niedziela, 30 grudnia 2018

Jaki byłeś roku 2018?

Kalendarz nieubłaganie pokazuje, że grudzień ma się ku końcowi. A to znak, że wszystkie szanujące się blogery ruszają z rocznymi podsumowaniami :) Ruszę i ja, tym bardziej, że ostatni wpis jest z początku listopada i już trochę wiatr zaczął na blogu hulać :)

W 2016 roku urodziłam czwarte dziecko. Końcówka 2016 plus 2017 rok, to było dochodzenie do siebie po porodzie i cesarce, powrót do formy, szukanie na nowo swojego miejsca w szeroko rozumianej biegowej rzeczywistości, pogodzenie wszystkiego z rodziną i wszystkimi ograniczeniami, które niesie ze sobą życie.
W tym roku ewidentnie ruszyłam z kopyta.

Pod względem treningów nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu cierpliwie Plan rozpisuje mi Piotr Tartanus z Power Training. Staram się być zdyscyplinowaną zawodniczką, nie opuszczać treningów, nie kombinować, ufać doświadczeniu trenera i patrzeć co z tego fajnego wyjdzie :) Całe to trenowanie z Planem przynosi mi naprawdę sporo frajdy, a przy okazji pomaga poukładać nasze logistyczne klocki.
Zmieniło się pod względem ćwiczeń uzupełniających. Po okresie sztang, potem TRX, zapuściłam korzenie przy kettlach. Chyba zawsze miałam ciągoty ku takim siłowym treningom i kettelbell sprawdza się tu znakomicie. Po każdych zajęciach czuję się sczochrana, wymęczona, ale co najlepsze - widzę efekty.

W tym roku zostałam jedną z ambasadorek marki Polka Sport. Spódniczki, kolorowe skarpety, opaski na głowę na dobre zagościły w mojej biegowej garderobie i testowałam rzeczy od Polki wszędzie: zaczynając od zajęć w fitness klubie, a kończąc na ponad stukilometrowych biegach ultra :).

Jaki był ten rok?
To był rok długich (z małymi wyjątkami) imprez. To był rok przekraczania granic, sprawdzania własnych możliwości i pokonywania kryzysów. To był rok wychodzenia poza strefę komfortu zdecydowanie. To był rok robienia wielu rzeczy po raz pierwszy. To był ciekawy rok.


Kurczę, nie wiem od czego zacząć...Trzeci raz próbuję napisać, streścić co się u mnie działo i mam problem jak się za to wszystko wziąć. Powymieniać wszystkie rzeczy, które robiłam po raz pierwszy? Polecieć chronologicznie? A może zgrupować razem imprezy tego samego typu? Mam mętlik w głowie, bo to był naprawdę intensywny rok, który przyniósł też kupę przemyśleń.

To może zacznę od mojego wieku. W tym roku skończyłam czterdzieści lat. To okrągła liczba, dość symboliczna i dla wielu osób, dla wielu kobiet, taka trochę dołująca. Symboliczne pożegnanie z młodością. Granica, od której wszelkie szalone pomysły zalicza się do kryzysu wieku średniego. Czterdziestolatka? W dodatku z czwórką dzieci? Mamuśka.

Jako czterdziestolatka jestem w swojej życiowej formie. Po raz pierwszy wzięłam udział w biegach górskich, których długość była trzycyfrowa.
Po raz pierwszy brałam udział w imprezach, w których trzeba było zarwać cała noc. Ba, okazało się, że jestem też w stanie wziąć udział w zawodach, w których trzeba było operować przez trzy doby prawie bez snu. Nauczyłam się jeździć na rolkach (nie nauczyłam się hamować, niestety ;)). Po raz pierwszy spróbowałam jazdy na nartach skiturowych. Nie przeraża mnie wizja wskoczenia do kajaka na początku marca przy częściowo zamarzniętej rzece. Mogę się przeprawiać przez górskie potoki, brodzić po błocie, wodzie, łazić po górach przez 30 godzin opadów. Przebiegłam maraton w czasie, który był...nawet trudno powiedzieć, że marzeniem, bo nawet nie śmiałam marzyć o takim czasie. Wyskoczyłam (albo raczej: dałam się wyskoczyć) z 4 km ze sprawnego samolotu :) Nauczyłam się, że należy walczyć do końca i nie poddawać się. Nauczyłam się, że warto spełniać marzenia. Nawet te, o których w duchu się myśli, że to są do spełnienia na  tak zwany święty nigdy.

Jeśli ktoś Ci powie, że jak pojawią się dzieci, to wszystko się skończy - nie wierz mu. Wiele rzeczy się zmieni, wiele rzeczy trzeba robić inaczej, inaczej rozplanować, ale da się.

Jeśli ktoś Ci powie, że czegoś w Twoim wieku nie wypada robić - nie wierz mu. Życie masz tylko jedno, drugiej szansy nie będzie.


Żyj, baw się, kochaj, czuj, chłoń, spełniaj marzenia, nie poddawaj się. O, taki ze mnie Coelho :))


No dobra, wystarczy tych motywacyjnych pierdololo - polecę jednak chronologią. Co matka zdziałała w tym roku.


Styczeń.
Bieg Chomiczówki czyli piętnaście kilometrów uliczkami warszawskiego osiedla. Ku swojemu zdziwieniu wybiegałam trzecie miejsce w kategorii wiekowej (nowej dla mnie, K-40).

Pudło osłodziło nową kategorię wiekową. Bieg Chomiczówki, fot. maratończyk.pl


Luty.
Wilcze Gronie, również 15 km, ale tym razem w Beskidach. Sprawdzian mojej formy przed zbliżającą się wielkimi krokami Transgrancanarią. Test wypadł dobrze, nawet bardzo dobrze, przybiegłam jako piąta kobieta.
Skitury. Pierwszy raz miałam okazję sprawdzić czym zachwycił się mój mąż. I też się zachwyciłam. Mojego zachwytu nie umniejszyły nawet pęcherze - giganty na stopach, efekt zbyt grubych skarpet i butów z wypożyczalni.
Transgrancanaria. To od przygotowań do tego biegu zaczęła się moja współpraca z Piotrem Tartanusem i bieganie z rozpisanym Planem (wybaczcie, ale dalej nie potrafię napisać tego wyrazu z małej litery :)). Impreza zaliczana do cyklu UTWT (Ultra Trail Word Tour). Pierwsza całkowicie zarwana noc, pierwsze spotkanie z trzycyfrowym dystansem. Termin biegu pokrył się z dniem moich urodzin, więc czterdziestkę świętowałam w biegu :)






Marzec.
Krajna AR, czyli rajd przygodowy. O ile godzinowy limit (24 h) nie robił na mnie wrażenia, to dystans do pokonania już tak. 200 km na nogach, rowerze, rolkach i w kajaku. Po raz kolejny bez przespanej nocy, z potężnym kryzysem, na który mocny wpływ miała minusowa temperatura. Udział razem z Bartkiem i Pawłem (i moim mężem, oczywiście), miał dać odpowiedź na pytanie czy damy radę razem działać i nie pozabijać się na zmęczeniu podczas innego planowanego AR, o wiele dłuższego i trudniejszego. Test wypadł pomyślnie :)

Że wyglądam na niewyspaną? Może dlatego, że jestem niewyspana :) Noc spędziłam w siodełku rowerowym



Kwiecień.
Tradycyjnie, Kaszuby. Mąż znów próbował zdobyć tytuł Harpagana na 150 km pieszo - rowerowej trasie, ja z dzieciakami szukałam punktów na Harpusiu. Do domu wróciliśmy mając Harpagana w rodzinie :)

Powitanie świeżo upieczonego Harpagana


Maj.
Kopenhaga i próba złamania 3:30 w ulicznym maratonie. Próba zakończyła się niepowodzeniem, słońce i temperatura skutecznie zniweczyły plany. Na pocieszenie przywiozłam nowiutką życiówkę: 3:30:26.

zmęczona, odwodniona i...trochę rozczarowana


Czerwiec.
Debiut jako oficjalny support dla męża na Karkonoszmanie. Liczyrzepa pokazał co sądzi o intruzach w swoim królestwie i finisz na Śnieżce mieliśmy epicki: w gradzie, deszczu i grzmotami nad głową.
Czerwiec to również bieg w Polkasportowym teamie, pierwszy raz oficjalnie jako ambasadorka, w sztafecie na Nocnym Kusym

Tak, jesteśmy jakby trochę przemoczeni :) A będzie gorzej. Karkonoszman, fot. Tomasz Raczyński

Nocny Kusy i kobiałki w Polkowych Irenach


Lipiec.
Spontaniczny start w sztafecie triatlonowej. Kolega Krasus pływał, mąż jechał na rowerze, ja byłam odpowiedzialna za przebiegnięcie półmaratonu. Jak na spontan wyszło nam nieźle -  trzecie miejsce wśród mixów :)
Adventure Trophy. Adventure Race przez duże A i przez duże R. Prawie 400 km przez góry (Tatry, Spisz, Gorce, Beskid), pieszo, na rolkach i na rowerach. Przez pierwsze 30 godzin padało, kropiło, mżyło lub lało jak z cebra, do wyboru :) To było prawdziwe wyjście poza strefę komfortu. Jeszcze nigdy nie operowałam tak długo na takim zmęczeniu (prawie 72 godziny z sumie 4 godzinami snu). Pierwszy raz zasypiałam w marszu i jadąc na rowerze, pierwszy raz miałam halucynacje ze zmęczenia. Odsypiałam to tydzień. Stopy dochodziły do siebie dłużej.

Spontan i trzecie miejsce w mixach, wielka radość na mecie. To tu nauczyłam się walczyć do końca. Odrobiłam 22 minuty i wskoczyliśmy na podium!


Tak się wygląda po prawie 72 godzinach napierania przez góry z homeopatyczną ilością snu. Jak siedem nieszczęść :)




Sierpień.
Ten miesiąc, a konkretnie piętnasty dzień sierpnia już zawsze będzie mi się kojarzył z jednym. Skokiem ze spadochronem w tandemie. Skok był prezentem urodzinowym od mojego męża. Prezentem, którego się bałam (choć sam skok był na mojej liście marzeń). Skok, po którym na początku kategorycznie stwierdziłam, że wolę biegać i przez trzy noce nie spać. Skok, który zrył mi głowę i wyzwolił nieznane mi wcześniej emocje. Skok, po którym zapragnęłam powtórki z rozrywki :)
Sierpień to również akcja nazwana roboczo"matki na gigancie" - czyli weekend z koleżanką Hanią w Tatrach. Moje pierwsze spotkanie z tymi górami na biegowo. Mam nadzieję, że nie ostatnie.


Nie spodziewałam się, że przestrzeń będzie tak...przestrzenna


Matki na gigancie i..."Orla Perć Tatr Zachodnich". Niezła przygoda.






Wrzesień.
Po raz drugi popędziłam ku ziemi z wysokości czterech tysięcy metrów. Było chłodniej, bardziej kameralnie, bez kamerzysty, z niesamowitymi chmurami. Bardziej świadomie i z bananem na gębie.
Maraton Warszawski i druga próba zmierzenia się z magicznymi cyferkami 3:30. Próba udana i to jak bardzo. Czas na mecie 3:21:44 dalej budzi we mnie zdziwienie i, co tu dużo mówić, dumę.

Pięć godzin czekania na odpowiednie warunki dla paru minut przyjemności. To nie jest normalne :)



Październik. 
Łemkowyna 100. Drugi górski start sezonu. Start, który ze względów logistycznych wisiał na włosku. Niesamowity bieg. I ze względu na magiczną noc z miliardem gwiazd nad głową i ze względu na to, że po raz pierwszy biegłam tak bardzo w czubie. I to nie tylko wśród kobiet (2). Z 13 miejsca open również jestem bardzo dumna.
Harpagan 50. Mój pierwszy samodzielny start w imprezie na orientację. Jeszcze dużo się muszę nauczyć, na pewno pewności siebie, uważności w czytaniu mapy. Za błędy płaci się nadprogramowymi kilometrami. Piątego miejsca wśród kobiet nie muszę się wstydzić.

Jakiś masochista wymyślił tak wysokie podium :))



Listopad, grudzień.
Nuuudy, panie. Zasłużone roztrenowanie i rozkręcanie się do nowego sezonu.


A co szykuje się w 2019 roku?
Opowiem tylko o imprezach, które mamy opłacone.
W styczniu jadę z mężem do Niedzicy na Ultrajanosika. Wybraliśmy dystans 45+. Będą znajomi z Power Training i Smashing Pąpkins - będzie więc na pewno wesoło.
W długi weekend majowy zawitamy do Insbrucka, na Insbruck Alpine Trailrun Festival. Zmierzymy się z 85 km dystansem - bardzo jestem ciekawa wrażeń po. To będzie moje pierwsze spotkanie z Alpami.
W sierpniu śmigniemy do Norwegii na Stranda Fjord Trail Race, 48 km. Jeśli pofarci nam się z pogodą - będzie bieg z przepięknymi widokami. Jeśli aura będzie norweska - dostaniemy w dupę :)

No i październik. Oszalałam - ale znów mam zamiar zajrzeć do Krainy Łemków. Tym razem idę na całość: Łemkowyna 150 km. 

Mamy też inne plany biegowe i AR- owe - ale na razie są w fazie omawiania i zastanawiania się, więc nie będę nic pisać. Jest też plan niebiegowy - ale też na razie szczegółów nie zdradzę, nie chcę zapeszyć, bardzo mi zależy, żeby to wypaliło. Wszystko w swoim czasie :)


Cóż... moi drodzy znajomi i nieznajomi, komentujący i podczytujący cichaczem. Jeśli 2018 rok nie był dla Was łaskawy - to życzę Wam fantastycznego Nowego Roku. Jeśli Stary Rok był udany - to życzę Wam równie udanego 2019 roku.

A na koniec znów polecę cytatem, podobno samego Henry Forda (coś mam dziś motywacyjne zapędy):

„Kiedy wszystko zdaje się działać przeciwko Tobie, pamiętaj, że samolot startuje pod wiatr, nie z wiatrem” 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Matkabiega , Blogger