piątek, 27 lipca 2018

Adventure Trophy cz.2

Adventure Trophy cz.2
0- 12 godzina rajdu

Rano dowiadujemy się o pierwszych zmianach na trasie. Nie będzie Krzyżnego, nie będzie Piątki, trasa została zmieniona ze względu na warunki. Autokar wywiózł nas do Palenicy Białczańskiej. Pierwszy zespół ruszył o 8.30, następne są wypuszczane co trzy minuty. My jesteśmy dziewiąci w kolejce, wyruszymy parę minut przed dziewiątą. Pogoda była stabilna, że się tak wyrażę. Stabilnie padało ;).



Czekając pod wielkim ogródkowym parasolem, nawet rzuciliśmy się na kupno dla mnie ślicznego gustownego foliowego płaszczyka. Nie był to jednak dobry pomysł - bo nawet idąc marszem człowiek szybko się pod taką folią gotuje. No właśnie: decyzją połowy zespołu przyjmujemy taktykę maszerowania, bez żadnych wyskoków biegowych. Niby decyzja wcale nie głupia, zważywszy na dystans, który nas czekał, ale nogi na niektórych fragmentach rwały się do biegu.

Nic się ciekawego z początku nie dzieje. Może poza tym, że Paweł ciutkę jakby zostawał bardziej z tyłu na stromszych podejściach. No i szlak stawał się coraz bardziej błotnisty. Oczywiście człowiek robił jakieś wygibasy, próbował jak najdłużej mieć suche stopy - ale te działania na dłuższą metę były skazane na porażkę. A zważywszy na to co działo się w następnych godzinach - takie jakby śmieszne :)



Trasa wiodła lasem, oprócz błota pojawiały się coraz częściej strużki i strugi wody ściekające gdzieś z gór. Nic dziwnego: cały czas padało. Wreszcie drogę zagrodził nam strumień. Był wartki, ale na szczęście dało radę pokonać go skokiem. Droga cały czas bez zmian: w wodzie, błocie, deszczu i pod górę. Do naszych uszu zaczyna dochodzić coraz wyraźniejszy huk wody. Przed nami widać inne zespoły. Co tam się do cholery dzieje?? Dochodzimy i oczy robią mi się jak spodki. Mamy prze TO przejść?? Jak?? W poprzek szlaku pędząc w dół huczy rwąca rzeka. Widać jak woda załamuje się na kamieniach. Jest szeroka i bardzo, bardzo wartka. Rozlała się tak szeroko, że zgarnęła w swój nurt kosówki. Część zespołów usiłuje przejść powyżej nich: tam jest ciut węziej, ale nurt jakby szybszy. My wybieramy wariant przez kosówki. Przeskakuję uważnie z gałęzi na gałąź, z niedowierzaniem wpatrując się w żywioł pod moimi stopami.




Wreszcie koniec oparcia. Kosówki się skończyły. Teraz trzeba wykonać dwa kroki przez wodę. Po drugiej już stronie stoi Paweł, wyciąga do mnie kije i cały czas powtarza, żebym uważała, bo jest bardzo silny nurt. Daję kroka, łapiąc kijka i w ułamku sekundy woda podcina mi nogi. W jednej chwili leżę zanurzona po samą szyję, starając się nie dać zepchnąć nurtowi w dół. Jakoś zostaję wyciągnięta przez Pawła. Stoję na brzegu ociekając wodą, w szoku. Śmieję się do rozpuku, ale jednocześnie czuję jak po twarzy płyną mi łzy. Gdyby ktoś w tym momencie kazał mi powiedzieć co czuję - nie byłabym w stanie odpowiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że przed nami jeszcze szmat drogi, jestem mokra od stóp do głów, nie mam ciuchów na przebranie i po prostu w tym stanie trzeba będzie iść dalej, w górę. Mam nadzieję, że jak będę się ruszać nie zmarznę za bardzo, a ubrania jakoś zdołają przeschnąć. Przeprawiają się Tibor z Bartkiem, też nie unikają kąpieli. Idziemy dalej. Spotykamy jeszcze  na naszej drodze strumienie - ale po tamtej przeprawie żaden z nich nie robi już na nas wrażenia.






Wychodzimy na tyłach Murowańca. Obowiązkowe zdjęcie przed schroniskiem, żeby org zaliczył nam punkt i idziemy dalej, na Kasprowy. Kawałek nad schroniskiem następna niespodzianka: w poprzek szlaku znów płynie rzeka. Na szczęście tu woda płynie w miarę spokojnie i bez problemu przedostajemy się przez przeszkodę, pomimo, że woda sięga chwilami dobrze za kolana.






Podejście na Kasprowy jest nudne. Chmury i mgła powodują, że nic nie widać. Szkoda mi zespołów z Holandii, Hiszpanii, Ukrainy. Ja w tych górach byłam i będę jeszcze nie raz. Wiem jak wyglądają przy ładnej pogodzie. Wiem, że na lewo widać normalnie Świnicę. Na prawo za nami jest Krzyżne, z którego powinniśmy schodzić. A teraz człowiek idzie taki zawieszony w mleku i nic prócz kilkunastu metrów szlaku przed sobą nie widzi.
Paweł zostaje coraz bardziej z tyłu, dzieje się coś niedobrego. Przecież niemożliwe, żeby podejście sprawiało mu aż taki problem.
Wreszcie Kasprowy, znów foteczka. Chowamy się na chwilę w pomieszczeniach górnej stacji kolejki. Zakładam kurtkę przeciwdeszczową, żeby chroniła mnie przed wiatrem.




Ciuchy mam dalej mokre, więc wodoodpornośc nie ma już żadnego znaczenia. Ruszamy czerwonym szlakiem.
Szlak ten wiedzie na Czerwone Wierchy, idzie granią. Na tej wysokości nie ma drzew, więc marsz jest mocno nieprzyjemny. Raz po raz podmuchy wiatru siekają deszczem po twarzy. Nie wiadomo jaką wybrać taktykę: iść wolniej, żeby Paweł za bardzo nie zostawał w tyle? Zimno, bo idzie się wolno. Iść szybciej, a potem czekać na wszystkich? Zimno się robi jak się stoi i czeka.






Zaczynam marzyć o błocie i strumieniach. Niech sobie będą, ale tam, niżej przynajmniej tak nie wiało, ten deszcz nie był tak dokuczliwy. Kolejne zdjęcie na Kopie Kondrackiej i ruszamy w dół.
Marzyłam o strumieniach? Oj, trzeba uważać na marzenia, bo mogą się spełnić...Niżej woda była wszędzie. Właściwie cały szlak zamienił się w potok. Nie dało się uciec, z góry płynęły strumienie, łączyły się, krzyżowały, wszystko tonęło w wodzie. Szliśmy brodząc, nie czując stóp, bo woda jednak była zimna. Jedyny plus był taki, że Paweł w tej wodzie odżywał i zasuwał do przodu :)






Wreszcie opuściliśmy TPN i ruszyliśmy dalej, w kierunku Spiszu. Pomimo, że teren stał się łatwiejszy, jest sporo asfaltu, nasze tempo się nie zwiększyło. Paweł dowcipkuje, ale już wyraźnie widać, że kuleje. Gdy myśli, że nikt się na niego nie patrzy, po twarzy widać, że noga go boli.
Co dalej? Czy zdoła dalej walczyć? Następny etap to rolki. Czy noga wytrzyma? Potem mają być kajaki, tam będzie mógł odpocząć, ale co potem...? Zdaję sobie sprawę, że Paweł nie powinien dalej iść. Tylko...co znami? Czy to oznacza, że cały zespół musi zejść z trasy? Czy nasza przygoda na Adventure Trophy zakończy się po pierwszym etapie?
Na razie idziemy wzłuż granicy polsko - słowackiej szukając następnego punktu i ciesząc się, że przestało padać. Podobno po południu miało być lepiej i chyba prognozy się sprawdzają :) Tibor w jakiś krzakach gubi kompas, ale w końcu znajdujemy upragniony lampion. Teraz tylko w dół, do drogi, na przepak.







13- 17 godzina rajdu

Docieramy do przepaku. Dowiadujemy się, że etapy kajakowe zostają zupełnie zlikwidowane. Jest zbyt niebezpiecznie. Zamiast nich będzie rower. zmianie ulega też umiejscowienie niektórych punktów. Na razie jednak czekają nas rolki.
Paweł zgłasza organizatorom, że chodzi z trasy. My możemy iść dalej, ale jako zespół niekompletny.
Zakładam rolki i...widzę początek trasy. Ale, że co? Tak na początek mam zjechać z tej górki?? Ale dlaczego, aaaaa!. Bartek pociesza mnie, że za chwilę przyzwyczaję się do szybkości. Kurczę, nie sądzę. Te rolki są szybkie, za szybkie. Byle spadek powoduje, że przyspieszam, nie muszę nic pomagać. Z sercem w piętach, próbując hamować kijkami, pokonuję spadek. Dalej na szczęście jest lepiej. Scieżka jest szeroka, pusta, z dobrej jakości asfaltem. Po prostu jedziemy. Udaje mi się nawet złapać rolkowy flow. Lewa, prawa, lewa, prawa, szuuu, szuuu, w świetle czołówki droga ucieka pod kółkami. doganiamy nawet zespół holenderski.
Niestety moje rolkowe szczęście przestaje mi dopisywac. Dojeżdżamy do Nowego Targu. Nasza ścieżka znów idzie z górki, a trzeba zwolnić, bo za moment będziemy przekraczać normalną drogę. Przed nami jadą Holendrzy i nie wszyscy jeżdżą dobrze. Z zazdrością obserwuję jednego zawodnika. Jego plecaka trzyma się osoba słabiej jeżdżąca, a on z lekkością, ot tak, od niechcenia raz jedną, raz drugą nogą stosuje T- stop. Eh...jak próbowałam to hamowanie ćwiczyć bez Matyldy, od razu mnie obracało. Staram się jakoś hamować hamulcem, kijkami i patrzeć co się dzieje przede mną, żeby nie wjechać w Holendrów. Nie wiem jak to się stało, co spowodowało, ale nagle tracę równowagę. W jednej chwili jadę, a w następnej siedzę na tyłku. Tak po prostu, nagle. Jadę - nie jadę. Wiecie co się dzieje, gdy ta energia z jazdy w jednym momencie zostaje zatrzymana? Dupa, za przeproszeniem, boli mnie tak, że kładę się na asfalcie i krzyczę na głos. Za chwilę zdaję sobie sprawę, żę chłopaki nie wiedzą co się dzieje, więc krzyczę, że nic mi nie jest, tylko, kur^$^&a, jak to boooooli!!! Wstaję po chwili, otrzepać z piachu się nie pozwalam, bo każdy najmniejszy dotyk stanowi potworny dyskomfort. Nic to - trzeba jechać dalej, ale w moją jazdę zaczyna wkradać się strach. Szczęśliwie moja głowa może przez trochę jazdy odpocząć, bo etap rolkowy mamy przedzielony krótkim, około 5 kilometrowym trekkingiem. Mojej radości z odpoczynku nie psuje nawet fakt, że znów leziemy przez jakieś podmokłe łąki, w wodzie i błocie.
Potem znów odcinek na rolkach, na których zaliczam drugą glebę, na drugi pośladek. Droga się rozwidlała, my znów zaczęliśmy doganiać Holendrów. Pojechałam tak jak oni, skręcając w lewo, starając się nie przejmować, że jest z górki i że się rozpędzam. Najpierw zobaczyłam jak zespół przede mną umyka na boki i się przewraca. A potem zobaczyłam, że asfalt się kończy i zaczyna się droga wysypana kamieniami. Nie miałam szans, żeby w jakiś cywilizowany sposób próbować hamować. Robię to co ludzie przede mną: przewracam się. Może i całe szczęście, bo oryginalnie trzeba było pojechać prosto, fragmentem nie zabezpieczonym żadnymi barierkami, z mocnej górki, z zakrętem, z rzeką pod spodem. Jestem święcie przekonana, że wpadłabym do tej rzeki. Po ogarnięciu się po upadku, spadek pokonuję bokiem, drepcząc powolutku.
Po jakiś 7 kilometrach docieramy do przepaku. Z wielką ulgą żegnam rolki i cieszę, się, że to już koniec. Mój tyłek  i moje dłonie więcej upadków mogłyby nie przeżyć.


18- 25 godzina rajdu


Jest wpół do drugiej w nocy, zaczynamy nocy etap trekkingowy. Żeby nie było za dobrze, zaczyna lać. Pierwszy punkt znajdujemy sprawnie. Do drugiego usiłujemy dojść przez łąki, ale kiepsko nam idzie. Noc, deszcz i mgła, powodują, że droga na skróty nam nie wychodzi. Wracamy się  i w okolice punktu dochodzimy naokoło. Usiłujemy znaleźć skałkę, na szczycie której ma być lampion. W deszczu, w ciemności niewiele widać. Ściana drzew i krzaków. W którym miejscu kryje się upragniona skałka? Plączemy się w okolicach czyjegoś obejścia. Pomimo, że jest trzecia czy czwarta nad ranem, przed dom wychodzi facet i mówi, że to nie tu, że skałka jest kawałek dalej. Ha! Wiedza, gdzie ona jest to tylko połowa sukcesu. W ciemności trzeba jeszcze znaleźć dogodne podejście. Wszystko jest mokre i śliskie, tonie w błocie. Wreszcie udaje się. Patrzymy gdzie na mapie są zlokalizowane kolejne punkty, gdzie jest następny przepak i ile mamy czasu.



Czeka nas jeszcze dłuuga droga. Postanawiamy reszty punktów nie szukać. Boimy się, że nie wyrobimy się w limicie. Etap mamy zaliczony, przynajmniej jeden punkt został znaleziony. Zbieramy się w kierunku Niedzicy.
Idziemy teraz non stop szosą, mijając uśpione wsie. Gdy mózg nie musi skupiać się na trudnościach, zaczyna się znużenie. Ze zdziwieniem widzę jak z naprzeciwka idzie facet trzymając za rękę dziecko. Co za dziwna pora na spacer, myślę sobie. Nawet mam zamiar podzielić się tą myślą z chłopakami, gdy facet z dzieckiem zamienia się w jakiś duży szyld. Yyyy? Idę i próbuję odczytać litery na tablicy. Tablica zamienia się w wystający konar drzewa z liśćmi. Halucynacje. Ale tak po pierwszej nocy??
Opowiadam co wyprodukował mój mózg. Bartek pociesza mnie, że zamiast czerwonego światełka na czołówce Tibora widzi ludzika lego :)
Wstaje powoli ranek, a my dalej idziemy szosą. Tym razem dochodzi senność. Potworna senność. Oczy same się zamykają i nie wiadomo kiedy człowiek zasypia, dalej idąc. Budzę się, gdy zaczynam zmieniać kierunek.




Mijamy po drodze zespół, który postanowił kimnąć się na przystanku. Tam czwórka zdechlaków - tu trójka zombie. Adventure Race w swej całej okazałości.



Po nieskończenie długim marszu, dochodzimy wreszcie do przepaku, u stóp zapory na Zalewie Czorsztyńskim. Z upustów wylewają się jakieś potworne ilości wody.


26- 42 godzina rajdu

Korzystamy z dobrodziejstw dostępnych na przepaku. Prąd, toaleta, gorąca woda. Posilamy się liofilem, przebieramy w suche ciuchy. Smętnie myślę, że niezbyt długo pozostaną suche, bo zaczyna znów lać. Patrząc się mapkę od razu postanawiamy część punktów odpuścić. Pogoda jest jaka jest, a to co zamierzamy zdobyć i tak dostarczy nam mnóstwa atrakcji. Wjeżdżamy w Gorce.
Na pierwszy ogień idą zadania specjalne. Musimy tylko dojechać do kamieniołomu. Zgodnie z przewidywaniami już po minucie jestem mokra calusieńka. Z nieba leją się strugi wody. Co za pogoda, jasny gwint... Przecież już miało się poprawiać... Zatrzymujemy się przed wiejskim sklepem, żeby uzupełnić zapas batonów. Tibor mi daje torebkę strunową, w której schował pieniądze. Powinny być suche. Hm.. Podaję pani przy kasie ociekający wodą banknot, przepraszając, że mi trochę zamókł :) Na szczęście przyjmuje go. Potem tylko trzeba wycisnąć rękawiczki, włożyć je na ręce i dalej w drogę.
W kamieniołomie czekają na nas trzy zadania: wspinanie na tzw. wędkę, via ferrata oraz kółko dookoła kamieniołomu z dwudziestokilowym worem na plecach. Zadania w sam raz na taką pogodę i w sam raz na czekające nas potem podjazdy i zjazdy :)




Znów słyszymy, że po południu ma przestać padać. Ciężko w to uwierzyć, szczególnie, gdy od dwóch dni słyszy się o tym, że ma być lepiej :)

Nasz cel: szczyt Lubania. Pierwsza próba wbicia się zapowiadała się obiecująco. Nawet pomimo przeprawy przez strumień :) Niestety, potem było coraz gorzej. Trafiliśmy na drogę używaną przez sprzęt do zrywki. Ilość błota była taka, że zawróciliśmy.





Próba nr 2. Obiecująco wyglądał znak, taki do oznaczeń szlaków turystycznych, że Lubań 30 minut. Trochę ten czas wydał nam się nierealny - i słusznie - jak się okazało. Tym razem ewidentnie oznaczał on, że do żółtego szlaku na Lubań jest trzydzieści minut... Drogę pod górę, przez łąki i las umiliło nam nagle...słońce! Tym razem na serio zaczęło się wypogadzać! Z ulgą zdjęłam część mokrych ubrań. Były tak mokre, że zanim przytroczyłam je do plecaka, musiałam je wykręcić.







To, że wreszcie dotarliśmy do szlaku, wcale nie ułatwiło nam drogi. O ja pierdziu, jak to podejście na Lubań dało nam w kość. Mega, mega strome, kamieniste podejście. Ciężko prowadziło się rower. Nawet zaczęłam rozważać pomysł schowania go gdzieś w krzakach i dalszą wędrówkę be z niego - ale okazało się, że w planach jest zjazd inną droga.
W końcu Tibor wpadł na genialny pomysł i zarzucił sobie rower na plecy, twierdząc, że widział na filmach, że tak często podchodzą downhillowcy. Pomysł może i dobry - tylko czy ja, kobitka, 166 cm wzrostu, dam radę zarzucić sobie 16 czy 17 kilogramowy rower?? Wspomogłam się grawitacją stając twarzą w dół zbocza i... udało się! Krok za krokiem byliśmy bliżej naszego celu.



Wreszcie jest! Jeszcze tylko wejście na wieżę widokową i wymagane przez orga zdjęcie na górze.





Podejście dało nam mocno w kość. To była nie tylko kwestia, że pod górę i że ciężko z rowerem. Pomimo poprawy pogody, woda dalej spływała z gór i  stan szlaków, ścieżek był...straszny. Wszystko tonęło w błocie i kałużach. Często środek szlaku był wymyty przez płynący strumyk. nie dało się po tym jechać. To wszystko mocno, mocno nas spowalniało. A zegar limitu na następnym przepaku cykał, cyk, cyk...
Zastanawialiśmy się nawet czy nie da rady jakoś ominąć gór. Ale układ dróg plus zakaz poruszania się dla zawodników po jednej z nich, spowodował, że jedyna droga do przepaku wiodła przez Turbacz, nie dało rady tego punktu odpuścić.






widzicie tą wieżyczkę z prawej strony? To Lubań. Byliśmy tam :)


Ruszyliśmy dalej. Trochę radochy z jazdy i znów podejście. Po wodzie, przez jakieś zwalone pnie, po kamieniach. I nagle najpierw minęliśmy zaparkowany samochód terenowy. Niby bez żadnych oznaczeń - ale stał w takim miejscu, że mocno "pachniał" strażą parkową. A potem wpakowaliśmy się na ścieżkę, przed którą stał szyld, że Gorczański Park Narodowy, że ścieżka dydaktyczna i że zakaz jazdy rowerami. Konsternacja. Z mapy wynikało, że jesteśmy na dobrej drodze. Nie mieliśmy tej ścieżki wykluczonej. Ale zakaz jest, jak w mordę strzelił. I jeszcze to niepokojące auto...
Z bólem serca, nie chcąc ryzykować mandatu, zawróciliśmy. Czas poświęcony na wdrapanie się aż tu poszedł na marne. A ja czułam, że jestem coraz bardziej zmęczona i że coraz bardziej się wlokę.
Długa debata nad mapą i chłopaki opracowali inny wariant. Z przeprawą przez rzekę :) Wariant okazał się być słuszny, bo dotarliśmy do czerwonego szlaku. Szlak był gwarantem, że na ten Turbacz tym razem dotrzemy, ale jeśli chodzi o trudności - to wcale nie było lepiej. Trasa dalej bez zmian: połączenie kałuż, błota (parę razy nadziałam się na takie wredne. Co to udawało, że wcale nie jest błotem. Wjeżdżałam i nagle okazywało się, że rower mi stoi po ośki a ja mam kłopoty, żeby go z tej pułapki wyciągnąć), kamieni. To był taki fragment, gdzie ewidentnie złapałam kryzys. Taki fizyczny i psychiczny. Fizycznie byłam mocno zmęczona. Każda taka wtopa nawigacyjna - każde zejście i ponowne podejście wybierało potwornie siły. Zaczęłam się w duchu użalać nad sobą. Że nie daję rady, a te chłopaki świnie jedne nic mi nie pomagają. Na szczęście zachowałam tyle zdrowego rozsądku, żeby rozumieć, że chłopaki nie pomagają, bo są równie zmęczeni. Po prostu należy zacisnąć zęby i robić swoje. W końcu postanowiłam wspomóc się dextrozą. Zaskoczyło i przy zapadających ciemnościach, mokrzy, w chlupiących butach, ubłoceni potwornie, dotarliśmy do schroniska na Turbaczu. Dochodziła dziesiąta wieczór.



Następny przepak mieliśmy w Rabce. Tam też mieliśmy etap BnO. Limit na dotarcie mijał o szóstej rano.
Pierwotnie chcieliśmy od razu zjechać z Turbacza, przespać się na przepaku i dopiero ruszyć na BnO. Teraz doszliśmy do wniosku, że bardziej sensownie będzie odsapnąć - i przede wszystkim przespać się-  w schronisku. Druga noc bez snu mogłaby skończyć się katastrofą. Z tego Turbacza trzeba jeszcze zjechać, po ciemku. Kupujemy normalny obiad, colę i małe piwo na spółkę (jak szaleć - to szaleć).
Zmieniłam skarpetki na suche (szczęśliwie miałam w plecaku), staram się przy tym nie myśleć, że i tak założę na nie mokre, ciężkie od wody buty. Ustawiamy budzik na za dwie i pół godziny i kładziemy się spać na ławkach.

Tuż przed pierwszą w nocy, szczękając zębami z zimna, wyszliśmy przed schronisko i zaczęliśmy zjazd w dół, w kierunku Rabki.



część trzecia ===========>

czwartek, 26 lipca 2018

Adventure Trophy cz.1

Adventure Trophy cz.1
Nie mogę uwierzyć, że jestem już po największej wyrypie w jakiej wzięłam udział. Przeżyłam. Nie skontuzjowałam się. Dotarłam do mety. A najlepsze - a może najgorsze - w tym wszystkim jest to, że nie mówię "nigdy więcej"...
Nawet nie wiem od czego zacząć opowiadanie - bo działo się dużo, bardzo dużo.


Rajd przygodowy - co to takiego.


To wieloetapowa impreza, w czasie której poruszasz się w terenie z mapą. Na mapie masz zaznaczone punkty kontrolne, w których musisz się pojawić. Dowodem na to, że byłeś w konkretnym miejscu może być zdjęcie, może być podbita karta startowa przy pomocy specjalnego dziurkacza, może być wreszcie potwierdzenie przy pomocy elektronicznego czipa (tak właśnie było na Adventure Trophy. Każdy członek zespołu miała czipa i każdy z nas musiał go podbić w punkcie). Impreza odbywa się w formule non - stop. Sam decydujesz czy i ile czasu poświęcasz na przespanie się. Pierwszą noc przeleci się bez spania. Na krótszych zawodach jest duża szansa, że w ogóle uwiniesz się przed nocą. Ale jak zawody mają limit 72 godziny - jak przetrwać drugą, trzecią noc na nogach?

Mapy

Mapa nie jest tak zwyczajna. Nie znajdziesz na niej oznaczeń szlaków turystycznych (wyjątek stanowił tutaj etap przez Tatry, gdzie pozostawiono oznaczenia szlaków), oznaczeń większości dróg, nazw miejscowości (poza tymi kluczowymi - na przykład tymi, w których znajduje się przepak).
Jeszcze trochę inne są typowe mapy do BnO - czyli biegów na orientację. Tu stosuje się inną kolorystykę niż na normalnych mapach, na przykład kolor biały oznacza las, przez który można swobodnie przejść, kolorem żółtym jest oznaczany teren otwarty. Nie ma również słownych opisów punktów, są piktogramy. O których zresztą dowiedziałam się  od Słomianych Bambusów w samochodzie jadąc do Krakowa :). Lepiej późno niż wcale :) Cały czas zdobywamy doświadczenie na imprezach z mapą i nigdy z Tiborem w klasycznym BnO nie braliśmy udziału. Tak więc drogę na miejsce spędziłam wertując w komórce odpowiednie strony i próbując przyswoić te wszystkie hieroglify :).
Mapy dostaje się do reki...różnie. Pamiętam, że na Mountain Touch dostaliśmy je na odprawie na dzień przed. Na Krajna AR - chyba na godzinę czy dwie przed startem. Tu mapę do prologu dostaliśmy w chwili startu, a zestaw map na właściwą już imprezę na 15 minut przed wyruszeniem w drogę.

mapa do BnO



Logistyka

Ooo, na rajdach przygodowych przy próbach logistycznego ogarnięcia sprzętu i przepaków może mózg się zagotować. Serio. Niezależnie od długości imprezy już sam fakt, że jest kilka konkurencji i z biegu przerzucasz się na kajak, z kajaku na rower, z roweru znów na nogi i tak dalej - już rodzi problemy. Trzeba ogarnąć strój, obuwie, zarówno to co ma się na sobie jak i rzeczy na zmianę. Im dłuższa impreza, więcej etapów, więcej zmian - tym trudniej wszystko rozplanować. A jak jeszcze okazuje się, że pudełek masz mieć cztery i nie na każdym przepaku spotkasz je wszystkie - bo na jednym będzie czekało pudło A plus rowerowe, a na drugim tylko B, a na trzecim tylko A, a na czwartym nic, tylko zostawiasz rolki, i tak dalej - to sprawa komplikuje się mocno. Łaziliśmy z rozpiską trasy i opisu jakie pudło ma być na jakim przepaku, plus porównywalismy z jakiej na jaką konkurencję się przerzucamy, plus jeszcze jaki będzie następny etap po tym zmienionym i gdzie czekają zadania specjalne. Trezba było planować na dwa, trzy kroki naprzód, bo okazywało się, że na przykład na rolki musimy zabrać kijki trekkingowe - bo potem jest etap pieszy, a na przepaku nie będzie żadnego z naszych pudeł. Na jeden z etapów rowerowych musimy przytroczyć do plecaków buty do biegania, bo pudła, do którego mogłabym je schować nie zobaczę przed następnym etapem trekkingowym. . A w innym miejscu musimy jeszcze zabrać ze sobą uprzęże i karabinki - bo czekają nas zadania z liną. Cały wieczór po odprawie łaziliśmy pomiędzy pudłami i staraliśmy się zapakować rzeczy tak, żeby na pewno miało to ręce i nogi i niczego kluczowego na żadnym etapie nam nie zabrakło. Tibor wertował jeszcze cała listę w autokarze, który wiózł nas na miejsce startu i jeszcze odkrywał nowe rzeczy.
Oprócz ciuchów i sprzętu trzeba było jeszcze ogarnąć jedzenie. Bo organizator na takich imprezach właściwie jedyne co zapewnia to wodę. Z żarciem trzeba ogarnąć się samemu i zadecydować co brać do plecaka, co upchnąć w pudłach.


Sprawdzanie sprzętu obnowiązkowego


Pogoda

Jakiego wielkiego mieliśmy farta do tej pory z aurą! Wszystkie biegi górskie, rajdy, w których braliśmy udział na przestrzeni ostatnich lat, odbywały się przy dobrej pogodzie. Na Transgrancanarii zapowiadało się groźnie - ale ostatecznie front przeszedł zanim bieg ruszył. No więc teraz aura postanowiła chyba wyrównać za te wszystkie poprzednie starty. Padało jak jechaliśmy w kierunku Krakowa. Lało na prologu. Padało jak wieźli nas w Tatry. Padało gdy ruszaliśmy i przez następne 30 godzin również. Dzień i noc. Szczęśliwie trafiliśmy na krótką przerwę w opadach, gdy ruszyliśmy na etap rolkowy - ale nocny etap trekkingowy znów był w zlewie. Na pierwszy rower ruszaliśmy w deszczu. Jeszcze nigdy tyle czasu nie spędziłam moknąc. Jeszcze nigdy nie miałam tak mokrych stóp. Miałam poutykane po bagażu i pudłach suche skarpetki na zmianę. Na każdym przepaku stopy były suszone i smarowane sudocremem. I co z tego - jak i tak pakowało się je w mokre buty. A jak jakimś cudem buty ciutkę przeschły - to zaraz trzeba było przejść przez pięćset strumieni, kałuż i błota. Albo przez mokrą trawę wysoką po kolana. Albo człowiek zlatywał z roweru prosto w kałużę. Przez większość czasu z tych ponad 71 godzin spędzonych na trasie, miałam mokre buty, mokre skarpetki i mokre nogi. Namoczona, rozmięknieta skóra nie stanowiła żadnej ochrony przed nierównościami, kamieniami, gałęziami na trasie. I pod koniec było bardzo, bardzo ciężko - bo każdy krok równał się ból. Całe szczęście, że ostatni etap był rowerowy - bo inaczej nie jestem pewna czy dotarlibyśmy do mety w limicie.




Trasa

Adventure Trophy składał się z prologu - czyli krótkiego biegu na orientację po Krakowie oraz trasy właściwej. Kolejność na prologu ustalała kolejność wychodzenia zespołów na trasę dzień później. My wybiegaliśmy dziewiąte miejsce. Sam prolog odbył się w mega zlewie. Takiej, że potoki wody spływały chodnikami i ulicami. Nigdy nie biegałam w takich warunkach. Oczywiście buty, które miałam na sobie, miałam założyć dzień później. A było jasne, że nie wyschną. Pocieszałam się, że przeschną na moich nogach po drodze. He, he. To był niezły dowcip. Buty wysuszyłam dopiero po powrocie do Warszawy.
Trasa właściwa prowadziła przez kawał Małopolski. Zaczynała się od Tatr, mieliśmy przejść przed Dolinę Pięciu Stawów, przełęcz Krzyżne, Murowaniec, Kasprowy,  Kopę Kondracką. Potem z Tatr Zachodnich spaść w kierunku Spisza i pokonać kawał Beskidów. W planach były też dwa etapy kajakowe: po Zalewie Czorsztyńskim i Dunajcu. Wszystko razem miało liczyć około 400 km. Ale przecież wszystko zależy od tego czy na punkty podchodzi się bezbłędnie i czy w ogóle udaje się wszystkie zbierać. A tym razem dużo do powiedzenia miała również pogoda i trasa była modyfikowana. Część etapów było kasowanych, w części zmieniany był przebieg. Na każdym przepaku trzeba było zapoznać się ze zmianami, nanieść na swoje mapy, ogarnąć zamiany limitów.
Pierwsze zmiany przyniósł już czwartek. Schronisko w Piątce zostało odcięte od świata. Tak więc ta część plus przejście przez Krzyżne zostało skasowane. Zamiast tego niebieskim i zielonym szlakiem przez Gęsią Szyję mieliśmy do razu dostać się do Murowańca. Szlak ten idzie niższymi partiami i pewnie z założenia miał być bezpieczniejszy. Przyniósł jednak więcej emocji niż potem wędrówka czerwonym szlakiem, który idzie granią. Zupełnie zlikwidowano etapy kajakowe. Było po prostu zbyt niebezpiecznie. Zamiast tego dołożono mtb - co trochę mnie niepokoiło, bo jechałam do Krakowa wiedząc, że na rowerze jeździłam za mało i bojąc się czy gdzieś po drodze nie wysiądą mi baterie i czy dam radę. No i jeszcze rolki... Mój zdecydowanie najsłabszy element, szczególnie hamowanie. Tibor pocieszał mnie, że nie będzie źle, etap miał być "szybki", przebiegać dobrej jakości asfaltem - jak się później okazało ścieżką rowerową. Miałam nadzieję, że moje jazdy, nawet jeśli głównie z wózkiem, oswoiły mnie trochę ze sprzętem. W dalszym jednak ciągu niepokoiło mnie to hamowanie - jak się potem okazało słusznie ;)

Z taką tablicą plus naniesionymi zmianami na mapach trzeba było się zapoznać na każdym przepaku

To tyle takiego wstępu i wprowadzenia w to co nas czekało. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi :)



część druga =========>

wtorek, 10 lipca 2018

Lato czyli co u Matki słychać

Lato czyli co u Matki słychać
Co u mnie słychać? Zależy gdzie się ucho przyłoży :) I właściwie nie wiem od czego zacząć, bo to znowu będzie wpis wszystkomający.
Zacznę może od imprezy, do której przygotowania mniej lub bardziej intensywnie toczą się już od jakiego czasu. Wspominałam już zresztą o niej. Mowa o Adventure Trophy, imprezie AR. I wydaje mi się oraz bardziej, że to kurna będzie rajd przez bardzo duże A i przez bardzo duże R.



Nie pamiętam, kiedy Paweł zagadał do nas, że szuka dwóch osób do czterosobowego zespołu na długą trasę. Chyba jeszcze przed Transgrancanarią. Oczywiście radośnie się zgodziliśmy - bo rajdy przygodowe są fajne. Chyba nie do końca wtedy zastanawiając się do czego się przymierzamy. Zaczyna to do mnie dochodzić coraz bardziej teraz - gdy zostały dwa tygodnie (w chwili, gdy kończę ten wpis już tylko dziewięć dni!!) do startu, a my coraz bardziej wgryzamy się w szczegóły logistyczne i obowiązkowy sprzęt. I powiem szczerze, że jestem z lekka spękana. Rajd zaczyna się i kończy w Krakowie, trasę poznamy tuż przed startem, ale już teraz czujemy, że orgowie przeczołgają zespoły przez Tatry. To będzie 400 km trasy, z 72 godzinnym limitem. Będzie bieganie, trekking, rowery mtb (dwa etapy stu kilometrowe), kajak, rolki, pływanie, zadania z liną, jaskinie i pewnie jeszcze parę rzeczy, które są niespodzianką. Teraz rozumiecie skąd u mnie tyle rolek, roweru, ogólnorozwojówki, a samo bieganie zeszło na plan dalszy.

Samo urozmaicenie treningowe bardzo mi się podoba i stanowi miłą odmianę po wielomiesięcznym klepaniu kilometrów pod Transgrancanarię czy przygotowaniach do maratonu. Z jednej strony w porównaniu z pierwszą połową roku biegam mało, z drugiej strony tych kilometrów miesięcznie wcale nie wychodzą jakieś mikroskopijne ilości. Czerwiec zamknęłam 137 km. Ta cała ogólnorozwojówka też jakoś trzyma jako tako w ryzach moją formę - o czym przekonałam się ostatnio startując w sztafecie, Nocnym Biegu Sztafetowym im. Janusza Kusocińskiego, zwanym pieszczotliwie Nocnym Kusym.
Skąd pomysł na udział? I tu przechodzę do następnej, bardzo miłej dla mnie rzeczy. Chwaliłam się już i na Instagramie i na Fejsbuku, ale pochwalę się i tu.

Polka Sport, której spódniczki biegowe bardzo lubię i noszę, ogłosiła konkurs na ambasadorkę marki. Wzięłam w nim udział i jako jedna z czterech dziewczyn zostałam wybrana! 
W Nocnym Kusym zebrało się nas w sumie osiem dziewczyn, dwa Polkowe zespoły. Ścigałyśmy się uliczkami warszawskiego AWF-u. Zabawa była przednia, a ja przy okazji przekonałam się, że pomimo zmniejszonych treningów stricte biegowych, wcale strasznie wolno nie biegam. Ok, to nie był oszałamiający dystans, dwa i pół kilometra. Ale trzeba było grzać, bez taktyki, bo nie było na nią czasu. Pędzić do mety i nóg nie pogubić, bo biega się już po ciemku. Średnie tempo 4,12 min/kilometr zrobiło na mnie wrażenie. To jakby dobrze wróży na jesień, gdzie będę robiła znowu przymiarkę do maratonu i próby łamania 3:30.

Spódniczki rządzą!


Tymczasem nadeszły wakacje a my zaliczyliśmy  pierwszy, tygodniowy całorodzinny urlopik.
Gdzie nas wywiało? A do Niemiec i Danii. A czemu tam? A bo mój małżonek szanowny zakwalifikował się na OCR European Championships w duńskim Esbjergu - czyli Mistrzostwa Europy w biegach OCR. Ten tajemniczy trzyliterowy skrót oznacza obstacle cource race. Czyli biegi z przeszkodami. Do Danii postanowiliśmy dojechać na rowerach. Spokojnie - aż tak hardcorowi nie jesteśmy. Zapakowaliśmy się z rowerami, betami i dziećmi w samochód i przez Mazury (gdzie odbieraliśmy dziecko nr 1 z rejsu z dziadkami), przez Polskę w poprzek (z przystankiem na Kaszubach u znajomych), ruszyliśmy w kierunku Lubeki.

Podczas jazdy przez Polskę w kierunku Niemiec przejeżdżaliśmy koło eksponatów z czasów II wojny światowej (Wał Pomorski). MUSIELIŚMY się zatrzymać :)


Kilkanaście kilometrów za Lubeką rozpoczęliśmy nasz wyjazd rowerowy, w naszym stylu. Czyli auto zostaje na campingu, my jedziemy na rowerach do następnego miejsca noclegu. Następnie ja zostaję z dziećmi, rozbijam namiot, a Tibor rowerem wraca się po samochód. 
Dni rowerowych nie wyszło nam dużo, bo raptem trzy, plus jedna wycieczka w samym Esbjergu, ale powiem szczerze, że po tych trzech dniach oboje mieliśmy wrażenie jakby to była miesięczna wyprawa co najmniej :) Niewątpliwie wpływ na to miało nasze tempo poruszania się, co tu dużo mówić - niezbyt szybkie. Najmłodszy syn, lat niecałe osiem miał najmniejszy rower. W dodatku ciężko mu się zmieniało biegi (bo nie oszukujmy się,  manetki, nawet typu grip shift,  nie są dostosowane do dziecięcych rączek) i odmówił ich zmiany. Tak więc niezależnie czy było z górki czy pod górkę, Szymon jechał na jednym przełożeniu. Uważam, że był bardzo dzielny - bo pierwszego dnia zrobił sześdziesiąt kilometrów!

Przystanek na boisku wiejskiej szkoły





I tu będzie śmiesznotka -anegdotka.  Pierwszego dnia chcieliśmy dotrzeć nad Kanał Kiloński, tam małżonek wypatrzył camping. Dzieci już pod koniec były zmęczone, my zresztą też, ale na wieczór udało się dotrzeć. Pierwsze co mnie zaskoczyło to zamknięta brama. Zamknięte? Nie, trzeba zadzwonić domofonem. Gdy Tibor wyjaśniał, że szukamy noclegu, ja ze zdziwieniem wpatrywałam się w tablicę informującą o campingu, na którym wyrysowana była goła pani. Hm.....
Tak, dobrze się domyśliliście: trafiliśmy na camping dla nudystów :)) Tego dnia było chłodno, więc ludzie łazili ubrani (no, małżonek spotkał jednego nagusa). Za to nie powiem, wrażenie zrobiły na nas prysznice. I nie chodzi mi tu o piktogramy, którymi były oznaczone, ale o fakt, że były koedukacyjne, bez żadnych kabin. Tego dnia kąpiel zaryzykował tylko mój mąż, przezornie wyczekawszy do późnych godzin nocnych :)

O, tak te piktogramy dostarczyły nam trochę radości :)


Ale oprócz tych niecodziennych atrakcji, camping był bardzo fajny, z bogatym zapleczem.
W kolejne dni dystanse rowerowe były już krótsze, około 46-47 km. W czasie naszego posuwania się ku granicy duńskiej zmieniła się pogoda i zaczęło nam towarzyszyć słońce bez ani jednej chmurki. Było bardzo gorąco. Ponieważ kolejny camping był oddalony znów o około 60 km, uznaliśmy, że przy takiej temperaturze to będzie zbyt męczące dla wszystkich dzieci. Do Danii dojechaliśmy już dalej autem.


Przeprawa promowa na drugą stronę Kanału Kilońskiego

Odpoczynek w cieniu. Pogoda zrobiła nam się aż za dobra





Camping nr 3 z widokiem na Szlezwik

Samego rowerowania wyszło więc trzy dni. Ale powiem Wam, że i ja i mąż mieliśmy wrażenie jakbyśmy w podróży byli od dwóch tygodni co najmniej :) wpływ na to miało po pierwsze tempo. A po drugie...jakby to ująć dyplomatycznie... Zdecydowanie łatwiej, a na pewno ciszej,  podróżuje się z mniejszymi dziećmi ;)



Camping nr 4. Powyższe zdjęcia stanowią koronny dowód, że dzieciom do szczęścia potrzeba którejś z tych rzeczy: piachu, wody, błota. A najlepiej wszystkiego na raz. Pełnia szczęścia!


Same Mistrzostwa to impreza zorganizowana z wielką pompą, będąca sporym wydarzeniem dla zawodników. Owszem, były osoby ubrane w stroje startowe, nazwę to: prywatne, ale przeważały jednolite narodowe stroje.
Same przeszkody... Cóż, ja się nie znam. Dla mnie wszystkie wyglądały kosmicznie, niektóre bardzo kosmicznie. Z tego co mówił mój mąż i inni startujący - było trudno i bardzo ciężko było zakończyć te zawody z opaską, (opaska na ręku była dowodem na to, że pokonało się wszystkie przeszkody na trasie)
Powiem jeszcze, że w przyszłym roku Mistrzostwa Europy będą w Polsce, w Gdyni, więc będzie można obejrzeć jak to całe OCR wygląda.




malusieńki wycinek przeszkód, których na 15 km trasie było kilkadziesiąt



Uśmiech na pół gwizdka, bo opaski nie udało się dowieźć do mety. 

Cóż - zaczynając pisać tą relację, myślałam, że w najbliższym czasie czeka nas tylko rajd przygodowy. W tak zwanym międzyczasie wpadł nam niespodziewanie udział w triatlonowej sztafecie w Bydgoszczy. Ale skąd, jak to i dlaczego, opowiem w następnym odcinku :)

wtorek, 12 czerwca 2018

Karkonoszman - jak supportowałam męża

Karkonoszman - jak supportowałam męża
Karkonoszman czyli Triathlon Karkonoski. Tri trochę bardziej ekstremalne :) 1900 metrów pływania w Jeziorze Leśniańskim u stóp Zamku Czocha, prawie 86 km roweru z masą ciężkich podjazdów, a na koniec bieg z Karpacza Górnego na Śnieżkę, 22 km. Brzmi grubo? Bo moim zdaniem tak jest.

Regulamin imprezy narzuca obowiązkowy support dla zawodnika - stąd moja obecność. Czemu taki wymóg - postaram się wytłumaczyć.

Triathlon, jak sama nazwa wskazuje, składa się z trzech dyscyplin: pływania, roweru i biegu. Taki zawodnik musi gdzieś się przebrać po wyskoczeniu z wody, czy po skończonej jeździe na rowerze. To wszystko odbywa się w strefie zmian. Zazwyczaj wszystko jest w miarę blisko siebie, znaczy start, strefa zmian i meta. Zawodnicy dzień wcześniej, albo raniutko przed startem zanoszą wszystkie rzeczy do strefy: rowery, buty kolarskie i biegowe i inne rzeczy, które będą im potrzebne. Zazwyczaj organizator zapewnia na trasie rowerowej jakieś bufety - szczególnie na dłuższych trasach. 
Karkonoszman nie jest typowym triathlonem. Tu zawodnicy startują na Zamku Czocha, w Leśnej, a finiszują dobre pięćdziesiąt kilometrów dalej, licząc w linii prostej, na Śnieżce. Tu nie ma strefy zmian w jednym miejscu, są dwie. Jedna na Zamku Czocha, gdzie zawodnicy zdejmują pianki i wskakują na rowery, a druga w Karpaczu - gdzie rowery zostawiają i ruszają na trasę biegową. To osoby supportujące są odpowiedzialne za zabranie mokrych pianek i innych rzeczy z T1, bo  Ttiathlon przenosi się dalej, nikt już do Leśnej nie wraca przecież. Po za tym  dziedziniec zamku musi być czyściutki zanim otworzy swoje podwoje dla zwiedzających. 


T1, Zamek Czocha


I to support musi dotrzeć do T2 przed zawodnikiem, żeby dostarczyć mu rzeczy na bieg. Część rowerowa na Karkonoszmanie odbywa się przy ruchu otwartym. Organizator nie zapewnia również bufetu. Bufet to my, support. Na trasie są dwa miejsca, w których może naraz zaparkować kilkadziesiąt samochodów, a ruch jest na tyle mały, że kilkadziesiąt osób stojących na poboczu nie będzie nikomu przeszkadzać. I w tych dwóch miejscach jest dozwolona pomoc zawodnikom. Co z częścią biegową? Zawodnik nie musi cały czas biec z osobą towarzyszącą. Ale może. Obowiązkowy support jest na ostatnim odcinku, od Domu Śląskiego. To jest naprawdę wymagająca impreza i na tym ostatnim odcinku uczestnicy są już bardzo zmęczeni. Podejście na Śnieżkę jest bardzo strome, dodatkowo szlak jest pełen turystów. To do mnie należało niejako torowanie drogi. To ja na plecach wnosiłam picie, jedzenie, ubrania. 
Mam nadzieję, że wyjaśniłam obszernie dlaczego zawodnicy muszą mieć oficjalnych "pomagaczy".


To nie było pierwsze spotkanie mojego męża z tą imprezą. Startował tu rok temu, na trasie pomagał mu wtedy kolega. Zeszłoroczny start poszedł mu nieźle, był trzydziesty drugi, z czasem 06:45. Nie wiem na co dokładnie liczył teraz, wiedząc, że tegoroczne treningi niekoniecznie były do końca ukierunkowane na triathlon, ale myślę, że liczył na podobny czas. Co z tego wyszło? Wszystko w swoim czasie :)

A co ze mną? Ja się  z lekka stresowałam. 
Bałam się, że gdzieś się zgubię i nie dotrę na czas na punkty. Pal diabli, gdybym wpadkę zaliczyła na trasie rowerowej. Ale gdybym nie dotarła na czas do drugiej strefy zmian - to już byłaby wtopa roku.
Tibor w gps wbił mi oba punkty, ale i tak stresa miałam. Jakiś zator, korek, wypadek, mógł spowodować, że mogłam utknąć gdzieś na trasie.
Głowiliśmy się też jakie ciuchy zabrać. Prognozy mówiły o deszczu, który miał zacząć padać już na części rowerowej. W plecak, z którym miałam biec włożyłam getry, skarpetki na zmianę, swoją przeciwdeszczówkę, dwie cienkie puchówki, czapkę i rękawiczki dla Tibora. Swojej przeciwdeszczówki nie pozwolił schować, włożył ją do rzeczy do T2, twierdząc, że i tak będzie ją zakładał, więc po co ją chować do mojego plecaka. Ta decyzja, jak się potem okazało, miała swoje konsekwencje :)

Karkonoszman wystartował o 7 rano. 



Przejęłam Tibora po wyjściu z wody, pomogłam zdjąć mu piankę, założyć koszulkę kolarską, zgarnęłam ciuchy, życzyłam powodzenia i pognałam do auta. 
Dojazd do pierwszego punktu żywieniowego przebiegł bez zakłóceń. Jedyne na co musiałam uważać, to na zawodników. Moja trasa częściowo pokrywała się z trasą triathlonu - więc przy wyprzedzaniu trzeba było bardzo uważać. Małżonek wyglądał świeżutko, banana wziął, zażyczył sobie uzupełnienia bidonu na następny punkt i poleciał dalej.



Dojazd na drugie miejsce już nie był taki prosty. Przede wszystkim zbliżaliśmy się do Karkonoszy, do Karpacza i droga zrobiła się bardzo kręta. Wyprzedzanie rowerów często było niemożliwe, jechało się w takim pociągu razem z innymi supportami. Z kolei na fragmentach ze zjazdami, zawodnicy jechali bardzo szybko, powyżej 60 km/h - i tak samo, trzeba było bardzo, bardzo uważać. Z ulgą powitałam dyspozycję gps o skręceniu i zjechaniu z trasy zawodów.
A potem okazało się, że Tibor źle mi wbił następny punkt w GPS i wylądowałam na przedmieściach Jeleniej Góry nie wiedząc gdzie jest trasa, ani gdzie jest poszukiwany parking. Przez chwilę miałam mały panic mode, ale potem stwierdziłam, że priorytetem jest dostanie się na czas do T2. Wbiłam sobie adres drugiej strefy zmian. Po drodze postanowiłam po pierwsze rozglądać się za innymi autami supportującymi (dedykowane naklejki na szybę ułatwiały sprawę), a po drugie liczyłam, że jadąc w kierunku Karpacza będę musiała minąć ten właściwy parking i drugi punkt odżywczy. 
Tak też się stało i zdążyłam Tiborowi podać bidon.
Do T2 zdążyłam bez problemu, ze sporym zapasem. Zastanawiałam się jak idzie mężowi. Przy podawaniu bidonu dalej wyglądał świeżutko - ale najcięższe podjazdy, w tym do Karpacza dopiero były przed nim. Robiło się coraz goręcej, było duszno. Zapowiadane opady nie nadeszły. Ta duchota była trochę niepokojąca - ale wygląd nieba, przejrzystość powietrza była normalna, nie burzowa. 

Wreszcie pojawił się. Widać było, że końcówka roweru dała mu popalić. Zaczęłam wyciągać z worka ciuchy na przebranie. Na szybko uznaliśmy, że z mojego plecaka wyciągamy puchówki - bo wyglądało, że żadnych niespodzianek pogodowych nie będzie (ha!). Pomimo zmęczenia, mój zawodnik miał zakodowane w głowie, że w strefie zmian należy przebywać jak najkrócej. Uciekł z niej tak szybko, że leciałam za nim, dopiero w locie zapinając plecak i zakładając go na plecy, walcząc z majtającymi kijkami (tak - wzięliśmy kijki). To wszystko spowodowało, że nie miałam czasu przypomnieć sobie i dokopać się do drugiej przeciwdeszczówki, tej, której nie pozwolił mi od razu schować do plecaka. Ale wtedy żadne z nas o tym nie wiedziało :)
No wyleciał mi chłop z T2 jak Filip z Konopii, po to, żeby kilkaset metrów później stwierdzić, że nie czuje się dobrze. I rzeczywiście nie wyglądał najlepiej. Cóż - miał za sobą 2 kilometry pływania i prawie 90 kilometrów na rowerze, w upale, z podjazdami. Jedyne co mogłam to podać żel, picie i być obok. Trochę szliśmy, trochę nawet podbiegaliśmy, ale widać było, że szybsze tempo Tibora męczy i że ten etap będzie go drogo kosztował. Jak bardzo było w tym momencie niedobrze przekonałam się, gdy nasza trasa zaczęła iść w dół. Fragment - marzenie. Łatwa szutrówka, z lekkiej górki. Nic tylko puścić nogi i biec. Ale małżonek odmówił współpracy. Trochę się wtedy zaniepokoiłam. Przed nami był jeszcze kawał drogi, wszystko co trudne jeszcze przed nami. Zastanawiałam się czy nie powinniśmy się gdzieś zatrzymać, odpocząć solidniej - ale pacjent stwierdził, że będzie umierać w marszu :)
No i szliśmy tak. Szutrówka się skończyła, zaczął się asflat. Tibor od czasu do czasu wściekał się na własną niemoc i biadolił, że rok temu tędy biegł. Potem skręciliśmy na podejście na Przełęcz Karkonoską. Tu po prostu asfalt stawał dęba i kijki były pomocne. Tibor dalej rzęził - ale powiem szczerze, że tempo marszu mieliśmy pod tą górę bardzo w porządku. Natomiast bardzo nie w porządku był pomruk burzy, który nagle usłyszeliśmy... 
Na Przełęczy już kropiło. Uzupełnienie wody w bukłaku na punkcie (skromniutkim: woda, izo i pokrojone batoniki) i dalej w drogę. 
Chwila oddechu na Przełęczy plus obniżenie temperatury przez krążącą burzę spowodowały, że Tibor  trochę odżył. Burza zamiotła nas końcówką ogona. Zmoczyła, pogroziła i poszła dalej. Nie wyciągnęliśmy przeciwdeszczówek, ale idąc i podbiegając zaczęliśmy podsychać. 



Tibor owszem odżył - ale w jakiś chwilami pokręcony sposób. Zaczął się bawić w Emila Zatopka, normalnie:). Nagle dostawał świngu, gnał po szlaku, przez kamienie, ledwo za nim nadążałam. Po czym nagle przechodził do marszu. Zaczynałam w tym marszu nadawać tempo, a on mi krzyczy, że za szybko. Dobra, zwalniamy. Znów mi trochę szkoda, bo fragment akurat łatwiejszy do truchtania. Chwila przerwy, zaczynają się kamienie - a chłop znów mi leci :) Pytałam się go później czemu tak gnał. A bo mu się dobrze biegło... Weź tu supportuj takiego i się nie stresuj ;)

Pogoda nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania, bo dogoniła nas burza nr 2. No, tu już było ciekawiej. Przeszła o wiele bliżej, już porządniej strasząc grzmotami i w jednej chwili mocząc nas do suchej nitki. Przeciwdeszczówek znów nie było sensu wyciągać - bo i tak byliśmy ociekający wodą. Gnaliśmy po prostu - raz biegnąc, raz maszerując do przodu, w kierunku Śnieżki, która majaczyła już przed nami. Burza po jakimś czasie znów przeszła, a ja odetchnęłam z ulgą. Bo powiem szczerze, że w głowie różne myśli zaczęły się przewijać. Czy na moim identyfikatorze dla supportu mam wpisany numer do GOPR. Jaka jest szansa, że ta burza przechodząca kilka kilometrów obok jednak łupnie nas piorunem. Jakie są zasady sztucznego oddychania...Zresztą w głowie Tibora podobne myśli kłębiły się w głowie - a to znaczy, że zaczynało być groźnie. Nie mieliśmy wyjścia: trzeba było lecieć dalej. Najbliższe schronienie, gdyby zrobiło się gorzej to był Dom Śląski u stóp Śnieżki.
Przebiegając obok Samotni, niestety zobaczyliśmy, że to nie koniec atrakcji. Z dołu, szła następna chmura. Szła prosto na Śnieżkę. Zdążymy czy nie zdążymy? Tymczasem przed nami rosła w oczach Ona. Górująca. Wielka. Coraz większa. Strasząca  zygzakiem podejścia. 
Koło Domu Śląskiego mój mąż znów dostał przyspieszenia. E! Czekaj na swój support! Chwilę później tradycyjnie znów zwolnił. Rozpoczęliśmy podejście i wyścig z burzą. I tym razem portki ze strachu to już naprawdę miałam pełne. Szłam pierwsza, bijąc chyba jakieś rekordy podchodzenia. Powiem szczerze, miałam w głowie tylko jedno: trzeba stąd spie*dalać jak najszybciej. Tylko nie dotykać łańcuchów! Od Domu Śląskiego na szczyt podeszliśmy w 14 minut.  Mijaliśmy turystów ubranych w kolorowe pelerynki przeciwdeszczowe (kurczę, po co oni się pchają na górę, jak widać, że w takim tempie nie zdążą przed burzą?? A po co pcha się tam wycieczka dzieci??)
Niestety chmury były szybsze. W połowie drogi znów zaczęło lać. Lewa wolna! Lewa wolna! 

Już pada. Fot. Marcin Mondorowicz

Po Tiborze bardziej widać jak bardzo byliśmy przemoczeni
fot. Marcin Mondorowicz


Grzejemy. Już widzę koniec, już szczyt, jeszcze tylko paręnaście kroków. 
I w tym momencie dupnęło na maksa.
Nad głowami rozszalał nam się Armagedon, w twarz sypnęło gradem. Nawet nie zauważyłam, że już minęliśmy metę, 15 minut przed upływem limitu.
Szybko polecieliśmy schować się. Nie było czasu na celebrowanie.
Wtedy mąż poprosił o kurtkę przeciwdeszczową. I mocno się zdziwiliśmy, gdy wyciągnęliśmy tylko moją...

Meta :)

Dwie bardzo zmokłe kury


Pomimo gorszej niż rok temu dyspozycji, pomimo dłuższej niż rok temu trasy rowerowej, pomimo krótszego limitu, pomimo atrakcji pogodowych na trasie - zrobił to! 
I ja tam byłam miód i wino piłam :) Albo jakoś tak :)

Po nas na Śnieżce finiszowały jeszcze trzy osoby, resztę osób zatrzymywano przy Domu Śląskim. 
Wystartowało 87 osób, było 11 DNF
Chłop czuje niedosyt i odgraża się, że za rok chce tu znów wrócić. Zobaczymy czy się uda, ale jakby co z miłą chęcią znów mu potowarzyszę.


Zła pogoda? Ale o sso chodzi?






Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger