czwartek, 26 lipca 2018

Adventure Trophy cz.1

Nie mogę uwierzyć, że jestem już po największej wyrypie w jakiej wzięłam udział. Przeżyłam. Nie skontuzjowałam się. Dotarłam do mety. A najlepsze - a może najgorsze - w tym wszystkim jest to, że nie mówię "nigdy więcej"...
Nawet nie wiem od czego zacząć opowiadanie - bo działo się dużo, bardzo dużo.


Rajd przygodowy - co to takiego.


To wieloetapowa impreza, w czasie której poruszasz się w terenie z mapą. Na mapie masz zaznaczone punkty kontrolne, w których musisz się pojawić. Dowodem na to, że byłeś w konkretnym miejscu może być zdjęcie, może być podbita karta startowa przy pomocy specjalnego dziurkacza, może być wreszcie potwierdzenie przy pomocy elektronicznego czipa (tak właśnie było na Adventure Trophy. Każdy członek zespołu miała czipa i każdy z nas musiał go podbić w punkcie). Impreza odbywa się w formule non - stop. Sam decydujesz czy i ile czasu poświęcasz na przespanie się. Pierwszą noc przeleci się bez spania. Na krótszych zawodach jest duża szansa, że w ogóle uwiniesz się przed nocą. Ale jak zawody mają limit 72 godziny - jak przetrwać drugą, trzecią noc na nogach?

Mapy

Mapa nie jest tak zwyczajna. Nie znajdziesz na niej oznaczeń szlaków turystycznych (wyjątek stanowił tutaj etap przez Tatry, gdzie pozostawiono oznaczenia szlaków), oznaczeń większości dróg, nazw miejscowości (poza tymi kluczowymi - na przykład tymi, w których znajduje się przepak).
Jeszcze trochę inne są typowe mapy do BnO - czyli biegów na orientację. Tu stosuje się inną kolorystykę niż na normalnych mapach, na przykład kolor biały oznacza las, przez który można swobodnie przejść, kolorem żółtym jest oznaczany teren otwarty. Nie ma również słownych opisów punktów, są piktogramy. O których zresztą dowiedziałam się  od Słomianych Bambusów w samochodzie jadąc do Krakowa :). Lepiej późno niż wcale :) Cały czas zdobywamy doświadczenie na imprezach z mapą i nigdy z Tiborem w klasycznym BnO nie braliśmy udziału. Tak więc drogę na miejsce spędziłam wertując w komórce odpowiednie strony i próbując przyswoić te wszystkie hieroglify :).
Mapy dostaje się do reki...różnie. Pamiętam, że na Mountain Touch dostaliśmy je na odprawie na dzień przed. Na Krajna AR - chyba na godzinę czy dwie przed startem. Tu mapę do prologu dostaliśmy w chwili startu, a zestaw map na właściwą już imprezę na 15 minut przed wyruszeniem w drogę.

mapa do BnO



Logistyka

Ooo, na rajdach przygodowych przy próbach logistycznego ogarnięcia sprzętu i przepaków może mózg się zagotować. Serio. Niezależnie od długości imprezy już sam fakt, że jest kilka konkurencji i z biegu przerzucasz się na kajak, z kajaku na rower, z roweru znów na nogi i tak dalej - już rodzi problemy. Trzeba ogarnąć strój, obuwie, zarówno to co ma się na sobie jak i rzeczy na zmianę. Im dłuższa impreza, więcej etapów, więcej zmian - tym trudniej wszystko rozplanować. A jak jeszcze okazuje się, że pudełek masz mieć cztery i nie na każdym przepaku spotkasz je wszystkie - bo na jednym będzie czekało pudło A plus rowerowe, a na drugim tylko B, a na trzecim tylko A, a na czwartym nic, tylko zostawiasz rolki, i tak dalej - to sprawa komplikuje się mocno. Łaziliśmy z rozpiską trasy i opisu jakie pudło ma być na jakim przepaku, plus porównywalismy z jakiej na jaką konkurencję się przerzucamy, plus jeszcze jaki będzie następny etap po tym zmienionym i gdzie czekają zadania specjalne. Trezba było planować na dwa, trzy kroki naprzód, bo okazywało się, że na przykład na rolki musimy zabrać kijki trekkingowe - bo potem jest etap pieszy, a na przepaku nie będzie żadnego z naszych pudeł. Na jeden z etapów rowerowych musimy przytroczyć do plecaków buty do biegania, bo pudła, do którego mogłabym je schować nie zobaczę przed następnym etapem trekkingowym. . A w innym miejscu musimy jeszcze zabrać ze sobą uprzęże i karabinki - bo czekają nas zadania z liną. Cały wieczór po odprawie łaziliśmy pomiędzy pudłami i staraliśmy się zapakować rzeczy tak, żeby na pewno miało to ręce i nogi i niczego kluczowego na żadnym etapie nam nie zabrakło. Tibor wertował jeszcze cała listę w autokarze, który wiózł nas na miejsce startu i jeszcze odkrywał nowe rzeczy.
Oprócz ciuchów i sprzętu trzeba było jeszcze ogarnąć jedzenie. Bo organizator na takich imprezach właściwie jedyne co zapewnia to wodę. Z żarciem trzeba ogarnąć się samemu i zadecydować co brać do plecaka, co upchnąć w pudłach.


Sprawdzanie sprzętu obnowiązkowego


Pogoda

Jakiego wielkiego mieliśmy farta do tej pory z aurą! Wszystkie biegi górskie, rajdy, w których braliśmy udział na przestrzeni ostatnich lat, odbywały się przy dobrej pogodzie. Na Transgrancanarii zapowiadało się groźnie - ale ostatecznie front przeszedł zanim bieg ruszył. No więc teraz aura postanowiła chyba wyrównać za te wszystkie poprzednie starty. Padało jak jechaliśmy w kierunku Krakowa. Lało na prologu. Padało jak wieźli nas w Tatry. Padało gdy ruszaliśmy i przez następne 30 godzin również. Dzień i noc. Szczęśliwie trafiliśmy na krótką przerwę w opadach, gdy ruszyliśmy na etap rolkowy - ale nocny etap trekkingowy znów był w zlewie. Na pierwszy rower ruszaliśmy w deszczu. Jeszcze nigdy tyle czasu nie spędziłam moknąc. Jeszcze nigdy nie miałam tak mokrych stóp. Miałam poutykane po bagażu i pudłach suche skarpetki na zmianę. Na każdym przepaku stopy były suszone i smarowane sudocremem. I co z tego - jak i tak pakowało się je w mokre buty. A jak jakimś cudem buty ciutkę przeschły - to zaraz trzeba było przejść przez pięćset strumieni, kałuż i błota. Albo przez mokrą trawę wysoką po kolana. Albo człowiek zlatywał z roweru prosto w kałużę. Przez większość czasu z tych ponad 71 godzin spędzonych na trasie, miałam mokre buty, mokre skarpetki i mokre nogi. Namoczona, rozmięknieta skóra nie stanowiła żadnej ochrony przed nierównościami, kamieniami, gałęziami na trasie. I pod koniec było bardzo, bardzo ciężko - bo każdy krok równał się ból. Całe szczęście, że ostatni etap był rowerowy - bo inaczej nie jestem pewna czy dotarlibyśmy do mety w limicie.




Trasa

Adventure Trophy składał się z prologu - czyli krótkiego biegu na orientację po Krakowie oraz trasy właściwej. Kolejność na prologu ustalała kolejność wychodzenia zespołów na trasę dzień później. My wybiegaliśmy dziewiąte miejsce. Sam prolog odbył się w mega zlewie. Takiej, że potoki wody spływały chodnikami i ulicami. Nigdy nie biegałam w takich warunkach. Oczywiście buty, które miałam na sobie, miałam założyć dzień później. A było jasne, że nie wyschną. Pocieszałam się, że przeschną na moich nogach po drodze. He, he. To był niezły dowcip. Buty wysuszyłam dopiero po powrocie do Warszawy.
Trasa właściwa prowadziła przez kawał Małopolski. Zaczynała się od Tatr, mieliśmy przejść przed Dolinę Pięciu Stawów, przełęcz Krzyżne, Murowaniec, Kasprowy,  Kopę Kondracką. Potem z Tatr Zachodnich spaść w kierunku Spisza i pokonać kawał Beskidów. W planach były też dwa etapy kajakowe: po Zalewie Czorsztyńskim i Dunajcu. Wszystko razem miało liczyć około 400 km. Ale przecież wszystko zależy od tego czy na punkty podchodzi się bezbłędnie i czy w ogóle udaje się wszystkie zbierać. A tym razem dużo do powiedzenia miała również pogoda i trasa była modyfikowana. Część etapów było kasowanych, w części zmieniany był przebieg. Na każdym przepaku trzeba było zapoznać się ze zmianami, nanieść na swoje mapy, ogarnąć zamiany limitów.
Pierwsze zmiany przyniósł już czwartek. Schronisko w Piątce zostało odcięte od świata. Tak więc ta część plus przejście przez Krzyżne zostało skasowane. Zamiast tego niebieskim i zielonym szlakiem przez Gęsią Szyję mieliśmy do razu dostać się do Murowańca. Szlak ten idzie niższymi partiami i pewnie z założenia miał być bezpieczniejszy. Przyniósł jednak więcej emocji niż potem wędrówka czerwonym szlakiem, który idzie granią. Zupełnie zlikwidowano etapy kajakowe. Było po prostu zbyt niebezpiecznie. Zamiast tego dołożono mtb - co trochę mnie niepokoiło, bo jechałam do Krakowa wiedząc, że na rowerze jeździłam za mało i bojąc się czy gdzieś po drodze nie wysiądą mi baterie i czy dam radę. No i jeszcze rolki... Mój zdecydowanie najsłabszy element, szczególnie hamowanie. Tibor pocieszał mnie, że nie będzie źle, etap miał być "szybki", przebiegać dobrej jakości asfaltem - jak się później okazało ścieżką rowerową. Miałam nadzieję, że moje jazdy, nawet jeśli głównie z wózkiem, oswoiły mnie trochę ze sprzętem. W dalszym jednak ciągu niepokoiło mnie to hamowanie - jak się potem okazało słusznie ;)

Z taką tablicą plus naniesionymi zmianami na mapach trzeba było się zapoznać na każdym przepaku

To tyle takiego wstępu i wprowadzenia w to co nas czekało. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi :)

2 komentarze:

  1. Kobieto ty to lubisz życie na krawędzi! Podziwiam cię bardzo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady z tą krawędzią :) Ot, raz na jakiś czas robię coś bardziej szalonego :)

      Usuń

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger