piątek, 27 lipca 2018

Adventure Trophy cz.2

Godzina 0- 12

Rano dowiadujemy się o pierwszych zmianach na trasie. Nie będzie Krzyżnego, nie będzie Piątki, trasa została zmieniona ze względu na warunki. Autokar wywiózł nas do Palenicy Białczańskiej. Pierwszy zespół ruszył o 8.30, następne są wypuszczane co trzy minuty. My jesteśmy dziewiąci w kolejce, wyruszymy parę minut przed dziewiątą. Pogoda była stabilna, że się tak wyrażę. Stabilnie padało ;).



Czekając pod wielkim ogródkowym parasolem, nawet rzuciliśmy się na kupno dla mnie ślicznego gustownego foliowego płaszczyka. Nie był to jednak dobry pomysł - bo nawet idąc marszem człowiek szybko się pod taką folią gotuje. No właśnie: decyzją połowy zespołu przyjmujemy taktykę maszerowania, bez żadnych wyskoków biegowych. Niby decyzja wcale nie głupia, zważywszy na dystans, który nas czekał, ale nogi na niektórych fragmentach rwały się do biegu.

Nic się ciekawego z początku nie dzieje. Może poza tym, że Paweł ciuteńkę jakby zostawał bardziej z tyłu na stromszych podejściach. No i szlak stawał się coraz bardziej błotnisty. Oczywiście człowiek robił jakieś wygibasy, próbował jak najdłużej mieć suche stopy - ale te działania na dłuższą metę były skazane na porażkę. A zważywszy na to co działo się w następnych godzinach - takie jakby śmieszne :)



Trasa wiodła lasem, oprócz błota pojawiały się coraz częściej strużki i strugi wody ściekające gdzieś z gór. Nic dziwnego: cały czas padało. Wreszcie drogę zagrodził nam strumień. Był wartki, ale na szczęście dało radę pokonać go skokiem. Droga cały czas bez zmian: w wodzie, błocie, deszczu i pod górę. Do naszych uszu zaczyna dochodzić coraz wyraźniejszy huk wody. Przed nami widać inne zespoły. Co tam się do cholery dzieje?? Dochodzimy i oczy robią mi się jak spodki. Mamy prze TO przejść?? Jak?? W poprzek szlaku pędząc w dół huczy rwąca rzeka. Widać jak woda załamuje się na kamieniach. Jest szeroka i bardzo, bardzo wartka. Rozlała się tak szeroko, że zgarnęła w swój nurt kosówki. Część zespołów usiłuje przejść powyżej nich: tam jest ciut węziej, ale nurt jakby szybszy. My wybieramy wariant przez kosówki. Przeskakuję uważnie z gałęzi na gałąź, z niedowierzaniem wpatrując się w żywioł pod moimi stopami.




Wreszcie koniec oparcia. Kosówki się skończyły. Teraz trzeba wykonać dwa kroki przez wodę. Po drugiej już stronie stoi Paweł, wyciąga do mnie kije i cały czas powtarza, żebym uważała, bo jest bardzo silny nurt. Daję kroka, łapiąc kijka i w ułamku sekundy woda podcina mi nogi. W jednej chwili leżę zanurzona po samą szyję, starając się nie dać zepchnąć nurtowi w dół. Jakoś zostaję wyciągnięta przez Pawła. Stoję na brzegu ociekając wodą, w szoku. Śmieję się do rozpuku, ale jednocześnie czuję jak po twarzy płyną mi łzy. Gdyby ktoś w tym momencie kazał mi powiedzieć co czuję - nie byłabym w stanie odpowiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że przed nami jeszcze szmat drogi, jestem mokra od stóp do głów, nie mam ciuchów na przebranie i po prostu w tym stanie trzeba będzie iść dalej, w górę. Mam nadzieję, że jak będę się ruszać nie zmarznę za bardzo, a ubrania jakoś zdołają przeschnąć. Przeprawiają się Tibor z Bartkiem, też nie unikają kąpieli. Idziemy dalej. Spotykamy jeszcze  na naszej drodze strumienie - ale po tamtej przeprawie żaden z nich nie robi już na nas wrażenia.






Wychodzimy na tyłach Murowańca. Obowiązkowe zdjęcie przed schroniskiem, żeby org zaliczył nam punkt i idziemy dalej, na Kasprowy. Kawałek nad schroniskiem następna niespodzianka: w poprzek szlaku znów płynie rzeka. Na szczęście tu woda płynie w miarę spokojnie i bez problemu przedostajemy się przez przeszkodę, pomimo, że woda sięga chwilami dobrze za kolana.






Podejście na Kasprowy jest nudne. Chmury i mgła powodują, że nic nie widać. Szkoda mi zespołów z Holandii, Hiszpanii, Ukrainy. Ja w tych górach byłam i będę jeszcze nie raz. Wiem jak wyglądają przy ładnej pogodzie. Wiem, że na lewo widać normalnie Świnicę. Na prawo za nami jest Krzyżne, z którego powinniśmy schodzić. A teraz człowiek idzie taki zawieszony w mleku i nic prócz kilkunastu metrów szlaku przed sobą nie widzi.
Paweł zostaje coraz bardziej z tyłu, dzieje się coś niedobrego. Przecież niemożliwe, żeby podejście sprawiało mu aż taki problem.
Wreszcie Kasprowy, znów foteczka. Chowamy się na chwilę w pomieszczeniach górnej stacji kolejki. Zakładam kurtkę przeciwdeszczową, żeby chroniła mnie przed wiatrem.




Ciuchy mam dalej mokre, więc wodoodpornośc nie ma już żadnego znaczenia. Ruszamy czerwonym szlakiem.
Szlak ten wiedzie na Czerwone Wierchy, idzie granią. Na tej wysokości nie ma drzew, więc marsz jest mocno nieprzyjemny. Raz po raz podmuchy wiatru siekają deszczem po twarzy. Nie wiadomo jaką wybrać taktykę: iść wolniej, żeby Paweł za bardzo nie zostawał w tyle? Zimno, bo idzie się wolno. Iść szybciej, a potem czekać na wszystkich? Zimno się robi jak się stoi i czeka.






Zaczynam marzyć o błocie i strumieniach. Niech sobie będą, ale tam, niżej przynajmniej tak nie wiało, ten deszcz nie był tak dokuczliwy. Kolejne zdjęcie na Kopie Kondrackiej i ruszamy w dół.
Marzyłam o strumieniach? Oj, trzeba uważać na marzenia, bo mogą się spełnić...Niżej woda była wszędzie. Właściwie cały szlak zamienił się w potok. Nie dało się uciec, z góry płynęły strumienie, łączyły się, krzyżowały, wszystko tonęło w wodzie. Szliśmy brodząc, nie czując stóp, bo woda jednak była zimna. Jedyny plus był taki, że Paweł w tej wodzie odżywał i zasuwał do przodu :)






Wreszcie opuściliśmy TPN i ruszyliśmy dalej, w kierunku Spiszu. Pomimo, że teren stał się łatwiejszy, jest sporo asfaltu, nasze tempo się nie zwiększyło. Paweł dowcipkuje, ale już wyraźnie widać, że kuleje. Gdy myśli, że nikt się na niego nie patrzy, po twarzy widać, że noga go boli.
Co dalej? Czy zdoła dalej walczyć? Następny etap to rolki. Czy noga wytrzyma? Potem mają być kajaki, tam będzie mógł odpocząć, ale co potem...? Zdaję sobie sprawę, że Paweł nie powinien dalej iść. Tylko...co znami? Czy to oznacza, że cały zespół musi zejść z trasy? Czy nasza przygoda na Adventure Trophy zakończy się po pierwszym etapie?
Na razie idziemy wzłuż granicy polsko - słowackiej szukając następnego punktu i ciesząc się, że przestało padać. Podobno po południu miało być lepiej i chyba prognozy się sprawdzają :) Tibor w jakiś krzakach gubi kompas, ale w końcu znajdujemy upragniony lampion. Teraz tylko w dół, do drogi, na przepak.







Godzina 13- 17

Docieramy do przepaku. Dowiadujemy się, że etapy kajakowe zostają zupełnie zlikwidowane. Jest zbyt niebezpiecznie. Zamiast nich będzie rower. zmianie ulega też umiejscowienie niektórych punktów. Na razie jednak czekają nas rolki.
Paweł zgłasza organizatorom, że chodzi z trasy. My możemy iść dalej, ale jako zespół niekompletny.
Zakładam rolki i...widzę początek trasy. Ale, że co? Tak na początek mam zjechać z tej górki?? Ale dlaczego, aaaaa!. Bartek pociesza mnie, że za chwilę przyzwyczaję się do szybkości. Kurczę, nie sądzę. Te rolki są szybkie, za szybkie. Byle spadek powoduje, że przyspieszam, nie muszę nic pomagać. Z sercem w piętach, próbując hamować kijkami, pokonuję spadek. Dalej na szczęście jest lepiej. Scieżka jest szeroka, pusta, z dobrej jakości asfaltem. Po prostu jedziemy. Udaje mi się nawet złapać rolkowy flow. Lewa, prawa, lewa, prawa, szuuu, szuuu, w świetle czołówki droga ucieka pod kółkami. doganiamy nawet zespół holenderski.
Niestety moje rolkowe szczęście przestaje mi dopisywac. Dojeżdżamy do Nowego Targu. Nasza ścieżka znów idzie z górki, a trzeba zwolnić, bo za moment będziemy przekraczać normalną drogę. Przed nami jadą Holendrzy i nie wszyscy jeżdżą dobrze. Z zazdrością obserwuję jednego zawodnika. Jego plecaka trzyma się osoba słabiej jeżdżąca, a on z lekkością, ot tak, od niechcenia raz jedną, raz drugą nogą stosuje T- stop. Eh...jak próbowałam to hamowanie ćwiczyć bez Matyldy, od razu mnie obracało. Staram się jakoś hamować hamulcem, kijkami i patrzeć co się dzieje przede mną, żeby nie wjechać w Holendrów. Nie wiem jak to się stało, co spowodowało, ale nagle tracę równowagę. W jednej chwili jadę, a w następnej siedzę na tyłku. Tak po prostu, nagle. Jadę - nie jadę. Wiecie co się dzieje, gdy ta energia z jazdy w jednym momencie zostaje zatrzymana? Dupa, za przeproszeniem, boli mnie tak, że kładę się na asfalcie i krzyczę na głos. Za chwilę zdaję sobie sprawę, żę chłopaki nie wiedzą co się dzieje, więc krzyczę, że nic mi nie jest, tylko, kur^$^&a, jak to boooooli!!! Wstaję po chwili, otrzepać z piachu się nie pozwalam, bo każdy najmniejszy dotyk stanowi potworny dyskomfort. Nic to - trzeba jechać dalej, ale w moją jazdę zaczyna wkradać się strach. Szczęśliwie moja głowa może przez trochę jazdy odpocząć, bo etap rolkowy mamy przedzielony krótkim, około 5 kilometrowym trekkingiem. Mojej radości z odpoczynku nie psuje nawet fakt, że znów leziemy przez jakieś podmokłe łąki, w wodzie i błocie.
Potem znów odcinek na rolkach, na których zaliczam drugą glebę, na drugi pośladek. Droga się rozwidlała, my znów zaczęliśmy doganiać Holendrów. Pojechałam tak jak oni, skręcając w lewo, starając się nie przejmować, że jest z górki i że się rozpędzam. Najpierw wobaczyłam jak zespół przede mną umyka na boki i się przewraca. A potem zobaczyłam, że asfalt się kończy i zaczyna się droga wysypana kamieniami. Nie miałam szans, żeby w jakiś cywilizowany sposób próbować hamować. Robię to co ludzie przede mną: przewracam się. Może i całe szczęście, bo oryginalnie trzeba było pojechać prosto, fragmentem nie zabezpieczonym żadnymi barierkami, z mocnej górki, z zakrętem, z rzeką pod spodem. Jestem święcie przekonana, że wpadłabym do tej rzeki. Po ogarnięciu się po upadku, spadek pokonuję bokiem, drepcząc powolutku.
Po jakiś 7 kilometrach docieramy do przepaku. Z wielką ulgą żegnam rolki i cieszę, się, że to już koniec. Mój tyłek  i moje dłonie więcej upadków mogłyby nie przeżyć.


Godzina 18- 25


Jest wpół do drugiej w nocy, zaczynamy nocy etap trekkingowy. Żeby nie było za dobrze, zaczyna lać. Pierwszy punkt znajdujemy sprawnie. Do drugiego usiłujemy dojść przez łąki, ale kiepsko nam idzie. Noc, deszcz i mgła, powodują, że droga na skróty nam nie wychodzi. Wracamy się  i w okolice punktu dochodzimy naookoło. Usiłujemy znaleźć skałkę, na szczycie której ma być lampion. W deszczu, w ciemności niewiele widać. Ściana drzew i krzaków. W którym miejscu kryje się upragniona skałka? Plączemy się w okolicach czyjegoś obejścia. Pomimo, że jest trzecia czy czwarta nad ranem, przed dom wychodzi facet i mówi, że to nie tu, że skałka jest kawałek dalej. Ha! Wiedza, gdzie ona jest to tylko połowa sukcesu. W ciemności trzeba jeszcze znaleźć dogodne podejście. Wszystko jest mokre i śliskie, tonie w błocie. Wreszcie udaje się. Patrzymy gdzie na mapie są zlokalizowane kolejne punkty, gdzie jest następny przepak i ile mamy czasu.



Czeka nas jeszcze dłuuga droga. Postanawiamy reszty punktów nie szukać. Boimy się, że nie wyrobimy się w limicie. Etap mamy zaliczony, przynajmniej jeden punkt został znaleziony. Zbieramy się w kierunku Niedzicy.
Idziemy teraz non stop szosą, mijając uśpione wsie. Gdy mózg nie musi skupiać się na trudnościach, zaczyna się znużenie. Ze zdziwieniem widzę jak z naprzeciwka idzie facet trzymając za rękę dziecko. Co za dziwna pora na spacer, myślę sobie. Nawet mam zamiar podzielić się tą myślą z chłopakami, gdy facet z dzieckiem zamienia się w jakiś duży szyld. Yyyy? Idę i próbuję odczytać litery na tablicy. Tablica zamienia się w wystający konar drzewa z liściami. Halucynacje. Ale tak po pierwszej nocy??
Opowiadam co wyprodukował mój mózg. Bartek pociesza mnie, że zamiast czerwonego światełka na czołówce Tibora widzi ludzika lego :)
Wstaje powoli ranek, a my dalej idziemy szosą. Tym razem dochodzi senność. Potworna senność. Oczy same się zamykają i nie wiadomo kiedy człowiek zasypia, dalej idąc. Budzę się, gdy zaczynam zmieniać kierunek.




Mijamy po drodze zespół, który postanowił kimnąć się na przystanku. Tam czwórka zdechlaków - tu trójka zombie. Adventure Race w swej całej okazałości.



Po nieskończenie długim marszu, dochodzimy wreszcie do przepaku, u stóp zapory na Zalewie Czorsztyńskim. Z upustów wylewają się jakieś potworne ilości wody.


Godzina 26- 42

Korzystamy z dobrodziejstw dostępnych na przepaku. Prąd, toaleta, gorąca woda. Posilamy się liofilem, przebieramy w suche ciuchy. Smętnie myślę, że niezbyt długo pozostaną suche, bo zaczyna znów lać. Patrząc się mapkę od razu postanawiamy część punktów odpuścić. Pogoda jest jaka jest, a to co zamierzamy zdobyć i tak dostarczy nam mnóstwa atrakcji. Wjeżdżamy w Gorce.
Na pierwszy ogień idą zadania specjalne. Musimy tylko dojechać do kamieniołomu. Zgodnie z przewidywaniami już po minucie jestem mokra calusieńka. Z nieba leją się strugi wody. Co za pogoda, jasny gwint... Przecież już miało się poprawiać... Zatrzymujemy się przed wiejskim sklepem, żeby uzupełnić zapas batonów. Tibor mi daje torebkę strunową, w której schował pieniądze. Powinny być suche. Hm.. Podaję pani przy kasie ociekający wodą banknot, przepraszając, że mi trochę zamókł :) Na szczęście przyjmuje go. Potem tylko trzeba wycisnąć rękawiczki, włożyć je na ręce i dalej w drogę.
W kamieniołomie czekają na nas trzy zadania: wspinanie na tzw. wędkę, via ferrata oraz kółko dookoła kamieniołomu z dwudziestokilowym worem na plecach. Zadania w sam raz na taką pogodę i w sam raz na czekające nas potem podjazdy i zjazdy :)




Znów słyszymy, że po południu ma przestać padać. Ciężko w to uwierzyć, szczególnie, gdy od dwóch dni się słyszy o tym, że ma być lepiej :)
Nasz cel: szczyt Lubania. Pierwsza próba wbicia się zapowiadała się obiecująco. Nawet pomimo przeprawy przez strumień :) Niestety, potem było coraz gorzej. Trafiliśmy na drogę używaną przez sprzęt do zrywki. Ilość błota była taka, że zawróciliśmy.





Próba nr 2. Obiecująco wyglądał znak, taki do oznaczeń szlaków turystycznych, że Lubań 30 minut. Trochę ten czas wydał nam się nierealny - i słusznie - jak się okazało. Tym razem ewidentnie oznaczał on, że do żółtego szlaku na Lubań jest trzydzieści minut... Drogę pod górę, przez łąki i las umiliło nam nagle...słońce! Tym razem na serio zaczęło się wypogadzać! Z ulgą zdjęłam część mokrych ubrań. Były tak mokre, że zanim przytroczyłam je do plecaka, musiałam je wykręcić.







To, że wreszcie dotarliśmy do szlaku, wcale nie ułatwiło nam drogi. O ja pierdziu, jak to podejście na Lubań dało nam w kość. Mega, mega strome, kamieniste podejście. Ciężko prowadziło się rower. Nawet zaczęłam rozważać pomysł schowania go gdzieś w krzakach i dalszą wędrówkę be z niego - ale okazało się, że w planach jest zjazd inną droga. W końcu Tibor wpadł na genialny pomysł i zarzucił sobie rower na plecy, twierdząc, że widział na filmach, że tak często podchodzą downhillowcy. Pomysł może i dobry - tylko czy ja, kobitka, 166 cm wzrostu, dam radę zarzucić sobie 16 czy 17 kilogramowy rower?? Wspomogłam się grawitacją stając twarzą w dół zbocza i... udało się! Krok za krokiem byliśmy bliżej naszego celu.



Wreszcie jest! Jeszcze tylko wejście na wieżę widokową i wymagane przez orga zdjęcie na górze.





Podejście dało nam mocno w kość. To była nie tylko kwestia, że pod górę i że ciężko z rowerem. Pomimo poprawy pogody, woda dalej spływała z gór i  stan szlaków, ścieżek był...straszny. Wszystko tonęło w błocie i kałużach. Często środek szlaku był wymyty przez płynący strumyk. nie dało się po tym jechać. To wszystko mocno, mocno nas spowalniało. A zegar limitu na następnym przepaku cykał, cyk, cyk...
Zastanawialiśmy się nawet czy nie da rady jakoś ominąć gór. Ale układ dróg plus zakaz poruszania się dla zawodników po jednej z nich, spowodował, że jedyna droga do przepaku wiodła przez Turbacz, nie dało rady tego punktu odpuścić.






widzicie tą wieżyczkę z lewej strony? To Lubań. Byliśmy tam :)


Ruszyliśmy dalej. Trochę radochy z jazdy i znów podejście. Po wodzie, przez jakieś zwalone pnie, po kamieniach. I nagle najpierw minęliśmy zaparkowany samochód terenowy. Niby bez żadnych oznaczeń - ale stał w takim miejscu, że mocno "pachniał" strażą parkową. A potem wpakowaliśmy się na ścieżkę, przed którą stał szyld, że Gorczański Park Narodowy, że ścieżka dydaktyczna i że zakaz jazdy rowerami. Konsternacja. Z mapy wynikało, że jesteśmy na dobrej drodze. Nie mieliśmy tej ścieżki wykluczonej. Ale zakaz jest, jak w mordę strzelił. I jeszcze to niepokojące auto...
Z bólem serca, nie chcąc ryzykować mandatu, zawróciliśmy. Czas poświęcony na wdrapanie się aż tu poszedł na marne. A ja czułam, że jestem coraz bardziej zmęczona i że coraz bardziej się wlokę.
Długa debata nad mapą i chłopaki opracowali inny wariant. Z przeprawą przez rzekę :) Wariant okazał się być słuszny, bo dotarliśmy do czerwonego szlaku. Szlak był gwarantem, że na ten Turbacz tym razem dotrzemy, ale jeśli chodzi o trudności - to wcale nie było lepiej. Trasa dalej bez zmian: połączenie kałuż, błota (parę razy nadziałam się na takie wredne. Co to udawało, że wcale nie jest błotem. Wjeżdżałam i nagle okazywało się, że rower mi stoi po ośki a ja mam kłopoty, żeby go z tej pułapki wyciągnąć), kamieni. To był taki fragment, gdzie ewidentnie złapałam kryzys. I taki fizyczny i psychiczny. Fizycznie byłam mocno zmęczona. Każda taka wtopa nawigacyjna - każde zejście i ponowne podejście wybierało potwornie siły. Zaczęłam się w duchu użalać nad sobą. Że nie daję rady, a te chłopaki świnie jedne nic mi nie pomagają. Na szczęście zachowałam tyle zdrowego rozsądku, żeby rozumieć, że chłopaki nie pomagają, bo są równie zmęczeni. Po prostu należy zacisnąć zęby i robić swoje. W końcu postanowiłam wspomóc się dextrozą. Zaskoczyło i przy zapadających ciemnościach, mokrzy, w chlupiących butach, ubłoceni potwornie, dotarliśmy do schroniska na Turbaczu. Dochodziła dziesiąta wieczór.



Następny przepak mieliśmy w Rabce. Tam też mieliśmy etap BnO. Limit na dotarcie mijał o szóstej rano.
Pierwotnie chcieliśmy od razu zjechać z Turbacza, przespać się na przepaku i dopiero ruszyć na BnO. Teraz doszliśmy do wniosku, że bardziej sensownie będzie odsapnąć - i przede wszystkim przespać się-  w schronisku. Druga noc bez snu mogłaby się skończyć katastrofą. Przecież jeszcze z tego Turbacza trzeba zjechać, po ciemku. Kupujemy normalny obiad, colę, małe piwo na spółkę (jak szaleć - to szaleć).
Zmieniam skarpetki na suche (szczęśliwie miałam w plecaku), staram się nie myśleć, że i tak założę mokre, ciężkie od wody buty. Ustawiamy budzik na za dwie i pół godziny i kładziemy się spać na ławkach.
Tuż przed pierwszą w nocy, szczękając zębami z zimna, wychodzimy przed schronisko i zaczynamy zjazd w dół, w kierunku Rabki.

2 komentarze:

  1. Brawo. Super przygoda i opowieść na blogu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Poczułam się niewyobrażalnie zmęczona od samego czytania! Łał.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger