poniedziałek, 11 listopada 2013

Bieg Niepodległości

Bieg Niepodległości
Rok temu byłam kibicem na Biegu Niepodległości. I chyba pierwszy raz z bliska widziałam tak duży bieg uliczny. Zapamiętałam ten tłum - zarówno kibiców jaki biegaczy. Zapamiętałam jakie wrażenie zrobiła na mnie, w ten piękny słoneczny listopadowy dzień, biało- czerwona masa ludzi przewalająca się ulicą. To było takie fajne, bez patosu, bez zadęcia. Różne od oficjalnych imprez z czołowymi politykami. Skrajnie inne od zadym, które niestety towarzyszą temu dniu.
Gdy wciągnęłam się w bieganie i 10 kilometrów przestało być dla mnie dystansem z kosmosu, wiedziałam, że akurat w tych zawodach chcę wziąć udział. Chciałam być jedną z wielu tysięcy osób tworzących flagę, chciałam poczuć tą atmosferę, chciałam pobiec.
No dobra - i chciałam poprawić swój oficjalny wynik na tym dystansie :P

I wszystko było jak trzeba: pogoda znów dopisała - piękne słońce, błękitne niebo i całkiem ciepło jak na połowę listopada. I był tłum- jeszcze większy niż w zeszłym roku. I był hymn odśpiewany z tysięcy gardeł. I była biało - czerwona flaga z biegaczy. Wchodzę z bardzo w patriotyczne tony? Ale jak tu nie wchodzić, gdy biegnę obok starszych państwa - oboje krzyczą "brawo! Brawo!" i nagle pan odwraca się do żony i mówi: "przecież oni wszyscy biegną dla nas!"

Ale tak w ogóle to była po prostu fajna impreza biegowa. Dobrze pomyślany start - biegacze byli wypuszczani falami - dzięki temu na trasie nie było tłoku. Wśród zawodników krążyły służby medyczne na elektrycznych hulajnogach. I ta pogoda! I kibice na trasie! I piękny widok na "city"!

Niebieskie dodatki - to ja:)  Fot. MaratonyPolskie.pl

A jak tam moje niecne plany życiówkowe? No, wyszły, wyszły. Nawet całkiem dobrze - bo swój poprzedni wynik poprawiłam o ponad 7 minut. Ale nie uniknęłam małego jęku zawodu, gdy zobaczyłam swój czas: 46:01.  Niezły ogonek, nie? :)
I ja nawet wiem, w którym momencie to  45 z przodu się oddaliło. I to nie było na końcu - choć pewnie wystarczyłoby, żebym ze dwa razy mocniej machnęła nogami przed metą. To trzeci kilometr o tym przesądził.  Bo, kurczę, ja w życiu w takim tempie nie biegłam. A na pewno nie biegłam w takim tempie na 10 km. Zobaczyłam jakie mi Garmin średnie tempo wybzyczał z poprzedniego kilometra i się przestraszyłam, że nie wytrzymam, że za szybko. I zwolniłam. I los pokarał za brak wiary we własne możliwości i to w dodatku tak perfidnie :)))



Małżonek (który również zrobił życiówkę, przybiegł 3,5 minuty przede mną), teściowa (startująca w nordic walking, była 17 wśród kobiet). No i ja :)






Właśnie do mnie dotarło, że w dalszym ciągu dłużej byliśmy pod zaborami, niż mamy niepodległą Polskę.

piątek, 8 listopada 2013

Rok...

Rok...
Rok temu o tej porze byłam po 14 w sumie antybiotykach i ciężkim zapaleniu płuc. I miałam dosyć.
Rok temu wyszłam na swoje pierwsze bieganie. Kółko dookoła parku, po którym prawie umarłam. 1650 metrów.
Rok temu, gdyby ktoś mi powiedział, że 12 miesięcy później będę miała przebiegnięte dwa maratony, popukałabym się znacząco w czoło.
Rok... dużo się zmieniło :)

Najpierw w kieszeni pojawił się telefon z włączoną aplikacją Endomondo, potem z Garmin na ręku.
Truchtanie wolne, noga za nogą, zmieniło się w o wiele szybsze przebieranie nogami - choć dalej rekreacyjne, bez żadnych profesjonalnych planów treningowych
1650 metrów, zmieniło się w 3 km, potem w 5, potem w 10, 15,..., 42 km 195 metrów. Wszystkie te dystanse do kupy dały ponad 1000 przebiegniętych kilometrów.
Gdzieś po drodze zgubiłam pięć kilo.
Przeziębienia, anginy, zapalenia zatok chronicznie mnie nękające - jakoś odpuściły. No, nie do końca - ale w porównaniu z poprzednimi latami jest rewelacyjnie pod tym względem.
Na Specjalnym Gwoździku zawisły i pobrzękuje parę medali za ukończone biegi. Nie jest ich jakaś straszna ilość - bo nie startuję często - ale jednak parę się zebrało.



 W tym te dwa, najważniejsze:







Nieoczekiwanie przycupnęło też trofeum z imprezy biegowo - rowerowej, czyli duathlonu







Dzięki bieganiu udało mi się odnowić  jedną starą znajomość (pozdrawiam, Aniu :), oraz poznać (na razie wirtualnie) kupę innych fantastycznych ludzi wkręconych w bieganie.


Na samym początku mojej przygody z bieganiem zaczęłam czytać blogi, strony tematyczne. I zgłupiałam. Śródstopie, pięta, bieganie naturalne,  buty takie, śmakie, owakie, na trening, na maraton, w teren, na szosę. Plany treningowe. Przebieżki, akcenty, interwały, zakresy tętna. Mózg mi się zlasował. Uznałam, że to  trochę przerost formy nad treścią. Ja chcę tylko trochę pobiegać, żeby odbudować moją odporność. I stwierdziłam, że będę ponad to:)
Szybko okazało się, że nie do końca tak się da. Że moje bieganie - choć dalej rekreacyjne, wykracza jednak ponad kółko dookoła domu z komórką w łapce.
Możliwości ciała nie nadążyły za chęciami - bach! Shin splint - czyli sprawy przeciążeniowe. Przerwa w bieganiu, rehabilitant, taping, profesjonalne dobranie butów pasujące do sposobu mojego biegania i nawierzchni, ćwiczenia wzmacniające.  
Zrozumiałam, że jednak tak  na wariata nie do końca da się biegać. Że nawet jeśli bez żadnego profesjonalnego planu treningowego - to jednak trzeba uważać i dystans zwiększać powoli i bardziej z głową. 
Czasami  się podśmiewywuję z tego profesjonalizmu, mądrych nazw i w ogóle - ale gdybym bardzo chciała się od tego odciąć - to bym nie biegała z profesjonalnym zegarkiem na ręku. Nie startowałabym w żadnych zawodach, ciesząc się z wyników. 
Bo jednak od czasu do czasu, zamiast po prostu przebierać nogami w tym samym tempie, postanawiam parę razy przyspieszyć. Albo zamiast biegać po płaskim - skręcam w kierunku górki.
Na razie jest mi łatwo. To co robię, na luzie, wystarczy, żeby praktycznie z każdego startu wracać z życiówką. Ale kiedyś nadejdzie taki dzień, gdy dla mojego organizmu to  nie będą wystarczające bodźce. I czy wtedy gładko przełknę gorszy wynik, czy uznam, że jednak czas rozgryźć te wszystkie tajemnicze cyferki w tabelkach planów treningowych? 

Cokolwiek zrobię, jakiekolwiek decyzję podejmę w przyszłości, mam nadzieję, że nie będę się niepotrzebnie frustrować gorszym wynikiem. I że bieganie dalej będzie mi sprawiać taką frajdę jak teraz. Że dalej będę umiała rozglądać się dookoła, zachwycić się jaką ulotną chwilą. Że będę w stanie zatrzymać się na chwilę, żeby zrobić zdjęcie. Po prostu cieszyć się.



Zdjęcie z przedwczoraj. Aż taka twarda nie jestem, żeby dziś wyłazić w pluchę, która jest za oknem ;)


















poniedziałek, 4 listopada 2013

Góry

Góry

Czytam sobie w necie różniaste blogi, na FB nadziewam się na różne wpisy. I czasem mam wrażenie, że dorabia się ideologię do rzeczy zupełnie zwyczajnych.
Włazimy do jeziora się popluskać - ale w świat idzie informacja o "pływaniu w wodach otwartych". Wyrywamy chwaty w ogródku, taszczymy drewno do kominka - o nie, nie - właśnie uprawialiśmy "crossfitting".
Na upartego mogłabym wyjazd w Tatry podciągnąć pod coś związane z moją aktywnością biegową - nie wiem: trening wydolnościowy albo coś równie Bardzo Profesjonalnie Brzmiącego. Ale pomimo, że po wszystkim bolą mnie mięśnie, o których istnieniu nie wiedziałam, będę się upierać, że ja po prostu pojechałam z mężem połazić po górach. Tak po prostu.
Żeby pozachwycać się szczytami dookoła i poczuć się taką malutką wśród ogromu granitu.
Żeby usiąść na kamieniu koło szlaku i pozastawiać się czy tam daleko widać trzy czy cztery kozice.
Żeby zająć w schronisku ostatnie wolne łóżko, a rano pałaszować jajecznicę z widokiem na Dolinę Pięciu Stawów.
Żeby dać się namówić na wycieczkę na Karb, pomimo, że mgła i deszcz i iść w górę wsłuchując się we własny przyspieszony oddech i krople deszczu uderzające o kaptur.
Żeby potem w schronisku odkryć, że kurtka teoretycznie nieprzemakalna jednak przemokła i że po 8 latach noszenia chyba czas na nową
Żeby rano otworzyć oczy w idealnym momencie - w sam raz aby zdążyć obejrzeć zaróżowione, zaspane jeszcze niebo nad szczytami
Żeby walczyć z wiatrem próbującym zdmuchnąć ze szlaku.
Żeby podziwiać biegacza, który leciutko, bez wysiłku pomykał pod górę po kamienistym szlaku
Żeby dojść do wniosku, że bieganie jest fajne, ale fajnie czasem porobić też inne rzeczy


I pozdrawiam Emilię, która w tym samym czasie była w Zakopanem :)







poniedziałek, 28 października 2013

Jest dobrze

Jest dobrze

Moja głowa jeszcze nie do końca wróciła z Amsterdamu ;) Jeszcze przeżywam, oglądam zdjęcia. Szanty i "Port Amsterdam" mam odsłuchane już tyle razy, że moje dzieciaki zaczynają je nucić. Zacznę się martwić, gdy zaczną w przedszkolu śpiewać "jak szczyna parszywa parszywy mam rum" :P
Nawet pokusiłam się o różne wyliczenia w celu porównania mojego biegu w Warszawie i Amsterdamie - gdzie szybciej, gdzie wolniej i tak dalej.  Ale nie będę zanudzać cyferkami.
Za to podzielę się czym innym. 

Pod moim wpisem z MW umieściłam filmik pokazujący ludzi dzień po pokonaniu 42 km. Sport ekstremalny pt: "zakładanie skarpetki" i takie tam ;) Ale to nie jedyny taki filmik, który można znaleźć na YouTubie. Jest też na przykład taki:

 

Gdy pierwszy raz go oglądałam, uznałam, że te medale na szyjach to takie mrugnięcie w  stronę widza - żeby nawet najbardziej niedomyślna osoba skapnęła się, że to jest filmik o maratończykach. 
Ale po Amsterdamie już nie jestem tego taka pewna. Albowiem spotykaliśmy w ciągu następnych dwóch dni włóczenia się po mieście, osoby,  które na szyjach, z dumą,  nosiły pamiątkowe medale. 
Dla mnie szczytem pochwalenia się przebiegniętym dystansem jest noszenie koszulki. Choć z tym chwaleniem też może być różnie - zostaliśmy na lotnisku zagadnięci przez panią z obsługi KLM, pogratulowała, spytała się o czasy- okazało się, że pracowała na targach expo. Ale w muzeum nauki NEMO zostaliśmy zapytani czy jesteśmy z jednej firmy :)) Inna sprawa, że trzeba dobrze się przyjrzeć koszulce, żeby dostrzec logo maratonu - na pierwszy plan wybijają się logotypy sponsorów.


Czy jesteście z jednej firmy?

A w ogóle wczoraj  do mnie doszło, że przebiegłam 42 km. Rychło w czas, nie? :) 
Czytając czyjąś relację w necie zakłuły mnie nagle w oczy cyferki - i wtedy do mnie dotarło: oranybosskiebabotyprzebiegłaśczterdzieścidwakilometryistodziewięćdziesiątpięćmetrów!! Wszystko przez to, że w trakcie obu  biegów  dzieliłam sobie w głowie ten dystans na mniejsze odcinki.



Od zeszłej niedzieli zrobiłam sobie totalny odpoczynek od biegania. Nic. Zero. Moje nogi zasłużyły na odpoczynek. Żeby mnie nie kusiło - buty wrzuciłam do pralki (pewnie nie wszyscy zrozumieją dowcip, więc tłumaczę: posiadam jedną parę butów do biegania). 
Pierwszy raz wyszłam dziś. Trochę za szybko pobiegłam, ale było tak fajnie, że chwilami miałam ochotę krzyczeć z radości. 
Ostatnie chwile ciepłej jesieni.  Wiaterek zwiewający z drzew spóźnione liście.  Słońce prześwitujące przez gałęzie. Zapach mokrych liści, szurających mi pod nogami. Bańki mydlane lśniące kolorami tęczy wydmuchane przez małą dziewczynkę w parku. 
I dziwnie do tego wszystkiego pasująca Lana del Rey i Birdy sączące się przez słuchawki. 
Jest dobrze.





środa, 23 października 2013

Do Amsterdamu zawinąć choć raz...

Do Amsterdamu zawinąć choć raz...
Jak mi się biegło w Amsterdamie można przeczytać tu: http://www.magazynbieganie.pl/tcs-amsterdam-marathon-z-perspektywy-uczestniczki/

Ale żeby nie było za dobrze - od razu Wam się przyznam, że w relacji popełniłam strasznego babola. Otóż bieg przez Rijksmuseum miał miejsce na początku, a nie pod koniec dystansu :)) Dałabym sobie rękę, ba - dwie nawet obciąć, że była to końcówka. Niestety małżonek z kolegą wyprowadzili mnie z błędu. 
Tekst już poszedł i teraz pewnie co poniektórzy, którzy biegli w 38 TCS Marathon Amsterdam zastawiają się, co ja u licha paliłam :)

Środek Rijskmuseum: tędy szła trasa maratonu - na co dzień z drogi korzystają rowerzyści

Nie wszystko w relacji opowiedziałam. Różne sceny z biegu, tak jak po Maratonie Warszawskim - przypominają mi się cały czas. Na przykład jak mijałam zmęczonego, maszerującego już Elvisa Presleya :P. Albo charakterystyczny, słodki zapach, który nagle dobiegł z jednego z licznych w całym Amsterdamie coffeshopó (nie, nie wydaje mi się, żeby ten Presley był od tego :))). Browary Heinekena - koło których w knajpie spijaliśmy następnego dnia piwko.

Co mogę opowiedzieć z takich stricte organizacyjnych rzeczy? Koszulki na przykład nie były wydawane razem z numerem startowym - w pakiecie otrzymywało się tylko karteczkę upoważniającą do odbioru koszulki. A ten był na stoisku usytuowanym na terenie expo. Oczywiście tak usytuowanym, że żeby tam dojść, trzeba było obejść cały teren: w ten sposób Holendrzy zapewnili frekwencję na targach:)

Toalety: możliwym jest, że gdzieś w okolicach stadionu było jakieś miejsce, gdzie tych przybytków stało na miarę ponad 11 tysięcy maratończyków (już nie mówię o licznej publiczności czy biegach towarzyszących). Ja naliczyłam toy toyów może kilkanaście sztuk - przy nich potworne kolejki. Na trasie nie było lepiej. Jak tylko obok trasy pojawiały się choćby najmarniejsze krzaczki - od razu wszystkie były znaczone przez męską część biegaczy. Był taki moment, że wzdłuż trasy rósł żywopłot - tam po prostu biegacz koło biegacza. Panie miały gorzej - ale z braku laku też co poniektóre chowały ewentualny wstyd do kieszeni. Natury się nie oszuka. 
Ja szczęśliwie uniknęłam takich dylematów - musiałam być nieźle odwodniona - bo nie odczułam potrzeby sikania ani na trasie, ani po maratonie. Właściwie dopiero wieczorem, już w hostelu, udałam się po raz pierwszy od rana do toalety. 
Bałam się  braku toalet na trasie z innego powodu - jakoś mój żołądek nie przyjął łaskawie batoników, które zjadałam w trakcie. Nie czułam się bardzo źle - ale cały czas biegłam z uczuciem ciężkiego kamienia w środku. Na szczęście tylko na takich dolegliwościach się skończyło.

A skoro jesteśmy przy odwodnieniu: w moim odczuciu na trasie było za mało punktów z wodą. Do 30 km były rozstawione co 5 km, potem szczęśliwie częściej. Wydaje mi się, że 5 km to za rzadko. Dość szybko moje myśli zaprzątało tylko to, gdzie jest następny wodopój.  

Trasa w Amsterdamie podobno jest szybka - ale ja ją odczułam jako trudniejszą do tej warszawskiej. Miałam wrażenie, że więcej było pod górkę - ale może po prostu byłam bardziej zmęczona. Maraton sprzed trzech tygodni na pewno miał wpływ na moją kondycję. Inna sprawa, że teraz pierwszą połowę pobiegłam szybciej niż w Warszawie.

A skoro o szybkości - to mogę przejść do taktyki. W Warszawie biegłam techniką negativ splits - czyli przyspieszałam w miarę upływu dystansu. Było to bardzo fajne - bo tam, gdzie ludzie tracili siły i przechodzili do marszu, ja się właśnie rozpędzałam. Teraz zaczęłam szybciej, w drugiej połowie nie miałam siły na przyspieszenie, starałam się po prostu w miarę możliwości utrzymywać tempo. Nie miałam siły na taki finisz na ostatnich 2 km jak w Warszawie. Gdybym przebiegła ten ostatni etap tak jak na MW - złamałabym 3:50, bo czterdziesty kilometr minęłam o 2 minuty szybciej niż przed trzema tygodniami.  
Ale gdyby babcia miała wąsy... ;) Przestaję gdybać co by było gdyby. Gdybym była w stanie - to bym pobiegła szybciej. A nie byłam. Narzekać nie mam na co i nie narzekam - bo i tak udało mi się zrobić życiówkę :) 3:50:21. 
Cieszę się bardzo, bo na starcie nie robiłam żadnych specjalnych założeń.  Mogło być różnie. Ten czas uważam za duży sukces - tym bardziej, że co poniektórzy (mryg, mryg) roztaczali przede mną naprawdę czarne wizje, a nawet zostałam lekko zbesztana na łamach jednego z pism branżowych za pomysł przebiegnięcia maratonu trzy tygodnie pod debiucie. Cieszę się, że zadebiutowałam w Warszawie, cieszę się, że poleciałam do Amsterdamu. Ale następne starty na pewno będzie dzielić większy odstęp czasu.

Powrót do hostelu był...zabawny. Ciężko było uwierzyć w hasło, że "sport to zdrowie" jak patrzyło się na masę wysportowanych, umięśnionych ludzi, poruszających się na sztywnych nogach bardzo, bardzo leniwym tempem. Byłam jednym z nich :) A na koniec czekał na nas jeszcze sport ekstremalny, przy którym maraton to mały pikuś: wejście po schodach na nasze pięterko w hostelu:

Na zdjęciu widać tylko schody doprowadzające na poziom recepcji - drugie tyle prowadziło do naszego pokoju.

W Amsterdamie spędziliśmy jeszcze dwa dni włócząc się po mieście, chłonąć atmosferę (wiem, w przypadku tego miasta taki tekst brzmi dwuznacznie - ale byliśmy bardzo grzeczni:)
Amsterdam jest miastem portowym - zanurzając się pomiędzy szesnasto i siedemnastowieczne kamieniczki,  a szczególnie w rejonie Red Light District, bardzo łatwo sobie wyobrazić jak wyglądało tu życie kilkaset lat wcześniej. Tygiel różnorodności, gwar, chaos. Wystawy z paniami lekkich obyczajów tuż obok zwykłego biura, stolarni, a nawet kościoła (!), wylewający się zza drzwi coffeshopów słodki, duszący zapach marihuany. Kawiarnie, puby, sklepiki, ludzie i rowery. A może właściwiej byłoby napisać: rowery i ludzie. 
Nawet dzwony jednego z kościołów nie wybijały żadnej religijnej melodii tylko... Stairway to Heaven Ledd Zeppelin!










A na koniec szanty - idealnie pasujące do charakteru tego miasta. Do Amsterdamu zawinąć choć raz...





poniedziałek, 14 października 2013

Między maratonami

Między maratonami
Jeszcze niedawno cieszyłam się z debiutu maratońskiego - a tu za pasem Amsterdam. Dni szybko mijają i do próby realizacji mojego ciut szalonego planu zostało 6 dni.
Co robiłam przez ten czas? Trochę biegałam - ale bez napinki, krótsze dystanse - raz było to po prostu ganianie za chłopakami na rowerkach, robiłam dłuższe niż zazwyczaj przerwy między biegami (zazwyczaj biegam co drugi dzień). Czyli taki mój standard: bez żadnego planu, tak jak mi chęci podpowiadają.
Było rowerowanie po Kampinosie, gdzie tradycyjnie się zgubiłam i trochę wydłużyłam sobie trasę.
Ten weekend też upłynął pod znakiem roweru - już nie po okolicy, ale w Beskidzie Śląskim.
Wyjazd był planowany od paru miesięcy i pierwotnie miał być wypadem bez naszych trzech ogonów. Sytuacja się zmieniła i pojechaliśmy całą rodziną. Na miejscu spotkaliśmy się ze znajomymi.
Jednego dnia na rowerze miało jeździć jedno z nas, a drugie zajmować się chłopakami, drugiego dnia - zmiana.
Na ochotnika na pierwszy ogień zgłosiłam się ja (mąż cały czas się pytał kto pierwszy jedzie, kto pierwszy jedzie - więc odpowiedziałam, że mogę ja. Potem się okazało, że raczej liczył, że wybiorę drugi dzień - ale nic się nie odezwał, no!).
Tak więc nietypowo - mój mąż został w Istebnej razem z żonami kolegów i liczną latoroślą (bo dzieci w sumie była siódemka), a ja zamiast wiernie czekać, zajmować się dzieciakami i plotkować z babami, pojechałam się szlajać po okolicznych górkach z męską częścią.
Panowie chyba nie za bardzo we mnie wierzyli ;) Szybko się okazało, że moje niejasne wrażenia z Kampinosu potwierdziły się: bieganie przydaje się przy jeżdżeniu na rowerze. Bardzo się przydaje. Pomimo, że moje rowerowanie jest naprawdę okazjonalne, nie miałam problemów z podjazdami czy tempem. Nieskromnie napiszę, że w naszym trzyosobowym teamie to nie ja byłam najsłabszym ogniwem :P
Sama wycieczka bardzo malownicza, ale z wieloma przygodami.



Uznałam, że skoro dwóch facetów zagląda do mapy, to ja już się nie będę wtrącać - no bo co dwie głowy, męskie w dodatku, to chyba wystarczy? Ujmę to tak: w porównaniu z chłopakami jestem mistrzynią nawigacji;).
Jak to mawia mój mąż: największym zagrożeniem na polu bitwy jest oficer z mapą.
Gubiliśmy się wszędzie. Tam gdzie się dało zgubić i tam, gdzie teoretycznie nie dało.

Tu też byliśmy zgubieni ;) Panowie właśnie próbują się odnaleźć:) Okoliczności przyrody były baardzo malownicze. Jedyne co psuło trochę podziwianie widoków i szukanie drogi, to zapach. Jechaliśmy przez łąkę, która zostałą nawieziona obornikiem. Aromat i doznania estetyczne z powodu wylatującego spod kół urobku....bezcenne:P



Tak to wyglądało w drugą stronę. Na pierwszym planie łąka z obornikiem

A potem chłopcy uparli się, że muszą koniecznie napić się słowackiego piwa (bo błąkaliśmy się - pardon! jeździliśmy również po terenach naszych sąsiadów). I to piwo przypieczętowało ostatni fragment naszej wycieczki. Albowiem okazało się, że jeden z moich towarzyszy najeżdżając na łupiny kasztanów rosnących przy knajpie złapał gumę. Zanim panowie spili piwo, zanim zmieniono dętkę (jeszcze było wydłubywanie kolców z opony przy pomocy pożyczonego w knajpie noża kuchennego :)), zaczęło robić się ciemno.


Nowatorska technika naprawy przebitej opony:)

Końcówka naszej wycieczki to błąkanie się w totalnej ciemności, gdzie pomimo czołówki ledwo widziałam czubek własnego nosa (to już było koło dwudziestej), po łące, lesie, brodzenie w te i nazad  w jakiejś rzece i szukanie szlaku. Dobrze, że rzeka była płytka. W końcu udało nam się odnaleźć i dojechać. Garmin nie wytrzymał, oznajmił, że jest na wyładowaniu i się wyłączył jakieś 8-9 km przed dojechaniem do hotelu. Zegarek zdołał zarejestrować 31 km.
Pomimo przygód - było fajnie. Pogoda dopisała i w górach ta piękna polska złota jesień pokazała się w całej swojej krasie. Dzieciaki zachwycone - bo w hotelu był basen z częścią dla maluchów, więc był  szał- ciał.

Moje krasnale

Nie pytajcie się mnie dlaczego moi towarzysze byli bez kasku. Dorośli są, chyba wiedzą co robią. Ja bez kasku się nie ruszam. Raz uratował mi łepetynę - ja wyszłam cało, nie licząc ogólnego poobijania, siniaków i licznych czarno-białych fotek z wakacji, żeby sprawdzić czy na pewno jestem cała :P. 
Kask nadawał się do wymiany, bo pękł.






A za 6 dni... może być ciekawie. Norweski portal pogodowy yr.no pokazał pierwsze prognozy dla Amsterdamu na dzień 20 października:



Wolałabym, żeby jakiś motylek w Japonii czy gdzie tam, zamachał jednak trochę skrzydełkami i przewiał te 10mm deszczu gdzieś indziej

niedziela, 6 października 2013

Po maratonie...

Po maratonie...
O - jeszcze w głowie mam ten dzień, ten bieg. Powoli docierają do mnie różne obrazy, sytuacje z trasy. Niektóre same - cyk! - pojawiają się przed oczami, niektóre przypominają mi się pod wpływem przeczytanych relacji innych uczestników.
Dziki ryk z tysięcy gardeł po wbiegnięciu do tunelu pod Wisłostradą. Skutecznie zagłuszający zespół gospel.
Starsza pani dopingująca ile sił w płucach, machająca ręką. Podbiega do niej młody biegacz - i przybija piątkę. Chwila zaskoczenia na twarzy pani - a potem wielki uśmiech rozjaśnia jej twarz i zaczyna doping ze zwiększonym entuzjazmem;
Kibicka - Japonka siedząca na szczycie rozkładanej drabiny;
Znudzony chłopak siedzący przy przejściu dla pieszych na wielkim fotelu;
Lord Vader;
Nie znana mi dziewczyna, która na mój widok zaczyna krzyczeć: " Dajesz, laska! Dajesz!"
Podziemia Narodowego i wolontariusz z uśmiechem na twarzy gratulujący wszystkim dobiegnięcia do mety i serdecznie zapraszający do depozytów.

Pewnie jeszcze nie raz jakaś klapka w głowie się otworzy i przed oczami zobaczę jakąś scenkę.








Dziś postanowiłam wyjść na rower. Pogoda śliczna, mąż narobił smaku swoim wczorajszym wyjściem - i nawet to, że wrócił w charakterze półtrupa, mnie nie zniechęciło. On zrobił prawie 100 km - ja sobie zażyczyłam trasę 30, góra 40 km.  Zostałam wyposażona w mapkę z wyrysowaną trasą - nie powinnam się zgubić :P
 Ustawiłam Garmina w tryb rowerowy i wyłączyłam autopauzę - mój mąż ostatnio biega z wyłączoną tą opcją i jakoś tak argumentował swój wybór, że teraz też wyłączyłam. Oznaczało to, że zegar będzie zliczał wszystkie moje przystanki i przerwy po drodze.
Pojechałam.  W Kampinosie było tak ślicznie jak sobie wyobrażałam. Słońce przeświecające przez liście, jasnozielone plamy mchu, zapach suchego poszycia. Gdzieniegdzie delikatne ślady jesieni - suche liście z brzózek, smagnięty słońcem na złotorudo dąb. Ale generalnie wszędzie jeszcze zielono.

 Po czym poznać, że biker sam wybrał się na wycieczkę? Robi zdjęcia swojego roweru :))




Kampinos to nie tylko rewelacyjne tereny do spacerów czy jazdy na rowerze. To również takie miejsca...

W Sierakowie tradycyjnie się zgubiłam - ale tylko na chwilkę - szybko znalazłam szlak i pojechałam dalej.
Wreszcie Truskaw. Tam byłam świadkiem zdarzenia, które potencjalnie było  niebezpieczne.  Huk, bardzo głośny. Jakieś cztery, pięć metrów ode mnie wybucha petarda osadzona na drewnianym słupie z tablicą informacyjną Kampinoskiego Parku Narodowego. Siła wybuchu zrywa metalową tablicę, która upada niedaleko mnie. Obok rży trójka - nie, nie wyrostków - facetów w okolicach czterdziestki. A wydawałoby się, że w takim wieku to już trochę oleju w głowie powinno być... W tym miejscu w weekendy jest dużo ludzi - to wygodne miejsce na rozpoczęcie wędrówki po lesie. Wystarczyłoby, gdybym ciut szybciej wyjechała z lasu.
Z Truskawia najprostsza droga do domu prowadzi szosa - ale nie chciałam tak jechać. Na mapce miałam zaznaczony skręt w prawo, żeby trasę urozmaicić i trochę skrócić.  Nie sposób było go przegapić - naprzeciwko była pętla autobusowa. I drogowskaz.
Przegapiłam go :))
Zawróciłam szczęśliwie dość szybko i pojechałam zgodnie z planem. W Małym Truskawiu miałam odbić na niebieski szlak.
Jadę, jadę i jadę. Stanisławów. Stanisławów?? Nie przypominam sobie, żebym miała tędy jechać... Zerkam na mapkę - jestem kawał drogi za zaznaczonym na mojej mapce odbiciem. Zawracam - zatrzymuję się przy oznaczeniach szlaku rowerowego. Wychodzi na to, że drogą, którą jadę, dotrę do interesującego mnie Lipkowa i że w tej chwili odległościowo jeden pies czy zacznę wracać do niebieskiego szlaku czy pojadę dalej. No to jadę dalej.
Borzęcin Duży. Yyy? A gdzie mój Lipków?? Zerkam na moją mapkę i ...wyjechałam po za nią. Nie ma na niej Borzęcina. Wyciągam telefon, dzwonię do męża:
- Cześć! Zgubiłam się...
- Wiedziałem, że po to dzwonisz :)) - mój małżonek po drugiej stronie ma niezły ubaw. 
Kolejna samodzielna wycieczka i kolejny raz mylę drogę.
Szybko ustalamy moją pozycję i właściwą drogę. Wracam się kawałek i skręcam w ulicę o jakże malowniczej nazwie Trakt Królewski.  Docieram do Lipkowa. Tam na wszelki wypadek odpalam w telefonie gpsa i mapkę, żeby kontrolować swoją pozycję.
Po ponad 56 km docieram do domu...

Dzień wcześniej pisałam koleżance, że może to i dobrze, że przegapiłam zapisy na dzisiejszy bieg "Biegnij Warszawo", bo lepiej siły oszczędzać. Mam wrażenie, że jednak mniej bym się zmęczyła biegnąć 10 km niż włócząc się na rowerze :)))


Mój mąż gapiąc się w wykres na Endomondo: " a po co wyłączyłaś autopauzę? Ja podczas jazdy na rowerze zawsze mam ją włączoną!"





Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger