niedziela, 15 września 2013

V Bemowski Bieg Przyjaźni

Przed tym wpisem miał znajdować się inny. Dotyczący planów i jak mi idzie ich niewypełnianie ;))
Bo biegania w ostatnim tygodniu miało być więcej. Ale w domu dziecko nr 1 po operacji z fastrygą za uchem (wszystko ok). I pogoda jakaś taka jesienna się zrobiła. A ja mentalnie jeszcze w lecie jestem i nie mogę przyzwyczaić się do egipskich ciemności o ósmej wieczorem, nie mówiąc już o deszczu, który ostatnio też popadał. I jeszcze urodziny, podwójne - bo dzieci nr 2 i 3 mają je w pięciodniowym odstępie. 
Więc na przykład z takich planów pojawienia się znów na BBL nic nie wyszło, bo robiłam tort z miliona kalorii ;) Za to  naszą rodzinę godnie reprezentował małżonek z dwójką dzieciaków.
Ja się naprawdę bardzo cieszę, że nie biegam wg jakiegoś ścisłego planu, bo inaczej dawno bym się załamała i rzuciła pewnie w cholerę to bieganie. Bo na bank nie zdołałabym go zrealizować. A tak to trochę luz - bluz. Jak nie dziś - to kiedy indziej. Świat się nie zawali.

Mając na względzie ostatnie luźniejsze dni,  musiałam wydumać na co tak właściwie się nastawiam na Bemowskim Biegu Przyjaźni, na który to bieg zapisałam się swego czasu z małżonkiem.
Ostatni raz w zorganizowanej imprezie na tym dystansie biegłam w styczniu, na Chomiczówce. To był zresztą mój debiut na jakimkolwiek biegu ulicznym.  Od tamtej pory minęło jednak trochę czasu, biegam szybciej i nieoficjalne rekordy zarejestrowane na endomondo są lepsze od tamtego wyniku. 
Nastawiać się na pobicie takiego nieoficjalnego rekordu? No tak - ale endomondo bierze pod uwagę najlepszy odcinek, niekoniecznie od samego początku. 
23: 37 - to nieoficjalny najlepszy mój czas wyliczony przez aplikację. Uznałam, że jak uda mi się pobiec poniżej 24 minut - to będę się cieszyć. Na pobicie rekordu jakoś się specjalnie nie nastawiałam - i jak się okazało - nie doceniłam się :)

Bieg na 5 km, w stylistyce PRL, biegnie uliczkami dawnego osiedla budowniczych Pałacu Kultury. Wśród nagród na mecie - rolki szarego papieru toaletowego;) 
Na miejsce dostaliśmy dzięki miejskim rowerom Veturilo (genialna sprawa - wypożyczasz w jednym miejscu, oddajesz w innym, pierwsze 20 minut za darmo), tak też wróciliśmy z powrotem,aby dalej z moimi rodzicami celebrować urodziny synów nr 2 i 3.

Pomimo, że w strefie startu były karteczki mające przeciwdziałać ustawianiu się wolniejszych osób z przodu, po ruszeniu okazało się, że wiele, wiele dziewczyn ustawiło się źle i trochę zakorkowały trasę. Wyprzedzanie było utrudnione, bo uliczki są dość wąskie. Z drugiej strony, pewnie dzięki temu, po raz pierwszy udało mi się nie przeszarżować pierwszego kilometra. Nigdy nie umiem ocenić swojego tempa, daję się ponieść emocjom, tłumowi - i w tych nielicznych zawodach, w których biorę udział, początek wychodzi mi z reguły zbyt szybki.
Później stawka się rozciągnęła, biegło się wygodnie i z wyprzedaniem nie było problemu.

Na trasie szalał mój mąż z aparatem dopingując mnie. W którymś momencie wrzasnął: " Jesteś dwudziesta!". Dwudziesta? Wow!! Przy zapisach limit dla kobiet wynosił 200 miejsc. Nie wiem czy wszystkie osoby, które opłaciły start pojawiły się dziś na biegu - ale dwudziesta - to brzmi nieźle! I od razu fajniej się wyprzedało następne dziołchy. Dziewiętnasta....Osiemnasta... Przede mną zamajaczyły następne dwie panie. Oj, ciężko już było je dogonić. Do mety zostało półtora kilometra. Powoli, powoli zbliżałam się do Różowej Bluzeczki. Bluzeczka słysząc mój zmęczony oddech przyspieszyła. Zrównałam się z nią i przez chwilę biegłyśmy koło siebie. Wyprzedziłam. Teraz ja ją słyszałam za plecami. Blisko. Cały czas blisko. Ciekawe czy za moment mnie jednak nie wyprzedzi. Nie udało się - wpadła na metę parę sekund po mnie - pogratulowałyśmy sobie udanego biegu. 

Z mety nie pamiętam nic. Nie widziałam zegara wyświetlającego czas, nie słyszałam konferansjera wyczytującego mnie z imienia i nazwiska. Chyba byłam zmęczona :)
Udało mi się dobiec na piętnastym miejscu (tu nie ma klasyfikacji wiekowej, jest tylko open) z czasem...22:49 brutto! (Zegarek netto pokazał mi 22:41, ale nie doszacował mi 60 metrów, więc nie wiem na ile wskazania czasu są prawidłowe) Nie spodziewałam się absolutnie, że uda mi się pobiec poniżej 23 minut, więc ze szczęścia endorfinki tryskały mi uszami. 
Mąż się z lekka zestresował  czy go tu baba nie pobije, ale też nie docenił swoich możliwości, bo pobiegł tak szybko, że nie zdążyłam mu zrobić zdjęcia jak wpadał na metę. I naprawdę mało mu brakowało do złamania 20 minut.

Czuję się trochę podbudowana przed zbliżającym się wielkimi krokami Maratonem Warszawskim. Co prawda 5 km, a 42 km - to zupełnie inna bajka - no ale jednak czuję się lepiej.
Czułabym się jeszcze lepiej, gdyby udało mi się zrobić jedno wybieganie w okolicach 30 km (ach, te moje plany;). Wydumałam, że jutro jest ostatni dzwonek, kiedy mogę porwać się na tak długi dystans. Jak się nie uda - to będę się trzymać teorii wyczytanej w jakimś mądrym artykule - że trzydziestokilometrowe wybiegania przed maratonem są zupełnie niepotrzebne;) I niech się dzieje wola nieba - albo jakoś tak.

A na zakończenie parę fotek mojego szalejącego z aparatem męża:

 Wspólna rozgrzewka pod dyktando pani na scenie


Na starcie


 Pierwsze 2,5 km. Jeszcze się uśmiecham ;)





 Gonię Różową Bluzeczkę


A tu już się nie uśmiecham. Patrzę się na męża wzrokiem mówiącym " Przestań się drzeć, że mam dawać, bo uduszę!"

 Ostatni zakręt przed metą. Te zdjęcia pozbawiły mnie złudzeń, że biegam na śródstopiu. Przy normalnym truchtaniu - pewnie tak. Ale na takich zawodach walę piętą aż miło.


 A tu się mocno zdziwiłam widząc swoją łydkę. To ja mam tam takie mięśnie??


Zmęczona. I szczęśliwa




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger