sobota, 28 lipca 2018

Adventure Trophy cz. 3

Godzina 43-50

Ten nocny zjazd z Turbacza wspominam jako jeden z fajniejszych momentów na całym rajdzie. Było w tym coś nierealnego i magicznego. Trzy czołówki wśród cichych gór. Nad nami rozgwieżdżone, niesamowite niebo. Parę razy gasiliśmy światła, żeby w milczeniu pogapić się na Mleczną Drogę.
Zjazd był chwilami emocjonujący i wymagający skupienia. Nie był banalny, przynajmniej dla mnie. Raz człowiek musiał uważać na kałuże i lawirować na wąziutkich paseczkach suchego terenu, po to by za moment lecieć po kamieniach starając się nie wpadać w panikę i nie dać się zrzucić. Trochę oddechu na zwykłym piaszczystej ścieżce, po to by za moment walczyć z błotem i rozpryskiwać wodę w strumieniu. Zdarzało się, że strach okazywał się większy i schodziłam z roweru. Zdarzało się, że w ciemności źle wybrana trajektoria jazdy kończyła się glebą. Ale i tak chłopaki potem się ze mnie śmiali, że lepiej zjeżdżałam po ciemku niż za dnia. Pewnie dlatego, że połowy rzeczy nie widziałam :)
W schronisku w ogóle spotkaliśmy grupę bikerów, którzy ewidentnie znali okoliczne szlaki jak własną kieszeń. Zainteresowali się nami i imprezą, w której bierzemy udział. Poradzili, żebyśmy nie zjeżdżali do Rabki czerwonym szlakiem, bo jest dużo błota. Co prawda nie byłam sobie w stanie wyobrazić, że jakaś ilość błota mnie zaskakuje, ale rada, że jak zjedziemy szlakiem niebieskim, to potem skręcimy na szosę idącą cały czas w dół, podziałała kojąco na wyobraźnię.
Rzeczywiście w końcu dotarliśmy do drogi. Szkopuł był tylko jeden: to "cały czas w dół" miało nachylenie 20%... Znów trzeba było bardzo uważać. Szosa, nawet tak stroma, nie wymagała takiego natężenia uwagi jak wcześniej zjazd szlakiem. Zmęczony organizm znów próbował się wyłączyć.
Na szczęście bez żadnych niebezpiecznych przygód udało się dotrzeć do przepaku. Zmiana butów na biegowe, mapka w dłoń i dawajcie mi tu te dziewięć punktów.
Pamiętam jak na odprawie, gdy doszło do omawiania tego BnO, organizator znacząco się uśmiechał. Że zajmie to nam nawet dwie godziny. Dwukilometrowe BnO i dwie godziny??







Szybko się przekonaliśmy o co chodzi. Łaziliśmy po gęstym lesie, po krzakach, przedzieraliśmy się przez paprocie, schodziliśmy do jarów, szliśmy dnem strumieni, podchodziliśmy pod górę. Pierwszych lampionów szukaliśmy jeszcze po ciemku. I co z tego, że teoretycznie były oznaczone odblaskami. Człowiek mógł sobie do usranej śmierci świecić czołówka i jeśli nie był naprawdę tuż koło punktu - to nic nie widział.  Potem zaczęło świtać i przynajmniej widzieliśmy gdzie idziemy.
Przez cały czas kontrolowaliśmy czas, bo na przepak dotarliśmy koło czwartej rano, a o do szóstej musieliśmy ruszyć dalej. Czas mijał nieubłagalnie. Jeszcze tylko trzy punkty. Jeszcze dwa. Jeszcze jeden - ale mamy tylko 15 minut.




I wtedy Bartek, który nawigował, nagle stwierdza, że coś mu się przestaje zgadzać. Stajemy i myślimy co robić. Jeśli właśnie się zgubiliśmy, to odnalezienie się na mapie może zbyt długo trwać. Może odpuścić ten ostatni punkt? Kurczę, tak blisko byliśmy, szkoda... Mój mózg też pracuje. Mam wrażenie, że nie mieliśmy gdzie się zgubić. Proponuję, żeby próbować szukać. Zaczynamy biec. Bartek krzyczy, że chyba jednak jest ok. Zgodnie z jego wytycznymi skręcamy ze ścieżki w las. Zgodnie z piktogramami lampion powinien być pomiędzy dwoma wzgórkami. Biegniemy, ale cały czas teren jest płaski! Cholera! Nagle jest, podnosi się! To gdzieś tam. Przed nami wyrasta ściana paproci. Wbiegam w nie. Już wiem, że można przelecieć w odległości pół metra od lampionu i go nie zauważyć. Za paprociami widzę zwalony pień drzewa. A za nim lampion.
Szybko potwierdzamy obecność czipami i rura do miejsca przepaku. Zdążamy. Endorfiny tryskają, mamy poczucie dobrze spełnionej roboty.
Nasze dobre samopoczucie mija, gdy Bartek zauważa, że mamy przejechać ponad 20 kilometrów, a następny punkt kontrolny zamykają nam za niecałe trzy godziny. O-o.... Na tablicy informacyjnej już przy trzech zespołach kłują w oczy literki DNF. Nie możemy być następnym!
Do plecaków przytraczamy sprzęt wspinaczkowy - bo na dalszym etapie znów są zadania specjalne. Muszę też jakoś przywiązać buty biegowe. Pudła, które jest na tym przepaku nie zobaczę już aż do mety, a przed nami jeszcze jeden etap trekkingowy. Zbieramy się i robimy wszystko, żeby zdążyć do następnego przepaku. Na szczęście sporo trasy wiedzie szosą. Parę minut po ósmej meldujemy się w punkcie.

Godzina 51- 58

Powiem szczerze, że nie mogłam doczekać się tego etapu. Miałam już trochę dosyć roweru. Bolał tyłek - i od upadku na rolkach i od siodełka. Miałam dosyć mokrych, oblepionych błotem butów. Marzyłam o przebraniu się w czyste, suche ubrania. No niestety, wszystkie wyciągane rzeczy ze skrzyni okazały się mokre... Nie wiem czy plastikowe wieko zostało przez nas niedokładnie zamknięte, czy po prostu pogoda była taka, że woda wdzierała się w każdy najmniejszy otworek (a pudła na kolejne przepaki były przewożone na otwartej pace), efekt był jaki był. Trudno: wciągam na siebie mokre rzeczy. Wyschną.
Wydawało mi się, że trekking pójdzie nam sprawnie, bo podejścia w tej części Beskidu nie są już tak "syte" jak w Gorcach.




I rzeczywiście z początku szło nam całkiem sprawnie, nawet pomimo pogody, która wpadła w drugą skrajność i od samego rana paliło słońce na bezchmurnym niebie. Nie wiem, w którym momencie  i ja i Tibor zaczęliśmy zwalniać. Nasze stopy, prawie non stop mokre, zmuszane cały czas do działania, powoli zaczynały odmawiać posłuszeństwa. A jeszcze dodatkowo przegapiliśmy drogę, która miała nas doprowadzić do następnego punktu. Zawróciliśmy - ale mełłam  w głowie różne przekleństwa, gdyż to oznaczało powrót pod górę. Każdy nadprogramowy krok przyczyniał się do dalszego masakrowania podeszw stóp.




Kolejny punkt był usytuowany tak, że trzeba było wleźć, a jakże, do strumienia. Ale tym razem to moczenie przyjęłam z wielką ulga. Miałam wrażenie, że stopy mnie palą, a woda przynosiła takie ukojenie...



Wiedzieliśmy, że trasę musimy skrócić, część rzeczy odpuścić. Jaskinia z zadaniam ispecjalnymi odpadła,  bo znów goniły nas limity. Na następnym przepaku musieliśmy pojawić się do godziny siedemnastej, żeby mieć szansę odsapnąć i ruszyć dalej, na ostatni etap rowerowy.
Ten fragment znów był trudny dla głowy. Schodziliśmy z gór w kierunku Zawoi łatwym terenem. A jak jest łatwo, to mózg znów zaczyna wariować :) Ciężko się zdziwiłam, gdy dwie dziewczynki w sukienkach w żółtą kratkę, trzymające się za ręce i podskakujące wesoło, okazały się po prostu stosem drewna... A potem tradycyjnie zaczęliśmy zasypiać w marszu. Całe szczęście, że droga, którą szliśmy była praktycznie pusta. Od czasu do czasu przejeżdżał samochód jadący do któregoś z domków letniskowych. I jeden z takich samochodów obudził nas klaksonem. Musiał obudzić, bo nie słyszałam, żeby nadjeżdżał.

Takie przeloty na zmęczeniu były najgorsze. Momentalnie człowiek zasypiał.


Wreszcie udało nam się dotrzeć do przepaku. Nie sądziłam, że tak szybko zatęsknię za rowerem - ale nie mogłam się go doczekać. Moje stopy przedstawiały opłakany wygląd. Kalafiory, pęcherze, krwiaki. Długo bym na nich nie pociągnęła. Zastanawialiśmy się czy w ogóle będziemy w stanie pedałować. Trwała też burza mózgów nad mapą. Jaki wybrać wariant, żeby zdążyć na czas na metę. A to był długi etap, ponad stukilometrowy.
Powiem Wam jako ciekawostkę, że w trakcie, gdy chłopaki opracowywali trasę, organizator zbierał się, żeby zdążyć do Krakowa powitać pierwszy zespół na mecie... Nas czekała jeszcze jedna noc w trasie.

Ośrodek Beskidzki Raj. Na wieży trzeba było podbić punkt. 



Godzina 59-72

Na szczęście udaje się pedałować. Boli tylko trochę moment wpinania i wypinania. Proszę jednak chłopaków, żeby odpuścić jeden z punktów, który wymagał pchania rowerów po szlaku, w górę. Chciałam jednak te moje stopy pooszczędzać - bo nie wiadomo było ile jeszcze zniosą.
Początek drogi był dla mnie trudny. Pchaliśmy się najkrótszą drogą, przez jakieś bezdroża, żeby wydostać się z gór. Ja byłam tak zmęczona, że zsiadałam z roweru w terenie, który dobę wcześniej pewnie bym spokojnie przejechała. Z ulgą powitałam asfalt - choć oczywiście to nie oznaczało, że zrobiło się płasko. Podjazdów do samego końca mieliśmy bardzo dużo.

Ha! A pod tą górkę podjechałam!


Wyjechaliśmy już z gór. Pamiętam, że poczułam żal, że coś się już kończy. Ale przed nami była jeszcze nocka i setka na rowerze


Udało nam się jechać do około dwudziestej trzeciej. A potem zgodnie walnęliśmy się na przystanku autobusowym w jakieś wsi. Budzik nastawiony na półtorej godziny snu. Obudziliśmy się nawet wcześniej, z zimna. To były ciężkie godziny. Trzecia noc na nogach. Te w sumie cztery i pół godziny snu, które wyrwaliśmy w ciągu trzech dni, były niczym. Mózg znów wariował i tworzył halucynacje na potęgę. Było ich dużo, większości nie pamiętam. Niektóre nie były spektakularne. Tibor, który jechał przed nami, od czasu do czasu odwracał się, żeby sprawdzić gdzie jesteśmy. W ciemności światło czołówki moja głowa brała za nadjeżdżający z przeciwka samochód. Pamiętam, że zdziwiłam się, że ktoś przed domem ukształtował sobie trawnik w kształt galopującego konia :) Ale były też tak dziwaczne i śmieszne, że od samego początku wiedziałam, że to musi być halucynacja i zniecierpliwiona czekałam, kiedy wreszcie zobaczę co naprawdę tam jest. Tak było z balonem. Rozumiecie: środek nocy, a ja na poboczu widzę  kołyszący się na sznurku, wypełniony helem, balon w kształcie srebrnej rybki. Miała namalowane łuski, błyszczała i łypała okiem. Co tam jest naprawdę?? Wystające pieńki po ściętym krzaku. Rzeczywistość okazuje się banalna :)



Jedziemy w kierunku Krakowa, ale też szukamy punktów. Pod starym mostem kolejowym. Jest. Ruiny strażnicy za nieczynnym mostem kolejowym. O - tu było zabawniej, bo musieliśmy z rowerami przejść się kawał torami, a potem przejechać przez most. I nagle, na poboczu widzę cztery leżące rowery. Logika jest prosta: nasi. No bo kto normalny zostawia cztery rowery w środku nocy. Okazało się, że lokalsi z pobliskiej wsi zrobili sobie nocne spotkanie na moście.



Przy kolejnych poszukiwaniach miałam znów kryzys. Wyłączyłam się z szukania i stawiałam bierny opór. Szukanie lampionu w ciemnym lesie nad strumieniem nie należy do najłatwiejszych rzeczy i znaleźliśmy go tylko i wyłącznie dzięki uporowi Tibora. Zaczynało świtać.
To był ciężki ranek. Zasypialiśmy na rowerach wszyscy. Bartek nawet zdołał obudzić się dopiero wtedy, gdy przydzwonił w krawężnik. Byliśmy tak zmęczeni, że czasem nie wiedzieliśmy czy ktoś coś własnie powiedział, czy tylko nam się to przyśniło. Już tak nie wiele brakowało. Musieliśmy zameldować się na jeszcze jednym przepaku, zaliczyć jeden punkt z następnego BnO (na całość nie mieliśmy już czasu) i odnaleźć jeszcze dwa lampiony.
I nie mogliśmy znaleźć tego przepaku. Czas mijał, my wbijaliśmy się w kolejne drogi, kolejne okazywały się ślepymi zaułkami. Był stres - bo nie mogliśmy go opuścić. Trzeba się było meldować na każdym, to był warunek zaliczenia rajdu. Wreszcie Tibor przez jakąś strasznie zarośniętą leśną drogę, po której w życiu bym nie powiedziała, że jest właściwa, doprowadził nas na miejsce. Szybciutko wybraliśmy, którego punktu z BnO szukamy i ruszyliśmy. Aż szkoda mi było, że nie mamy więcej czasu. Bartek nawigował, stanął, powiedział, że to gdzieś tu. Zerknęłam co mówią piktogramy, spojrzałam się w las na ukształtowanie terenu, wybrałam moment skrętu i wyszłam prościutko co do centymetra na lampion.




Czas jednak gonił, wróciliśmy do rowerów. Jeszcze dwa lampioniki do zgarnięcia - i już prosta droga wałem powodziowym do Krakowa.
Na ostatni punkt Tibor nawigował jak po swoje. Skręt w las, szybka jazda ścieżką, wyjeżdżamy na szosę i...mąż mój staje i ewidentnie widać, że coś się cholernie nie zgadza. "Ta szosa miała iść w dół..."- mówi. No, nie chce iść w dół. Stoimy, a Tibor ewidentnie próbuje zrozumieć, gdzie popełnił błąd. W końcu z Bartkiem podejmujemy decyzję, że dajemy sobie spokój, jedziemy na metę, bo za moment nie wystarczy nam czasu.
Szkoda tego ostatniego punktu, z przyczyn czysto ambicjonalnych - bo w naszej klasyfikacji nic to nie zmienia.
Na wale znów musimy się mocno pilnować. Droga prosta jak drut, bez wyzwań, więc znów walczymy z sennością.



Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie na tle zamku i ruszamy w kierunku bazy. No cóż - i na dwieście metrów przed metą gubimy się :)) Wjeżdżamy nie w tą uliczkę. Aaaaa, co za wstyd!
Ale wreszcie jest. Po 71 godzinach i 39 minutach przejeżdżamy przez bramkę wyznaczającą metę i odhaczamy czipami naszą obecność na linii mety. Jest szampan, jest radość, ale przede wszystkim jest potworne, potworne zmęczenie.




Na trasę wyruszyło 15 zespołów. Do mety dotarło jedenaście. Z czego sześć w kompletnym, czteroosobowym składzie i tylko dwa z kompletem punktów.

Wrażenia po? Kawał, kawał ciężkiej ale i świetnej przygody. Nie sądziłam, że uda mi się w miarę sprawnie działać przez tyle godzin i na takim niewyspaniu. Pogoda przez pierwsze trzydzieści godzin to był jakiś hardcore.
Byliśmy jednym ze słabszych zespołów, najsłabszym z tych, które do mety dotarły. Nie mamy dużego doświadczenia na rajdach przygodowych (mówię za siebie i Tibora), doświadczenia na tak długich trasach nie miało żadne z nas. Jest sporo rzeczy do poprawy, do dopracowania, do wyćwiczenia.
Uważam, że od początku należy sprężać się. A to oznacza podbieganie tam gdzie się da. Część tatrzańska była trudna ze względu na pogodę, ale człowiek nie musiał nawigować. Szło się jak po sznurku, trzeba było tylko szybko przebierać nogami. U nas to nie wyszło, ze względu na kontuzję Pawła - ale uważam, że to był etap, na którym można było mocno zyskać. Później ciężko było nadrabiać - bo kolejne etapy były już bardziej techniczne (rolki!) lub wiązały się już z nawigowaniem pełną gębą. A narastające zmęczenie nie pomagało.
Nie pilnowaliśmy czasu na przepakach. Znaczy chyba na początku przyjmowaliśmy jakieś widełki czasowe - ale później wszystko rozłaziło się, nie potrafiliśmy zebrać się jakoś do kupy.
Nawigacja, ach... Temat rzeka. Paradoksalnie to, że część punktów odpuszczaliśmy, mógł w niektórych miejscach działać na naszą niekorzyść i wcale nas nie przyspieszał. Czemu? Bo na następne punkty nachodziliśmy od innej strony niż zaplanował to organizator i często była to strona o wiele trudniejsza, stromsza i mniej oczywista nawigacyjnie. Ba, zaryzykowałabym stwierdzenie, że chwilami robienie wszystkich punktów mogłoby trwać krócej, niż ta wybiórczość. Dopiero teraz, siedząc w domu nad mapami, na których mamy oznaczone wszystkie szlaki, widzimy jak to wyglądało. No cóż...następnym razem będziemy ciut mądrzejsi o to doświadczenie.

Jak to wypadło od strony formy? Na etapy piesze nie narzekam, choć stan stóp na koniec mocno mnie spowolnił. To było wkurzające - bo fizycznie mogłam iść szybciej, a nie mogłam ze względu na ból stóp.
Rolki...cóż... Myślę, że poszły mi szybciej i sprawniej niż w marcu na Krajnie. Ale za to przypłaciłam ten etap fioletowo - czarnym tyłkiem. Muszę jakoś ogarnąć w końcu to hamowanie, ale na razie rolki są moją najsłabszą stroną i ich po prostu nie lubię.
Rower. Bałam się go. Bałam się takiego stanu, że nie będę w stanie kręcić. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca i myślę, że za bardzo od chłopaków nie odstawałam. Mam problemy z mocno technicznymi kamienistymi zjazdami, . Jadę za wolno - a przez to rower zamiast płynnie przeskakiwać przez kamienie często gdzieś się blokował. I kończyło się to glebą. Cóż, Kampinos jest dobry do trenowania jazdy w suchym piachu, ale nie koniecznie technicznych, górskich zjazdów. Na podjazdach na szosie też kręciłam. Owszem, najczęściej wolniej - ale kręciłam.
Lepiej niż myślałam zniosłam noce. Na Krajnie zaliczyłam o wiele większy kryzys - ale wtedy było zimno (był mróz). No i w marcu noce są jakby dłuższe.

Jak nam się układała współpraca? Po Krajnie wyglądało to obiecująco i istniała duża szansa, że i teraz pomimo zmęczenia  nie pożremy się. Było w porządku. Owszem, ze dwa razy bardziej pomarudziliśmy do siebie z Tiborem. I raz ochrzaniłam Bartka, że znów sika (myślałam, że to mój mąż, który kilka minut wcześniej poleciał w krzaczki). Się chłopak ciężko z dziwił czemu się go czepiam :))).


Ot i tyle. To na pewno nie był nasz ostatni rajd. Na razie dalej odsypiamy, bo za moment jesień i nowe wyzwania i plany.


4 komentarze:

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger