy oddaliśmy do depozytu, rozgrzewka. Byliśmy w różnych strefach czasowych - ostatni buziak, życzenia powodzenia i rozeszliśmy się do swoich sektorów.
Moja strefa miała kolor zielony, zakres tempa od 5:30 do 6:00 i czasy od 1:56 do 2:06. Zobaczyłam zająca z zielonym balonem biegnącym na 2:00 (stref było pięć, każda oznaczona innym kolorem, na każdej był jeden zając z balonem w takim samym kolorze, czasy co 15 minut). Postanawiam próbować utrzymać tempo 5:30. A tam gdzie będzie z górki przyspieszać. I zobaczyć co z tego wyjdzie. Nie miałam żadnego planu co do czasu końcowego, nie umiem też przeliczać tempa na spodziewany wynik, ani tym bardziej robić tego po drodze w biegu. Co wyjdzie - to wyjdzie!
Czekam na start, w nosie kręci charakterystyczny zapach maści rozgrzewającej, mam wrażenie, że wszyscy wokół mnie są nią wysmarowani. 
Wreszcie! Ruszyliśmy! Dookoła tłum, trzeba uważać, żeby nie zarobić łokciem. Kilkadziesiąt metrów przede mną widzę powiewający balon zająca, zapach maści rozgrzewającej robi się coraz bardziej duszący, powariowali z nią! Robimy rundkę po Wyspie. Zdaję sobie szybko sprawę, że piękne wiosenne słońce da biegaczom ostro popalić. Już wiem, że w przeciwieństwie od Półmaratonu Warszawskiego, gdzie nie skorzystałam z żadnego punktu z wodą, tu muszę pić na każdym, bo inaczej będzie ciężko. 4 kilometr - zielony balonik jest coraz bliżej mnie. Tempo na razie zgodne z założeniami. 
Za czwartym kilometrem pierwszy punkt z wodą - pół kubka wypijam, druga połowa ląduje na głowie. I tak jest na każdym punkcie (pamietacie moje marudzenia co do fryzury? No właśnie :))))
Wbiegamy na Margít Híd - czyli Most Małgorzaty. Po lewej stronie widać piękny widok na centrum Budapesztu. Całe miasto lśni w promieniach słońca, Dunaj iskrzy się i niebieszczy. Przechodzą mnie dreszcze i to bynajmniej nie z zimna. Pod koniec mostu mijam się z zającem z mojej strefy. Ciekawa jestem, czy zostanę z przodu do końca. 
Biegniemy wzdłuż Dunaju. Po lewej stronie dumnie prezentuje się sylwetka Parlamentu. Wydłubuję z kieszeni pierwszy batonik i znajduję sposób na bezproblemowe jego zjedzenie: odgryzam po kawałku, ładuję pod policzek i powoli, powoli kawałek po kawałku rozgniatam, rozgryzam, tak, żeby nie stracić oddechu. Potem następny gryz. Kończę tuż przed punktem z wodą, popijam. 
Trasa dalej biegnie wzdłuż Dunaju, zbliżamy się do ścisłego centrum. Dookoła ludzie zatrzymują się i kibicują  klaszczą. Wyłapuję najczęściej jedno słowo: "hajrá", co mi potem mąż tłumaczy jako "tempo! do przodu!"
Wbiegamy na Lánchíd Híd czyli Most Łańcuchowy. Most jest piękny, potężny, robi wrażenie. A dookoła Budapeszt. Kolorowy, schodzący z domami, chodnikami, knajpami nad samą rzekę. Mostem przelewa się druga rzeka: ludzi. Znowu mam dreszcze, a włosy na rękach z wrażenia podnoszą się do góry. 

Choćbym miała paść po drodze, choćbym do mety miała dojść na czworaka, dla tej chwili, tego mostu, tych widoków, tego poczucia jedności z kilkoma tysiącami innych biegaczy, WARTO BYŁO!!

Znów trasa biegnie wzdłuż Dunaju, teraz po drugiej stronie. Z prawej strony podziwiam Wzgórze Gelerta.  Zastanawiam się jak idzie Tiborowi, zaczynam szukać go wśród ludzi biegnących drugą stroną jezdni, bo na tym etapie trasy są nawrotki. Nie widzę go, ale on mnie wypatruje za 10 kilometrem. Jest prawie trzy kilometry przede mną - machamy do siebie. 
Słońce dalej coraz bardziej popalić. Biegacze szukają cienia - odrobinę daje murek od jezdni, która idzie nieco powyżej. Za trzynastym kilometrem trasa oddala się do rzeki i wbiegamy między budynki. Och, jaka ulga! Część uliczek tonie w cieniu. Pomiędzy budynkami raz po raz miga sylwetka Parlamentu. Wyciągam drugiego batona, ale ze zmęczenia pokićkały mi się kilometry - punkt z wodą wyrasta jakoś za szybko, szybko przełykam to co mam w ustach, łyk, łyk - reszta - chlust na głowę.
Szesnasty kilometr - znów zbliżamy się do Dunaju. Znów słońce, ale i rześki wiatr - jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam z wiatru;) Długa prosta. Wydaje mi się, że z górki, ale jakoś ciężko idzie, nawrót. O nie - jednak teraz dopiero jest lekko w dół. 
Daleko przed sobą widzę Most Małgorzaty. O, jak zazdroszczę ludziom, którzy już przez niego biegną. Wreszcie i ja na niego wbiegam. Dobijcie mnie! Ledwo żyję, a tu jeszcze trzy kilometry z groszami. Znów Wyspa Małorzaty. 
Dookoła ludzie klaszczą, dopingują, a moja głowa zaczyna kusić: zatrzymaj się! Przejdź się kawałek, przecież jesteś taka zmęczona - patrz jak wolno biegniesz! Zerkam na zegarek - wychodzi, że wcale nie tak wolno - znów jest z górki. A głowa znów: skoro tak szybko biegniesz, to zwolnij, popatrz biegniesz szybciej od założonego tempa, możesz zwolnić.... Szczęśliwie nogi są dość daleko od głowy i nie dosłyszały - bo jakimś cudem dalej robią swoje. Tylko gdzie jest ten cholerny ostatni wodopój? Wody! Pragnę wody! (tak, tak - ten ostatni, z którego tak lekkomyślnie sobie żartowaliśmy). Jest! A na nim kurtyna wodna - wpadam po strumień wody - a potem standard: łyk i chlust!.
Ostatnia prosta, już z daleka widzę bramki przy mecie. Mija mnie jakaś Węgierka w różowej koszulce dopingowana przed znajomych. A, niech biegnie! Nie będę jej gonić, nie dam rady.
Na kilkadziesiąt metrów przed metą, uaktywnia się we mnie jakiś gen rywalizacji - przyspieszam i jednak gonię różową bluzeczkę. Meta coraz bliżej, już widzę zegar i na nim czas: 1:58. Będę szybciej niż w Warszawie! 
Słyszę spikera, który przez mikrofon wyczytuje z węgierskim akcentem moje imię i nazwisko, Polska! Lengyelország! Dzięki temu zamiast przekraczać metę z nosem wlepionym w zegarek, macham rękoma i wpadam z bananem na twarzy.


fot: http://www.futanet.hu


Udało się! Dobiegłam! Nie umarłam na słońcu! I jeszcze udało się przebiec lepiej niż w Warszawie: 1:55:37!
Chwilę łapię oddech i idę dalej. Ze zdziwieniem stwierdzam, że na mecie nie ma tłoku. Szybko odkrywam czemu: nikt nie rozdaje pamiątkowych medali. Chyba ich po prostu nie ma. Kawałek dalej czeka na mnie mąż. 
Korytarz z barierek jak po sznurku prowadzi nas do stanowisk, gdzie wolontariusze rozdają pakiety metowe, jak to nazwałam: w torbie znajdujemy różne batoniki, opakowanie chrupkiego chleba, dwie butelki picia.  Barierki prowadzą nas dalej - tym razem do stanowisk, gdzie oddaje się chipy. To mi się podoba - nie ma możliwości powtórzyć mojego wyczynu z Warszawy, gdzie oczywiście niechcący, udało mi się czipa nie zwrócić. 
Zastawiamy się czy ruszać w tłum pomiędzy namioty - ale decydujemy się na większy spokój. Znajdujemy ławeczkę nad Dunajem i tam odpoczywamy i dzielimy się wrażeniami.


Zasłużony odpoczynek. Ta różowa ścieżka to tartan dla biegaczy.

Potem jeszcze powrót do hotelu, prysznic i...idziemy wszyscy dobić się na spacerze po Budapeszcie. Powrót do Polski jest przewidziany następnego dnia.

Do czego może służyć maluch...?



 Biegłam tu! To ten most, od którego z wrażenia przechodziły mnie ciary



Parlament










A jak babcia przeżyła sam na sam z trójką szatanów? Żeby wyrównać szanse zarządziłam system nagród i kar: rysowane na kartce plusy i minusy. Za dużo plusów obiecałam niespodziankę.
Zadzwoniłam tuż przed granicą spytać co i jak. Odebrało dziecko nr 1. 
- A wiesz mamo, że nie mamy narysowanych jeszcze żadnych minusów.
Chwila wahania
- Ale plusów też jeszcze nie...
Z tła słyszę głos Mariki:
- Nie mają minusów, bo im jeszcze nie zdążyłam dopisać!


środa, 17 kwietnia 2013

Oszalałam! Oszalałam??

Oszalałam! Oszalałam??
Od wczoraj wpatruję się w dwa maile na moim komputerze i na razie nie mogę uwierzyć, że będąc w pełni władz umysłowych (a może jednak nie...?) wyraziłam zgodę na takie coś, a nawet wykazałam pewien entuzjazm:


"Dziękujemy za zgłoszenie się do 35. Maratonu Warszawskiego."


"Thank you for registering for the 38th TCS Amsterdam Marathon."







Tak, dobrze widzicie. Jestem na liście uczestników Maratonu Warszawskiego 29 września oraz Maratonu w Amsterdamie 20 października. Trzy tygodnie przerwy.

Ile do tej pory przebiegłam maratonów?
Zero.



Skąd ta, chyba jednak szalona koncepcja? Cóż, wszystko dzięki mężowi i dwóm znajomym, którzy dopiero co ukończyli swój pierwszy maraton w Łodzi. Endorfiny nadal buzują i cała trójka stwierdziła, że oni chętnie jeszcze raz dadzą się tak sponiewierać - jak stwierdził Paweł, jeden z nich. A nawet dwa razy: w Warszawie i Amsterdamie.
No i tu mąż zwrócił się do mnie czy nie chciałabym dołączyć. Do obu. Albo jednego z nich.
Jeden z nich: Który? Który? Warszawski, jubileuszowy bo 35-ty, na własnych śmieciach, blisko domu? Czy Amsterdam - bo to...Amsterdam, no.
Oszalałam i kazałam klepnąć oba. 
Kazałam wujkowi Googlowi poszukać co internauci biegacze na to. Różnie: od przestróg, że nie więcej niż dwa maratony w roku (to się zmieszczę he he) i przerwa minimum miesiąc, a optymalnie trzy miesiące, po wpisy ludzi, którzy machają maratony niemalże co miesiąc.

Nie będę walczyć o nie wiadomo jaki czas. Chcę dobiec i nie umrzeć. Chcę przekroczyć metę na Narodowym. Chcę przebiec przez Amsterdam. Mam pół roku, żeby przygotować mój organizm na mega wysiłek.
Dam radę? Nie wiem. Może po drodze zrezygnuję - ale... no risk - no fun, nie? (Mamy z mężem to hasło na ślubnych obrączkach ;))

Jeśli uważacie, że zwariowałam, oszalałam, jestem nieodpowiedzialna, proszę, bądźcie łagodni w komentarzach dla wariatki.



A na razie analizujemy prognozy pogody na weekend - bo jesteśmy oboje zapisani na półmaraton do Budapesztu. Plan był taki, żeby pojechać tam na motocyklu, więc brak opadów po drodze bardzo wskazany.
Jeśli zadecydujemy, że jedziemy (dziś wieczorem ma ostatecznie zapaść decyzja, teściowa do dzieciaków już zaklepana), będziemy biec tędy:


Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger